Przestrzeń sceny jest przestrzenią sztuki i nie ma tematów, którymi teatr nie może się zajmować – mówi Dorota Ignatjew, dyrektorka Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi, w rozmowie z Mike’m Urbaniakiem.

 


„Sezon w Łodzi nie zaszkodzi” – znasz to teatralne powiedzenie?

Znam, ale od niedawna.

 

Jak je interpretujesz?

Myślę, że wzięło się z niefortunnej bliskości Łodzi do Warszawy. Łódź była kiedyś miastem prawie milionowym, dzisiaj jest siedmiusettysięcznym, więc jak na Polskę ogromnym, ale i tak ciągle leży w cieniu Warszawy, co traktuję poniekąd jako przekleństwo.

Mnie to powiedzenie nic nie robi, bo w każdym kolejnym mieście myślę tylko o tym, jak tworzyć teatr. Specyfiką Łodzi jest to, że przez większość swojej historii była miastem robotniczym, co jest bardzo ciekawe i jest jednocześnie wyzwaniem. Chciałabym, żeby łodzianie nie musieli jeździć do Warszawy, by oglądać najlepszy teatr, żeby mogli go dostać w swoim mieście i żeby zaczęli chodzić do teatru liczniej niż dotychczas.

 

To powiedzenie, które jak mówisz nic ci nie robi, zawiera w sobie dużo ambiwalencji, że teatr w Łodzi ni ziębi, ni grzeje.

Łódź ma wiele teatrów i dużą ofertę kulturalną i to jest dla mnie nowa sytuacja, a do takich powiedzeń nie przywiązuję większej wagi, bo jest ich naprawdę sporo i chyba niewiele znaczą: ani „sezon w Łodzi nie zaszkodzi”, ani „aktor z Kalisza i cisza”. To tak na dobrą sprawę tylko etykietki, a ja ich trochę w życiu widziałam w każdym mieście i w każdym teatrze, w którym pracowałam. Dla mnie jest to moja droga do Łodzi przez Sosnowiec i Lublin. Kiedyś to była zresztą droga naturalna – do kierowania teatrami w coraz większych ośrodkach.

 

Teatr Nowy w Łodzi miał w ostatnich latach więcej dyrektorów niż Włochy premierów. Nawet Wikipedia nie nadąża z podmienianiem nazwisk dyrektorów, więc stoi w niej, że szefuje tej scenie ktoś inny, nie ty. Nie bałaś się, że z tobą będzie tak samo? Że ledwie przyszłaś, a zaraz wylecisz?

Nie, traktuję Teatr Nowy jak kolejne wyzwanie. Może to jest kwestia charakteru, a może też tego, że trafiłam do Łodzi w taki, a nie inny sposób.

  

TN LUDOWA WAW07729
„Ludowa historia Polski", fot HaWA

 

Nie byłabym więc dyrektorką Teatru Nowego, gdyby nie determinacja zespołu, a zespół w teatrze jest najważniejszy

 

W jaki?

W taki, że kiedy kończyła się moja kadencja w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie, dostałam propozycję od Gołdy Tencer, dyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie i – nawiasem mówiąc – rodowitej łodzianki, żeby ją wspomóc. Ten gest był dla mnie bardzo ważny, rozważałam to poważnie, bo znałam tę instytucję, robiłam tam spektakle. Wtedy skontaktowali się ze mną aktorzy Teatru Nowego i zapytali, czy byłabym zainteresowana ich teatrem.

 

Teatrem, w którym trwało kolejne zamieszanie dyrektorskie.

Z tego też powodu uprzejmie im podziękowałam i powiedziałam, żeby się do mnie odezwali, jak będzie ogłoszony konkurs na stanowisko dyrektora. Może wtedy w nim wystartuję.

 

Taki konkurs został w końcu ogłoszony.

I w nim wystartowałam, choć ten teatr słabo znałam, bo nie było powodu, żeby do niego przyjeżdżać.

 

Też tam chyba przyjeżdżałem tylko na spektakle Remigiusza Brzyka.

Ja podobnie, ale skoro powiedziałam aktorom, żeby mi dali znać jak będzie konkurs i oni to zrobili, dotrzymałam słowa – spotkałam się z nimi i opowiedziałam o mojej wizji, a oni uznali ją za ciekawą, a potem podobnie uznała komisja konkursowa rekomendując mnie pani prezydent Hannie Zdanowskiej. Nie byłabym więc dyrektorką Teatru Nowego, gdyby nie determinacja zespołu, a zespół w teatrze jest najważniejszy.

 

Skąd w twoim życiu teatr?

W mojej dalszej rodzinie zdarzali się aktorzy, choć we wczesnym dzieciństwie do teatru miałam daleko. Urodziłam się w niewielkim Czarnkowie w Wielkopolsce, gdzie rodzice, mama – lekarka i tato – nauczyciel w technikum leśnym, trafili z nakazu pracy. Potem mieszkaliśmy w leśniczówce w malutkiej Rossoszycy pod Sieradzem, gdzie tato był nadleśniczym. Wyprowadziliśmy się z niej, gdy tato zmarł, a że zbliżał się wtedy czas pójścia do szkoły, mama postanowiła, że wraca ze mną do Wrocławia, w którym jej rodzina osiadła po wojnie.

 

Chciała cię kształcić w dużym mieście?

„Wiedza daje wolność” – powtarzała mama i widząc, że nie bardzo odnajduję się w mieście, zaczęła mi pokazywać jego możliwości. Jak już je poznałam, to się nimi zachłysnęłam – szczególnie tymi artystycznymi. Chodziłam na zajęcia śpiewu, na zajęcia tańca, na co tylko chcesz. A kiedy jeszcze podrosłam, dostawałam od mamy karnety do teatru, które ona z kolei dostawała jako lekarka i chodziłam do teatrów we Wrocławiu na wszystko. Często potem słyszałam, że nie mogłam tego czy tamtego widzieć, bo byłam za młoda, a ja naprawdę dużo widziałam, ze słynną „Dżumą” Kazimierza Brauna włącznie.

 

Szkoła na tym nie cierpiała?

Cierpiała i to bardzo. Byłam raczej słabą uczennicą, bo interesowało mnie głównie to wszystko, co było poza szkołą. Z tego powodu oblałam maturę, poszłam do Studium Wokalno-Baletowego w Gliwicach, po roku wróciłam do Wrocławia, by zdać maturę i wtedy poszłam na Wydział Lalkarski wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej.

 

Dlaczego poszłaś na lalki?

Z miłości do Kantora. Wybrałam lalki z zamiarem przyszłej pracy z Tadeuszem Kantorem, taka to była motywacja. Niestety wkrótce wydarzyła się wielka tragedia, Kantor zmarł i moje wielkie marzenie okazało się nie do spełnienia.

Nie wiedziałam co dalej, więc pojechałam do Jerzego Grzegorzewskiego do Teatru Studio w Warszawie i zapytałam, co robić. Skończyło się na tym, że zostałam jego asystentką przy „Miasto liczy psie nosy”, cały czwarty rok studiów spędziłam praktycznie z nim i o nim napisałam pracę magisterską. To Grzegorzewski mi powiedział, żebym poszła na reżyserię, ale ja jako ta co to dwa razy musiała zdawać maturę zupełnie się w reżyserii nie widziałam. Koniec końców poszłam do Krakowa na Wydział Aktorski, gdzie przyjęto mnie od razu na trzeci rok i te studia też skończyłam. 

 

I wtedy, w połowie lat dziewięćdziesiątych, trafiasz do zespołu aktorskiego Teatru Polskiego w Warszawie.

Choć chciałam do Teatru Polskiego we Wrocławiu, który przeżywał wówczas rozkwit za czasów dyrekcji Jacka Wekslera. W stołecznym Polskim grałam przez kilka lat, ale kolejny dyrektor, Jarosław Kilian, mnie chyba nie cenił i odeszłam. Gdybym tego nie zrobiła pewnie on rozstałby się ze mną. Poszłam oczywiście znowu po poradę do Grzegorzewskiego, bo czułam, że to odejście jest moją wielką porażką. Prywatnie też nie było za wesoło, bo się rozwiodłam i zostałam sama z malutkimi bliźniakami. Grzegorzewski zaproponował mi wtedy, żebym została jego asystentką, a oprócz tego brałam wszystko, co tylko mogłam, bo musiałam utrzymać siebie i dzieci.

 

To wtedy zostałaś etatową asystentką reżyserów w Teatrze Narodowym?

Tak, byłam asystentką reżysera, asystentką dyrektora, Jana Englerta, do spraw Teatru Małego i od czasu do czasu coś pogrywałam na scenie. Poznałam dzięki temu mnóstwo wspaniałych reżyserów i aktorów, dzieciaki podrosły, zrobiłam casting do „Pana Boga w ogródku” Jacka Bromskiego czy „Matki Teresy od kotów” Pawła Sali, obsady do Teatru Telewizji. Wtedy też, pod koniec pierwszej dekady lat dwutysięcznych, Henryk Talar namawiał mnie do reżyserowania, a przyjaciel z czasów studiów, Arek Klucznik, ówczesny dyrektor Teatru im. Andersena w Lublinie, do wystartowania w konkursie na dyrektora teatru.

 

I nie tylko w konkursie wystartowałaś, ale jeszcze go wygrałaś. W 2011 roku zostałaś dyrektorką artystyczną Teatru Zagłębia w Sosnowcu, który wyprowadziłaś na szerokie teatralne wody. W Sosnowcu zaczęły powstawać znakomite, głośne i nagradzane spektakle. Jak to zrobiłaś?

W Sosnowcu, w którym nigdy wcześniej nie byłam, sprawy wyglądały tak, że obdzwoniłam reżyserów i zaprosiłam ich do oglądania spektakli. Oglądaliśmy je razem, żeby się zorientować, jaki mamy aktorski potencjał, a potem zapytałam ich, kto podejmuje wyzwanie. Tak zaczęłam tworzyć powoli repertuar, odwołując się do chęci i marzeń oraz do mojej diagnozy, że sosnowieccy aktorzy są stworzeni nie do sportów indywidualnych, ale drużynowych. Sprzyjała temu nasza pierwsza premiera, czyli „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej w reżyserii Piotrka Ratajczaka, która wymagała wręcz „wiszenia na sobie” aktorów. Było to wspaniałe doświadczenie pracy kolektywnej.

 

1968 fot NK1968//Biegnij mała, biegnij", fot. Natalia Kabanow

 

Byłam spakowana, chciałam doprowadzić jeszcze tylko do premiery „Nad Niemnem” w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego, szykowałam się na pracę w Żydowskim i nagle pojawiła się Łódź z jej Teatrem Nowym

 

Sama też grałaś.

Dopiero po dwóch sezonach i tak na dobrą sprawę za sprawą Łukasza Kosa i przypadku. Kiedy zabraliśmy się za „Bobiczka” Hanocha Levina, okazało się, że nie mamy nikogo do dwóch ważnych ról, w tym Szracji. Wtedy Łukasz powiedział, że może ja to zagram. I zagrałam. Stąd też potem pojawiły się propozycje grania w spektaklach Brzyka i Śpiewaka. Ale w Lublinie już nie grałam, poza chyba jednym koleżeńskim zastępstwem.

 

Do Lublina pojechałaś w 2016 roku, wygrawszy konkurs na dyrektorkę tamtejszego Teatru im. Osterwy. Sosnowieckie sukcesy pomogły?

Pewnie pomogły, ale po drodze, pamiętaj, zdążyłam ponieść porażkę i przegrałam konkurs na dyrektora Teatru Ludowego w Krakowie. Konkurs, który był zresztą nieprzyjemny i pokazał, że nie warto ubiegać się o żaden teatr bez konsensusu w zespole.

 

Który, rozumiem, w Lublinie był?

Inaczej bym tam nie poszła. Wspomniany przeze mnie Arek Klucznik mówi o kierowanych przez siebie zespołach aktorskich, że „jego dzieci” są kochane z automatu. Mam podobnie, kocham moich aktorów. Uważam, że inaczej nie da się robić teatru i tam, gdzie mnie nie chcą, nigdy się nie pcham. Tak było w Sosnowcu, tak było w Lublinie i tak jest w Łodzi, gdzie zresztą mieszkam w teatrze.

 

Do Łodzi zaraz wrócimy, ale zostańmy jeszcze na chwilę w Lublinie. Tam również odniosłaś sukces. Spektakle w Osterwie doceniono, pisano o nich dobrze, zapraszano. Jednocześnie spotkałaś się tam z oporem katolicko-narodowo-konserwatywnym, co skończyło się tym, że pisowskie władze wojewódzkie nie chciały cię na kolejną kadencję i zainstalowały tam swojego hunwejbina, Redbada Klynstrę.

Słyszałam od kilku osób, że będzie mi tam trudniej z racji konserwatyzmu Lubelszczyzny, ale nie brałam tego do serca. Pamiętam, że pojechałam tam w czerwcu, była piękna pogoda, spacerowałam po uroczym Starym Mieście, wkoło było pełno studentów – czego tu się bać? Poza tym naprawdę nigdy mnie nie interesowało, jaka partia rządzi w samorządzie, pod który podlega kierowany przeze mnie teatr. Jak widać, niesłusznie, szczególnie po tym, jak tę władzę w regionie przejęło PiS. Wiedziałam oczywiście, że tamtejsza publiczność lubi teatr tradycyjny, ale nie wiedziałam, że aż tak, choć robiliśmy przecież w Osterwie eklektyczny repertuar dla szerokiej widowni, na wysokim poziomie i z dużą ilością klasyki. Jak się okazało, klasyka była zbyt żywa, za bardzo komentowała rzeczywistość. Nowi włodarze regionu zaczęli nas oceniać negatywnie, oczywiście nie przychodząc do teatru.

 

Po czterech latach owi włodarze ogłosili konkurs na stanowisko dyrektora. Po co w nim startowałaś, skoro widziałaś, że to wszystko jest ustawką, której celem jest pozbycie się ciebie i zainstalowanie tam Klynstry?

Nie chciałam, ale poprosił mnie o to zespół, który nie chciał oddawać teatru walkowerem. Zrobiłam to dla nich, przygotowałam się do konkursu, wystartowałam w nim i wiemy, jak to się skończyło. Byłam spakowana, chciałam doprowadzić jeszcze tylko do premiery „Nad Niemnem” w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego, szykowałam się na pracę w Żydowskim i nagle pojawiła się Łódź z jej Teatrem Nowym.

  

TN LUDOWA WAW07603

„Ludowa historia Polski", fot HaWA 


      Pamiętam, jak obserwując Strajk Kobiet w Łodzi, pomyślałam: „Przecież ci wszyscy ludzie mogliby być widzami tego teatru!”


Teatrem, który w 1949 roku powstawał z wielkim zaangażowaniem młodych ludzi i jeszcze większym zaangażowaniem politycznym. Ten korzeń jest ci dzisiaj jakoś bliski?

Tak, odwołuję się do pierwszej dyrekcji Kazimierza Dejmka. Przestrzeń sceny jest przestrzenią sztuki i nie ma tematów, którymi teatr nie może się zajmować. Teatr ma poszerzać horyzonty, budzić świadomość, być sztuką i rzemiosłem w jednym.

Zorientowałam się dość szybko, że w tym siedmiusettysięcznym mieście jest bardzo wiele osób, które nie mają teatru, z którym się identyfikują intelektualnie, artystycznie i światopoglądowo. Pamiętam, jak obserwując Strajk Kobiet w Łodzi, pomyślałam: „Przecież ci wszyscy ludzie mogliby być widzami tego teatru!”. I wtedy doczepiłam się do słowa „Nowy”, którą mamy w nazwie. Co to dzisiaj właściwie oznacza? Co tu powinno powstawać? W jakiej formie? Na jaki temat?

 

To ważne pytania w tym konserwatywnym teatralnie mieście.

Dlatego szukam na nie odpowiedzi i szukając ich planuję repertuar. Chciałbym bardzo, by przyszli do nas widzowie, którzy w ogóle nie chodzili dotychczas do teatru – to jest mój cel. Mój i Remika Brzyka, który w Nowym był już trzy razy na etacie: za Mikołaja Grabowskiego, za Kazimierza Dejmka, za Zbigniewa Brzozy i reżyserował za Zdzisława Jaskuły. Poprosiłam Remika, aby został kuratorem programu „Nowy i Młodzi”, jak kiedyś Jerzy Merunowicz, który miał grupę młodych: Dejmka, Janusza Warmińskiego, Tadeusza Minca, Barbarę Rachwalską. W ramach programu zapraszamy do pracy studentów reżyserii krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. Chcemy robić między innymi z nimi teatr zaangażowany, teatr przyglądający się ważnym, aktualnym sprawom, teatr stający po stronie dyskryminowanych, słabszych, wykluczanych, po stronie humanitaryzmu.

 

Młodzi dostali w Nowym małą scenę?

Współtworzą ze mną i Remikiem jej repertuar i pracują nad spektaklami. Mamy podpisane listy intencyjne z AST i Akademią Sztuk Pięknych w Łodzi o współpracy. Reżyserzy dostają niewielki budżet i mogą wziąć do spektaklu do pięciu naszych aktorów. Przynoszą tematy i potem wspólnie ustalamy, co by tu zrobić.

 

DSC04587Przygotowania do spektaklu "Wszyscy jesteśmy dziwni" , fot. Anna-Maria Wolniak



Tak powstał spektakl „Kto nie ma nic, ten może wszystko”?

Tak, tylko on był pracą kolektywną, złożoną z etiud studentów AST. Zresztą efekt jest naprawdę wspaniały, a jedna z etiud została zaproszona na pokazy w ramach Forum Młodej Reżyserii w Krakowie. Mówię tu o „Piekła nie ma” Olgi Ciężkowskiej, która wzięła na warsztaty losy żydowskich prostytutek z przedwojennej Łodzi.

Po tym pierwszym doświadczeniu postanowiliśmy projekt kontynuować, ale już nie grupowo, a indywidualnie. Każdy student będzie robił swój autonomiczny spektakl. Jak Piotr Pacześniak, który wyreżyserował niedawno „Ludową historię Polski” Adama Leszczyńskiego, na którą bardzo zapraszam.

 

Tymczasem wspomniana przez ciebie Olga Ciężkowska zabrała się za przeniesienie na scenę książki Karoliny Sulej „Wszyscy jesteśmy dziwni”, premiera już 3 grudnia.

To będzie jedna z naszych czterech premier na małej scenie, powieść o wspólnocie społecznych wyrzutków na Coney Island. Natomiast na dużej scenie w styczniu zobaczymy „Wielki teatr świata” Pedro Calderona de la Barci w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego. Potem przyjadą do nas Jola Janiczak i Wiktor Rubin by pracować nad kolejnym spektaklem, a na koniec sezonu Tomek Śpiewak wyreżyseruje spektakl o roboczym tytule „Narutowicz”, inspirowany wspaniałą książką Pawła Brykczyńskiego. Bardzo się na te premiery cieszę i czekam na nie. A jeszcze bardziej czekam na naszych nowych widzów.

 

 

**** 

Dorota Ignatjew – aktorka, absolwentka Wydziału Lalkarskiego PWST w Krakowie - Filia we Wrocławiu oraz Wydziału Aktorskiego PWST Krakowie. Występowała w Teatrze Polskim w Warszawie (1995-2003). Od 2003 r. związana z Teatrem Narodowym w Warszawie, m.in. jako asystentka dyrektora artystycznego. Zastępczyni dyrektora ds. artystycznych Teatru Zagłębia w Sosnowcu (2011-2016), dyrektorka Teatru im. Osterwy w Lublinie (2016-2020). Od roku 2021 dyrektorka naczelna Teatru Nowego Łodzi.

****   

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym i krytykiem teatralnym, autorem kilkuset wywiadów z ludźmi kultury. Był m.in. jurorem teatralnym Paszportów „Polityki”, Festiwalu Prapremier, członkiem Komisji Artystycznej Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej czy prowadzącym w Instytucie Teatralnym cykl „Moja historia”, poświęcony najwybitniejszym twórcom polskiego teatru. Był dziennikarzem „Przekroju” i Polskiego Radia, współpracuje w wieloma mediami, od lat pisze do „Gazety Wyborczej”, portalu Gazeta.pl i polskiej edycji magazynu „Vogue” oraz prowadzi autorski podcast Zeitgeist:Radio. Zajmuje się także tematyką LGBT+, jest m.in. koordynatorem projektów kulturalnych Grupy Stonewall. Od zawsze jest związany z Łodzią, skąd pochodzą i całe życie spędzili jego dziadkowie i gdzie zaczynał swoje studia na Uniwersytecie Łódzkim. Obecnie mieszka w Poznaniu.        
 

 ****          

 

Zdjęcia główne: Dorota Ignatjew, fot. Kamil Urbanowicz.