O premierowym spektaklu „Księżniczki”, o międzynarodowych rolach filmowych i o powrocie do Łodzi z Julią Jakubowską rozmawia Eliza Gaust.

 

Podczas festiwalu Retroperspektywy odbyła się premiera video-performance’u „W wieży zamknięta” w twojej reżyserii. To była praca kolektywna? Przeniosłyście na ekran swoje własne doświadczenia z czasu pandemii? Ale był w tym też twój odgórny pomysł?

Pół na pół. Pomysł był odgórny o tyle, że wiedziałam, że w październiku będzie powstawał spektakl „Księżniczki” - moja pierwsza pełna reżyseria teatralna. Pomyślałam sobie, że video-performance będzie dobrą rozgrzewką, bo ostatnio czuję się trochę pewniej w działaniach z kamerą i w materii filmowej. I że rozgrzejemy się w taki warsztatowy sposób. Poprosiłam dziewczyny, żeby spisywały swoje wspomnienia pandemiczne - osobiste doświadczenie samotności i izolacji narzuconej z zewnątrz. Miały też za zadanie szukać zbieżności z archetypowymi kobietami, które były im przyporządkowane z różnych przyczyn, życiowych i pasujących do nich. Więc pisały o swoich samotnościach, mając z tyłu głowy archetyp, który grają. 

 

Są w tym video-performansie motywy z baśni Braci Grimm i innych tekstów literackich…

Bardzo inspirujemy się „Biegnącą z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes, która jest dla nas biblią tego projektu. Biegniemy za „Biegnącą…” i ona nadaje rytm tym spotkaniom, a także podejście psychoanalityczne do baśni. Otwiera nam różne konteksty. W pewnym momencie życia to była dla mnie niezwykle ważna książka. O doświadczeniu kobiecości, które chciałabym przełożyć na naszą grupę. Po paru próbach widzę, że to działa. I że my, kobiety, mamy potrzebę bycia z kobietami i rozmawiania „kobiecym”, ale nie „babskim” językiem, swoim własnym narzeczem. Uczymy się siostrzeństwa i konstruujemy je w tej grupie.

 Robię ten spektakl także po to, żeby odkrywać i penetrować własną kobiecość.


Spektakl „Księżniczki”, będący wynikiem stypendium artystycznego Prezydent Miasta Łodzi, będzie rozszerzeniem motywu z „W wieży zamkniętej”? Archetyp kobiecości jest w centrum?

Zdecydowanie. W video-performansie bardziej skupiałyśmy się na motywie izolacji, samotności, czekania. To jest też mocno obecne w baśniach, w których kobieta bez elementu męskiego jest zawsze niepełna, w zawieszeniu i oczekiwaniu.

 ksiezniczka2 Norbert Serafin3

 

Dekonstruujecie ten archetyp czy po prostu pokazujecie go takim, jakim jest?

Jeszcze nie wiemy, jesteśmy w procesie. Nie chcemy na siłę dekonstruować tylko po to, żeby postawić się w opozycji. Badamy, co nam dają te archetypy. Jeśli podchodzimy do nich zgodnie z „Biegnącą…”, to one same przekraczają się w tych baśniach. Jedna postać jest każdą postacią - macochą, księciem, myszkami, wszystkim na raz. 

Przychodzimy na próby z pytaniem: co z tego wynika i czym jest kobiecość? Czym jestem jako kobieta w społeczeństwie? Jakie mam prawa, jakie obowiązki, czy w ogóle je mam? Czy jestem wolnym człowiekiem? Nie, nie jestem. Wszyscy mamy role i ograniczenia. Na próbach badamy jakie i co z nich wynika. Czy to nam pasuje. Robię ten spektakl także po to, żeby odkrywać i penetrować własną kobiecość. Zadaję sobie pytanie, co dalej z nią zrobię. Mam 34 lata, jestem niezamężna, nie mam dzieci. I to pewnie mówi coś o mnie w społeczeństwie. 

 

Jak się odnajdujesz w reżyserowaniu? Ostatnio chyba cię to coraz bardziej wciąga?

W ostatnim roku zajmowałam się reżyserowaniem dużo aktywniej i tak, wciągnęło mnie. Chciałam wziąć odpowiedzialność za coś od początku do końca i sprawdzić, a może udowodnić sobie, że jestem w stanie to zrobić. Czasem pojawia się takie poczucie, że coś zrobiłabyś lepiej, inaczej… I powiedziałam sama sobie, że jeśli mam pomysł, to muszę go zrealizować, nie gadać, a zrobić. Wtedy możemy rozmawiać, a nie tylko krytykować. Przyszedł czas, w którym postanowiłam wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje życie, także to twórcze.

 

ksiezniczka film Norbert Serafin3

 

Nowy spektakl robisz z Teatrem Chorea, z którym jesteś już długo związana.

Nie wszystkie dziewczyny w naszej grupie są z Chorei. Gosia Lipczyńska i Ania Maszewska - tak, ale skład też się przetasował. Asia Maciaszek była Kopciuszkiem w video-performansie, a teraz zmieniła ją Kasia Gorczyca, która nie jest z Chorei, ale współpracuje z nami. Jest aktywną performerką i choreografką, prowadzi też KIPISZ z Pawłem Gralą. Jest naszym nowym elementem, wzbogaca i miesza. Chorea jest moim domem. Po powrocie z Budapesztu przyjęto mnie tu z otwartymi ramionami. Bardzo się cieszę, że mogę się w tym miejscu spełniać artystycznie i współpracować z takimi wspaniałymi ludźmi, w nowej odsłonie, szukając własnego języka.

 

To jest coś, co cię pociąga najbardziej - teatr na granicy, czerpiący z performance'u, teatr fizyczny?

Tak, pociąga mnie wszystko to, co człowiecze, organiczne, niekonieczne oparte na istniejącym dziele literackim, ale tworzące się metodą pisania na scenie podczas prób, której w dużej mierze oparte są na kolektywnej pracy i improwizacji. W pracy nad „Księżniczkami” póki co jesteśmy na etapie kolektywnego wrzucania pomysłów do gara. Takiego wielkiego kotła czarownicy… [śmiech]. Dziewczyny dostają codziennie jakieś zadania, ale oprócz tego bawimy się kontekstami, jest pełna otwartość. W październiku pewnie zmieni się rytm tej pracy, wyklaruje się kształt. 

 

Teatr Stereo Akt w Budapeszcie to podobna metoda pracy?

Tak i nie. Stereo Akt to teatr otwarty na interaktywność, performatywne podejście do widza i działania site-specific. Ale realizowaliśmy też klasyczne spektakle na scenie pudełkowej, z zamkniętą czwartą ścianą i odgrywaniem ról. Dla mnie to było coś totalnie nowego. Tam, w Budapeszcie, w obcym języku, uczyłam się bycia klasyczną aktorką.

 

Jak to się stało, że znalazłaś się w Budapeszcie?

Codziennie zadaję sobie to pytanie… [śmiech]. A tak na serio, stało się tak z przyczyn osobistych. Mój ówczesny partner jest Węgrem. Przez trzy lata jeździłam do niego do Budapesztu, na początku z miłości, a nie do pracy. Sześć lat temu przeprowadziłam się tam, zaczęłam pracować i żyć w bardziej ludzkich warunkach. A teraz, w grudniu, wróciłam do Łodzi. Trochę z przyczyn osobistych, bardziej rodzinnych. Ale też zatęskniłam za krajem, za domem, za językiem polskim.

 20200719 PromenadBTS day2 SBS2691

 

A jak jest z twoim węgierskim?

Po tych kilku latach mówię po węgiersku. 

 

To chyba trudny język?

Bardzo. Podobno trzeci najtrudniejszy na świecie. 

 

Ten czas był moją szkołą filmową. Czasem jeździłam na lokację dzień wcześniej, żeby osadzić się w mojej hrabinie, pobyć w pałacu i poczuć się jak ona.

 

W Budapeszcie zaczęła się twoja kariera filmowa. Zagrałaś u zdobywcy Oscara - László Nemesa w "Schyłku dnia", kolejnym jego filmie po głośnym i nagradzanym "Synu Szawła". Jak doszło do tej współpracy?

László Nemes nie przepada za zawodowymi aktorami. Chciał mieć kilka gwiazd, ale budował międzynarodową ekipę. Od początku było wiadomo, że to będzie koprodukcją austriacko-niemiecko-francusko-węgierska. Otworzył casting do swojego nowego filmu - na Facebooku, przez ogłoszenia w szkołach… Wszyscy o tym mówili. Pracowałam wtedy w hostelu, razem z inną dziewczyną, też aktorką, z Rumunii. Powiedziała, żebym spróbowała, bo w „Synu Szawła” też byli Polacy. No i mnie namówiła. Ale na nic nie liczyłam. Było już trochę po terminie, poza tym nie miałam żadnego, większego doświadczenia filmowego. Działałam w teatrach offowych, w spektaklach ruchowych i w różnych eksperymentalnych rzeczach. Ale pomyślałam, że spróbuję.

 

Od razu się tobą zainteresowali?

To był wieloetapowy casting. Najpierw wysyłało się zdjęcia, potem trzeba było nagrać self-tape i na koniec wiersz. Wtedy po węgiersku mówiłam tylko trochę. Self-tape nagrywałam na szybko w Parku Reymonta, bo akurat byłam w Łodzi na festiwalu Chorei. Nagrałam moje lekcje węgierskiego. Zdania typu: Jestem Julia. Lubię uprawiać jogging. W wolnych chwilach gotuję. Jestem teraz w Łodzi, zaraz wracam do Budapesztu. Koniec self-tape’u. Oni wiedzieli, że nie jestem Węgierką i mam akcent. Ale dopiero przy kolejnym etapie, kiedy trzeba było nagrać wiersz, zorientowali się, że prawie nie mówię po węgiersku [śmiech].

 schylek dnia julia jakubowska kadr4

 

Ale nie przeszkadzało im to…

Nie, ponieważ to była międzynarodowa ekipa. Znajomość węgierskiego nie była wymogiem. I dostałam się, razem z innym aktorem z Polski - Marcinem Czarnikiem. 

 

W twoich kwestiach zastosowano dubbing. Ale i tak musiałaś się ich nauczyć?

Tak, miałam kwestie po węgiersku i po niemiecku. Byliśmy na planie niesamowicie zaopiekowani, od pierwszej do ostatniej sekundy. Mieliśmy trenerów wymowy. To było moje pierwsze doświadczenie filmowe i największa produkcja, w jakiej do tej pory brałam udział. Ciężko to przebić i doświadczyć czegoś równie ekscytującego.

 

Jak się pracuje z László Nemesem?

Z László pracowało mi się bardzo dobrze. Wiedział, że to mój pierwszy film i był bardzo cierpliwy. Zachęcał mnie, żebym przychodziła na plan także w tych dniach, w których nie pracowałam. Mogłam więc obserwować całą tę machinę i poczuć się pewniej. Miałam tak naprawdę tydzień zdjęciowy, ale rozciągnięty na trzy miesiące. Z jednej strony to było męczące, a z drugiej, spędziłam na planie dużo czasu i patrzyłam, jak to wszystko jest realizowane. Ten czas był moją szkołą filmową. Czasem jeździłam na lokację dzień wcześniej, żeby osadzić się w mojej hrabinie, pobyć w pałacu i poczuć się jak ona. Czułam się na planie zaopiekowana, ale też wiele się nauczyłam. Podpatrywałam Juli, grającą główną rolę, która też nie jest dyplomowaną aktorką. Co zabawne, ona nazywa się Juli Jakab, a ja Julia Jakubowska. W skrótach pisali nas podobnie i wynikały różne śmieszne sytuacje. W końcu byłyśmy Julią węgierską i Julią polską.

 

To było szaleństwo, ten film rozpoczął się parę dni po zakończeniu mojej pracy na planie „Schyłku dnia”. Gram w nim Węgierkę, po węgiersku, ale mówię tylko jedno zdanie.

 

Odgrywana przez ciebie bohaterka - hrabina Rédey to ciekawa postać. Nie jest jej na ekranie dużo, ale odgrywa ważną rolę. Jest tajemnicza, musimy sobie dopowiedzieć jej historię. Zrozumiałaś ją i wczułaś się w tę postać?

Spędziłam bardzo dużo czasu z Clarą Royer - scenarzystką, rozmawiając o tej postaci. Zbudowałyśmy sobie cały background, którego w filmie nie widać. Bardzo kocham moją hrabinę Rédey. Byłam jej fanką od pierwszego razu, kiedy się przeczytałyśmy. Ma w sobie ciemność, której nie mam w codziennym życiu. Jestem raczej pozytywną i otwartą osobą. Ale lubię wcielać się w takie postaci - graniczne, smutne, zmęczone, tajemnicze, a nawet okrutne czy psychopatyczne. Moja hrabina jest uzależniona od haszyszu, ma niejasną relację z lokajem. Dla mnie ona jest alter ego Irisz - głównej bohaterki i ostrzeżeniem: co z ciebie będzie, jeśli zostaniesz na dworze, wśród towarzyskiej śmietanki… Cała Europa pogrąża się w chaosie, następuje schyłek epoki. Hrabina Rédey to zwiastuje, ona już upadła. Jest kompletnie szalona, żyje w swojej rozpaczy, wśród swoich demonów, zatopiona w przeszłości i w uzależnieniach, z niemożnością funkcjonowania samodzielnie jako kobieta w społeczeństwie po śmierci męża. Jest taka mała scena w tym filmie, ale dla mnie bardzo ważna podczas budowania tej roli, gdy hrabina przychodzi do sklepu z kapeluszami, cała brudna i zmęczona. Sprzedawczynie szepcą między sobą, że przyszła na pieszo. W tamtych czasach poruszanie się samej po mieście to był skrajnie buntowniczy czyn, godny sufrażystki. A ona po prostu chciała dotrzeć do Irisz. 

Ten film jest na tyle otwarty, że każdy może go czytać po swojemu. „Schyłek dnia” to jedna wielka tajemnica i niedopowiedzenie. W filmie László jest jedna postać pierwszoplanowa, a wszyscy pozostali bohaterowie są epizodyczni. W ten sposób prowadzi narrację. 

 

Co ważnego pojawiło się w twoim życiu po tej roli?

Bardzo ważna była dla mnie współpraca z Olivierem Dahanem, który wyreżyserował wcześniej „Niczego nie żałuję - Edith Piaf”. Ten film zrobił na mnie ogromne wrażenie i bardzo się ucieszyłam, kiedy dowiedziałam się o castingu do jego filmu. Dostałam w nim epizodyczną rólkę, nie wiem nawet, czy ostatecznie będę widoczna na ekranie. Grałam więźniarkę w Auschwitz, która jest jednocześnie sprawczynią dla nowo przybyłych więźniarek - goli im głowy. I obcinam włosy głównej bohaterce - Simone Veil w jej młodej odsłonie. Olivier Dahan to dla mnie jeden z bardziej znaczących francuskich reżyserów i bardzo cieszę się, że mogłam go spotkać w sytuacji roboczej, ale też tak po ludzku, poznać go i porozmawiać z nim. 

 

Kolejny film - Guerilla” w reżyserii György Mór Kárpátiego o węgierskiej rewolucji przeciw Austriakom…

To było szaleństwo, ten film rozpoczął się parę dni po zakończeniu mojej pracy na planie „Schyłku dnia”. Gram w nim Węgierkę, po węgiersku, ale mówię tylko jedno zdanie. To epizodyczna rola, ale dla mnie było ważne to, że kolejny węgierski reżyser, mimo ogromnej konkurencji, chce mnie w swoim filmie. Film jest teraz moją ogromną miłością. Praca na planie jest czymś nowym, wyzwalającym, twórczym… Odnalazłam się w tym i chciałabym robić to dalej.

 2020. Film Guerilla rez. Karpati Gyoergy Mor

 

W wywiadzie sprzed roku mówiłaś, że chciałabyś teraz zagrać w Polsce i po polsku. Zadziało się coś w tym kierunku?

Właśnie nakręciliśmy krótkometrażowy film „Instant Love” w reżyserii Kingi Kornak ze studentami i studentkami Krakowskiej Szkoły Filmowej, w którym wcieliłam się w główną bohaterkę. Lubię brać udział w różnych produkcjach - od milionowo budżetowej, międzynarodowej produkcji, po filmy dyplomowe, ale bardzo wartościowe i ze świetną ekipą. Pracuję też nad zupełnie nową rzeczą z łódzkim operatorem Julianem Sojką i Bartoszem Krukiem. Zaczynamy kręcić latem przyszłego roku, ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej.

 

Masz listę życzeń, jeśli chodzi o polskich reżyserów, u których chciałabyś zagrać?

Oczarowuje mnie Jagoda Szelc. Robi bardzo interesujące kino. Miałam okazję posłuchać jej podczas Film Spring Open, gdzie prowadziła scenariuszową grupę. I chciałabym spotkać się z nią w pracy. A z takich oczywistych nazwisk, to nieśmiało, nawet nie chce mi to przejść przez gardło… Paweł Pawlikowski, Wojciech Smarzowski… Takie marzenia, które będę spisywać na kartce i chować pod poduszkę [śmiech].

 

Twoim debiutem reżyserskim był film „Księżniczka”, mający międzynarodową premierę w Los Angeles.

Już wtedy dostałam stypendium artystyczne, chodziły mi różne pomysły po głowie. Nagle zdarzył się lockdown i zatrzymały się twórcze działania. Akurat rozmawiałam z kolegą operatorem - Norbertem Serafinem i stwierdziliśmy, że on ma kamerę, a ja wolny czas i że możemy coś razem zrobić. Przez to, że byliśmy zamknięci w swoich mieszkaniach i nie mogliśmy robić nic innego, nakręciliśmy krótkometrażowy film w kilka dni. Napisaliśmy scenariusz razem i podzieliliśmy się rolami na planie. Traktowaliśmy to zupełnie poważnie. Pobudka o piątej rano, bufet śniadaniowy i praca. Kierownik planu, czyli najczęściej ja, odpowiadałam też za kostiumy i make up. A Norbert za zdjęcia i scenografię. Reżyserowaliśmy właściwie wspólnie, dzieliliśmy się obowiązkami. Powysyłaliśmy film na różne konkursy, z małą nadzieją, ale raczej bez wiary w sukces. I nagle dostaliśmy się do Los Angeles na Indie Short Fest w kategorii „Best First Time Director (Female)”. To było mega zaskoczenie. Nagle przez pandemiczny epizod stałam się reżyserką filmową [śmiech]. Norbert jest też autorem zdjęć do video-performance’u „W wieży zamknięta”, współpracujemy dalej. 

 

Nigdy nie dostałam się do szkoły aktorskiej, w końcu przestałam próbować. Ale wiedziałam, że muszę być aktorką.

 

Ten moment zamknięcia w pandemii był dla ciebie trudny, prywatnie i w zawodzie aktorki?

Był o tyle trudny, że akurat wróciłam do Łodzi z nastawieniem szukania agencji, jeżdżenia na castingi i inwestowania w aktorską karierę filmową. Pandemia mnie spowolniła. Nie mogłam powalczyć o swoje, agencje aktorskie stały się w tym czasie bardzo ostrożne. W produkcji niewiele się działo. A teraz, kiedy życie powoli wraca do normy i mogłabym znów powalczyć o role, to nie mam na to czasu. Pochłonęły mnie moje autorskie projekty. Priorytetem jest dokończenie stypendium i wyreżyserowanie „Księżniczek”. Castingi tylko od czasu do czasu, kiedy jestem zapraszana. Chętnie biorę w nich udział, bo chcę grać w polskich filmach. Pracuję też w Ośrodku Kultury „Górna”, w którym jestem codziennie i właśnie zakładam tam grupę teatralną dla dzieci. To dla mnie nowe odżywcze doświadczenie i jestem ciekawa, co z tego wyniknie. Dyrektorka - Agata Dawidowicz jest bardzo wspierająca i przyjęła mnie z otwartym sercem.

 

dwarf Agnieszka Cytacka.
fot. Agnieszka Cytacka.

 

Jesteś mega zapracowana. I jak przypomnę sobie ciebie z czasów studiów, to myślę sobie, że zawsze wiedziałaś czego chcesz i konsekwentnie do tego dążysz. 

Nigdy nie dostałam się do szkoły aktorskiej, w końcu przestałam próbować. Ale wiedziałam, że muszę być aktorką. Jeśli naprawdę ci na czymś zależy, to będziesz to robić. Robienie tylu rzeczy naraz i w takim tempie wynika z prawdziwej potrzeby z trzewi i z kości. Czasem trzeba coś poświęcić. Ale to jest mój wybór, wynikający z miłości do filmu i teatru.

 

Wróciłaś do Łodzi. To dla ciebie dobre miejsce w tym momencie życia?

Bardzo się cieszę, że tu jestem i że Łódź przyjmuje mnie tak otwarcie i czule. Dostałam dużo pozytywnej energii. Udało mi się zdobyć stypendium i przestrzeń na próby. Znalazłam fajną pracę. Dużo wydarzyło się naraz. Jestem w trakcie przeprowadzki do mojego starego-nowego mieszkania. Wiele dzieje się też w przestrzeni osobistej. Jestem tu dopiero od grudnia 2019 roku, trafiłam na lockdown. Ale to dobrze, taki czas też jest potrzebny, żeby zastanowić się nad sobą i co dalej. Łódź ma duży potencjał oddolny i ludzi z pasją, z dużą potrzebą działania z serca, a nie tylko dla ekonomicznych profitów. Jest tu tyle dziwnych przestrzeni, na wpół martwych, a na wpół odradzających się na nowo. To aż kusi, żeby tu żyć i tworzyć.

 

A masz w sobie gotowość, żeby wyjechać, gdyby pojawiła się jakaś ciekawa propozycja gdzie indziej?

Tak i nie. Nie muszę być tu non stop. W tym momencie na przykład pracuję w Budapeszcie na planie szwedzkiego horroru w reżyserii Marcusa Fischera, który rozgrywa się w na XII-wiecznej wsi. I to jest super, że mogę tam popracować i wrócić. Łódź jest teraz moją bazą. Jestem bliżej niż kiedykolwiek z moją rodziną - z mamą i bratem. I oni stali się centrum mojego mikro wszechświata. Może to taki wiek, że ciągnie mnie do stabilności, rodziny i korzeni. Mam tu też swoją historię, dzięki czemu są przyjaciele i znajomi, a także osoby, które chcą ze mną działać artystycznie. 

Wizualnie Budapeszt jest najpiękniejszym miejscem na Ziemi i cieszę się, że to teraz moja druga ojczyzna i drugi dom. Ale lubię wracać do Łodzi. Spełniam się tu i jest mi dobrze. Chciałabym dalej żyć tak, jak żyję. Realizować się artystycznie, pracować w twórczych kolektywach, spotykać ludzi. Jedyne czego sobie jeszcze życzę to grać po polsku. Wtedy nie musiałabym bywać tak często w Budapeszcie.

 

 _________________________

Julia Jakubowska, rocznik ’86, absolwentka kulturoznawstwa, teatrologii na UŁ. Aktorka, performerka, próbuje swoich sił w reżyserii. Mieszka w Łodzi i w Budapeszcie. W Łodzi od ponad 11 lat związana z Teatrem CHOREA, gdzie grała w licznych spektaklach, współprowadziła warsztaty teatralne i ruchowe, oraz autorskie projekty artystyczno-społeczne, np. Abramka Fest. Obecnie pracownik Ośrodka Kultury Górna, gdzie jest odpowiedzialna za prowadzenie projektów oraz zakłada grupę teatralną dla dzieci. Tegoroczna stypendystka Stypendium Artystycznego Wydziału Kultury. W Budapeszcie od 6 lat związana z kolektywem artystycznym Stereo Akt i współpracująca z wieloma artystami niezależnymi i profesjonalnymi scenami, a także rozwijająca karierę filmową. Zagrała w takich produkcjach jak: „Schyłek Dnia” reż. Laszló Nemes, „Guerilla” reż. Karpati Mór, „Simone, une femme du siecle” reż. Olivier Dahan. 

 _________________________

Eliza Gaust  - absolwentka kulturoznawstwa na UŁ, koordynatorka wydarzeń kulturalnych, obecnie pracująca w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Kuratorka wystaw, inicjarorka łodzkiej Żywej Biblioteki, lubi pisać o łódzkiej scenie undergroundowej (i nie tylko). Napisała książkę "CZATA | JUDE 1993-2017".