Wprowadzenia konkursów na stanowisko dyrektorów teatrów, podobniej jak i kadencyjności dyrekcji, domagało się samo środowisko teatralne w trakcie licznych kongresów kultury, debat, konferencji. Chodziło o to, by odejść od niejasnych mechanizmów mianowania dyrektorów ważnych instytucji kultury bez dyskusji opartych na merytorycznych argumentach. Konkurs nie miał być egzaminem czy, tym bardziej, sposobem na upokorzenie kandydata: miał tworzyć okazję rzetelnej debaty o teatrze i miał ucywilizować relację między finansującym teatr miastem lub województwem a kierującym teatrem artystą lub urzędnikiem.

 

Czy wszystkie konkursy na stanowiska dyrektorów teatrów umożliwiły realizację tych założeń? Oczywiście, że nie. Odpowiedzialność za tę sytuację ponosili i ponoszą zarówno organizatorzy konkursów, jak i ich uczestnicy; jedni i drudzy zwykle z tych samych powodów. Bo byli merytorycznie słabo przygotowani do dyskusji, bo traktowali procedurę wyłącznie fasadowo (podejmując decyzję na podstawie wcześniejszych, kuluarowych ustaleń), bo kierował nimi egoizm, który mylił dobro teatru z interesami kandydata na dyrektora bądź z interesami instytucji założycielskiej. Ale sukces wielu konkursów (tak przecież wybrano dyrektorów większości najsprawniej dziś działających scen w kraju, od poznańskiego Teatru Polskiego po warszawski Teatr Powszechny) dowodzi, że mimo pokus powrotu do rozwiązań przeczących ideom demokratycznego państwa obywatelskiego, konkursy okazały się dobrym rozwiązaniem. Zresztą krytyka tego rozwiązania jest z roku na rok coraz słabsza, a do konkursów przystępują najwięksi artyści i organizatorzy polskiego teatru, i to nie tylko wówczas, gdy chcą obejmować nową scenę: stają przed komisją konkursową również wtedy, gdy danym teatrem kierowali już nierzadko od wielu lat, ale ubiegają się o objęcie nowej kadencji.

Ostatnim głośnym przykładem tego typu sytuacji może być konkurs w warszawskim Teatrze Rozmaitości: kierujący teatrem od lat Grzegorz Jarzyna i jego zespół nie uciekali przed konkursową rozmową.

Ostatnim głośnym przykładem tego typu sytuacji może być konkurs w warszawskim Teatrze Rozmaitości: kierujący teatrem od lat Grzegorz Jarzyna i jego zespół nie uciekali przed konkursową rozmową. Nikt nie unosił się honorem i nikt nie darł szat czytając ogłoszenie M. St. Warszawa o zorganizowaniu otwartego konkursu, a nawet nikt nie protestował, gdy miasto zaproponowało dyskusję o nowych rozwiązaniach organizacyjnych w strukturze TR-u. Kadencyjność stanowisk i okresowość konkursowych dyskusji służą rzetelnej refleksji i odpowiedzialnym reformom. To nie kara czy votum braku zaufania dla dotychczasowej dyrekcji – konkursy to standard demokratycznego państwa, okazja do dyskusji o nowych wyzwaniach, szansa na rozmowę wielu środowisk o ich oczekiwaniach zarówno względem teatru, jak i instytucji założycielskiej. Konkurs jest rodzajem okrągłego stołu, przy którym spotykają się ci wszyscy, dla których ważny jest los teatru. Bo jeśli nie okrągły stół, to co? Zakulisowe rozgrywki? Anonimowe pogróżki? Emocjonalne szantaże? To prawda: przepisy przewidują rezygnację z procedury konkursowej, ale dlatego, by umożliwić funkcjonowanie instytucji na miarę Kantorowskiego Cricot II czy kierowanego przez Grotowskiego Teatru Laboratorium. Poprzeczkę planowano stawiać wysoko. Jak wysoko? Niedawna historia TR-u i Grzegorza Jarzyny pokazuje, że bardzo wysoko. Wyżej, niż można ulokować jednego z najbardziej twórczych polskich artystów i teatr, na którego scenie pracują najwybitniejsi światowi reżyserzy, teatr zapraszany na najwybitniejsze światowe festiwale.

 ... co stracimy, gdy konkursu nie będzie? Stracimy szansę na rzetelną dyskusję o przyszłości tej sceny.  Stracimy szansę na lepszy teatr.

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce łódzkiego Teatru Powszechnego?

Albo, inaczej: co stracimy, gdy konkursu nie będzie? Stracimy szansę na rzetelną dyskusję o przyszłości tej sceny. Stracimy szansę na sformułowanie ciekawych pomysłów. Stracimy szansę na zainteresowanie problemami naszego teatru artystów i organizatorów kultury spoza naszego miasta. Stracimy szansę na lepszy teatr.

Stracimy szansę na zrobienie kolejnego kroku w stronę cywilizowania się środowiska, w którym żyjemy. I stracimy szansę na budowanie dojrzalszego społeczeństwa obywatelskiego. Konkursy nawet wówczas (a może w szczególności wówczas), gdy stają do nich – nierzadko z pozycji faworyta – dotychczasowi dyrektorzy teatrów, rozbudzają zainteresowanie kulturą. Coraz częściej zresztą uczestnicy konkursów sami upubliczniają swoje programy konkursowe, co nie tylko przyczynia się do większej transparentności procedur, ale pozwala także na wzajemne inspiracje i nierzadko późniejszą współpracę niedawnych rywali w walce o dyrektorski fotel.

Czy konkurs na stanowisko dyrektora Teatru Powszechnego w Łodzi musi zakończyć się sukcesem? Oczywiście, że nie. Jeśli wygrają partykularyzmy, jeśli ktoś postanowi zakpić z prawa i przyzwoitości, jeśli nie będzie się liczyła merytoryka, to konkurs stanie się katastrofą. Co więcej, może się okazać (ryzyko jest realne – Powszechny nie jest przedmiotem westchnień polskiego środowiska teatralnego), że zainteresowanie dyrektorskim fotelem będzie znikome, że konkurs zgromadzi wyłącznie trzeci garnitur kandydatur. Wreszcie, może się okazać, że mimo rzetelnej analizy kandydatur komisja konkursowa się pomyli. Ale jest to ryzyko wpisane w ideę demokracji. A lepszego systemu nikt jak dotąd nie wymyślił. 

 

___________________________________   

 

Piotr Olkusz jest pracownikiem Instytutu Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, redaktorem miesięcznika teatralnego „Dialog”, recenzentem portalu teatralny.pl. Wykłada także na Wydziałach Reżyserii oraz Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej.

 

___________________________________


 
ilustracja: GRA-FIKA