Marta Zdanowska rozmawia z Mają Luxenberg, edukatorką, muzyczką, aktorką, odpowiedzialną za reżyserię, dramaturgię i opracowanie wokalne spektaklu „Kar nawał” w Teatrze Nowym w Łodzi. O snach, apokalipsie, muzyce, wyobrażonej i realnej Syberii, symbolice czerwonej nitki i teatralnych marzeniach.

 

Rozmawiamy już po premierze „Kar nawału”, więc widziałam spektakl i myślę, że bardzo trudno iść dziś za waszym wezwaniem „w świecie, który odkąd istnieje, niesprawiedliwie kogoś więzi, który deportuje, który skazuje na śmierć, (…) który nie pozwala się bawić, bawmy się!”. Została mi za to w głowie fenomenalna rola Pauliny Walendziak, której wróżę wielką karierę i jej przejmująca scena z czerwoną nitką, w której mówi: „To czasem jest zwykła nitka”. Wszyscy w tej nitce widzimy dzisiaj krew.  

Monolog o czerwonej nitce powstał w dniu wybuchu wojny w Ukrainie, w bezpośredniej reakcji na to, co się stało. Wiele tekstów w spektaklu nabrało zupełnie innego znaczenia wraz z wybuchem wojny, tak jest na przykład z monologiem Śmierci, który nabrał strasznej mocy po 24 lutego.  Paulina Walendziak przejmująco mówi „Do domu”, tekst piosenki Błażeja Króla, do której dopisałam swoje fragmenty. Zresztą Paulina była osobą zaangażowaną w pomoc na granicy białoruskiej, teraz pomaga ukraińskim rodzinom, więc to wszystko się łączy.

A zaczęło się tak, że od Remika Brzyka dostałam zadanie zrobienia spektaklu karnawałowego, choć nastrój miałam średnio karnawałowy. Wszyscy byliśmy już zmęczeni ciągłymi protestami w obronie praw kobiet, które nie odnosiły skutku, kolejnymi falami covidu. Zaczęłyśmy pracować nad spektaklem z Werą Makowskx 1 stycznia, właściwie cały czas spędzając we wspólnej  przestrzeni. Mieszkałyśmy w jednym pokoju i faktycznie, stałyśmy się duetem twórczym, działającym bez przerwy, bez wytchnienia. Co oczywiście miało swoje plusy i minusy. „Kar nawał” wyniknął ze stanów, który towarzyszyły tej pracy i zmieniał się tak, jak zmieniała się rzeczywistość. Dlatego działa bardziej na nastroje i emocje niż na intelektualne zrozumienie.

Niesłychanie trudno robi się teatr w obliczu takich wydarzeń, łatwo stracić poczucie sensu, zwłaszcza gdy równocześnie starasz się angażować aktywistycznie


Przyjechałyśmy do Łodzi, nad ulicami unosiły się mgły, zaczęłyśmy rozmawiać z Kasią Gorczycą, założycielką łódzkiego KIPISZU, która przygotowywała ruch do naszego spektaklu, i eksplorując ten stan bezsilności, szukałyśmy sposobów na poradzenie sobie z małymi i większymi apokalipsami, które na nas spadały. Kolejne sceny bazowały w dużej mierze na improwizacjach aktorskich, do których aktorzy wnosili emocje, lęki, niepokoje. Niesłychanie trudno robi się teatr w obliczu takich wydarzeń, łatwo stracić poczucie sensu, zwłaszcza gdy równocześnie starasz się angażować aktywistycznie. Kiedy zaczynałyśmy pracę nad „Kar nawałem”, Wera napisała pierwszy opis spektaklu i zaczynał się on zdaniem: Czy można bawić się tak, żeby zapomnieć o Polsce i świecie?  Na pewno ten spektakl nie pomoże Ukraińcom, czy osobom, które umierają na granicy z Białorusią, są lepsze sposoby pomagania. Może jedynie dać wytchnienie na półtorej godziny. Wydaje mi się, że „Kar nawał” zaszczepia jednak nadzieję, że będzie lepiej i wiarę w to, że mimo wszystko możemy zmieniać rzeczywistość. I że koniec końców zwycięży miłość. Mimo że zadziałałyśmy z Werą przewrotnie: na początku uśmierciłyśmy Nadzieję, by pokazać, że bez niej świat się rozpada, traci równowagę, Wiara i Miłość nie mają racji bytu. Zresztą nie zależało mi na domykaniu pewnych sensów, bo teatr nie jest dla mnie wykładem, tylko impresją. Za każdym razem można szukać w nim czegoś innego. 

  

NOWY KAR NAWALDSC4100fot. HaWa

 

 

Zrobiłyście spektakl oniryczny, w którym przypominacie o marzeniach odstawianych do kąta, o zapominanym rodzaju niewinności, ale też wizualnie o przestrzeniach śnienia, marzenia.  Jest to też spektakl otwarty na różnorodność interpretacji. Cztery postacie główne: Śmierć, Miłość, Nadzieja, Wiara są jak cztery karty Tarota, ale równie dobrze może to być nawiązanie do św. Pawła i jego tekstu: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość”. Tropy interpretacyjne widz może znaleźć samodzielnie.

Od początku spektaklu wiedziałyśmy na pewno, że Damian Sosnowski będzie Śmiercią. Zostały nam trzy dziewczyny, którym powierzyłyśmy role Wiary, Nadziei i Miłości. Trzy postacie kobiece w obliczu śmierci. Wiedziałam, że tekst będzie pisany już w trakcie powstawania spektaklu, bez żadnej podkładki literackiej czy punktu odniesienia. Chciałyśmy mentalnie powrócić  do tradycji misteryjnej – no i w moim odbiorze „Kar nawał” jest takim moralitetem à rebours. Myślałam też o psychomachii, czyli walce sił światła i ciemności o duszę ludzką, o Erosie i Tanatosie, zamieraniu i odradzaniu się. Na pewno także o cykliczności, bo mamy przecież i karnawał i post, a my zrobiłyśmy spektakl na ich przełomie, zbliża się Wielkanoc.

Długo pracowałyśmy nad uchwyceniem stanów „pomiędzy”, bo oniryczność jest dla mnie bardzo ważna. Tak jak we śnie spotykamy czasem postacie z realności, tylko w innych rolach, tak w „Kar nawale” chodzi o podobną wędrówkę, rodzaj podróży Alicji przez króliczą norę. Matkę spotykamy jako królową, brat staje się demonem, monolog Miłości przeradza się w gabberowe szaleństwo. Jestem osobą, która dużo śpi i śni, a sen jest dla mnie ważny dla odczytywania znaczeń.

Każde pokolenie ma swój koniec świata, teraz mamy właśnie taki. Spędziłam trzydzieści lat w stabilnej rzeczywistości, którą traktowałam jako pewnik


Dla mnie bardzo ciekawy, ale też zaskakujący jest wątek, który pierwotnie miał towarzyszyć spektaklowi, czyli zbieranie snów. Dzięki tobie po raz pierwszy dowiedziałam się o postaci dziennikarki Charlotte Beradt, która w nazistowskich Niemczech od 1933 roku zbierała sny Niemców i zebrała ich kilka tysięcy. Przedziwne.

Podczas pracy nad spektaklem rozpoczęłam projekt zbierania kolekcji snów jako projekt badawczy, usiłowałam zajmować się tym już wcześniej, w MICET, czyli dziale edukacyjnym Starego Teatru. Nie udało nam się to do końca, bo po wybuchu wojny w Ukrainie zmieniły się priorytety, nie byliśmy już w stanie nagrywać swoich snów, większość z nich stała się apokaliptyczna. Zdecydowałyśmy się jednak opublikować sen Marii Snisarenko, który dla mnie był absolutnie wstrząsający.

A skąd sny? Kiedy usłyszałam po raz pierwszy o książce Charlotte Beradt „The Third Reichs of dreams”, olśniło mnie. Byłam wtedy pod dużym wrażeniem tego, co pisał Joseph Campbell i Jung, myślałam o zbiorowym śnieniu. To chyba Jung powiedział, że „mit jest snem społeczności, a sen jest indywidualnym mitem” i mocno to we mnie utkwiło. Każde pokolenie ma swój koniec świata, teraz mamy właśnie taki. Spędziłam trzydzieści lat w stabilnej rzeczywistości, którą traktowałam jako pewnik. Ale czasy pokoju i stabilizacji wcale nie są pewnikiem, na tle dziejów świata można je nazwać anomalią. Trudno jest planować dziś przyszłość, trzeba reagować szybko na okoliczności, które niełatwo przewidzieć, być elastycznym. To też trudny czas dla artystów, którzy – jak sami twierdzą – są papierkiem lakmusowym społeczeństwa. Charlotte Beradt w Trzeciej Rzeszy, jeszcze przed II wojną światową, rozmawiała ze znajomymi i zauważyła, że pewien wzorzec snów się powtarza. Jej badanie dotyczyło tego, że sny noszą znamiona nie tylko indywidualnych przeżyć, ale także wspólnego przeczucia społecznego. Przebadała setki ludzi. Prawdopodobnie mamy ewolucyjną zdolność wyczuwania zagrożenia, a sny, które zbierała Beradt w jakiejś mierze przepowiedziały Holocaust. Praca badawcza Beradt była dla niej bardzo niebezpieczna [Beradt była Żydówką – przyp. M.Z.], więc pocięła tekst na wąskie paski i zaszyła w obwolutach swoich książek, które wysyłała partiami do Stanów Zjednoczonych. Zresztą przed wojną udało jej się do Stanów uciec, dzięki czemu możliwa była publikacja książki po angielsku [Do 2022 roku „The Third Reichs of dreams” nie została przełożona na język polski – przyp. M.Z.].

 NOWY KAR NAWALDSC4336fot. HaWa 

 

Zapytam o to w kontekście zagłady, która już pojawiła się w twojej opowieści. Przez pewien czas zastanawiałam się czy Maja Luxenberg to pseudonim, ale okazuje się, że jednak nie, to nazwisko, które świadomie przybrałaś. Tutaj otworzę elipsę i  dodam – bardzo długo Polska była krajem homogenicznym, kulturę żydowską wymiótł najpierw Holokaust, a niedobitków po niej pozbyto się w czasie antysemickiej nagonki w 1968 roku. Teraz przechodzimy przyspieszoną lekcję wielokulturowości. Ty mówisz dość otwarcie o swoich żydowskich korzeniach.

Tak, choć wiem, że to teraz dość modne odnajdywać żydowskie korzenie (śmiech). Nie jestem w pełni Żydówką, bo moja mama nie ma pochodzenia żydowskiego, ma je natomiast ojciec. Do osiemnastego roku życia z dumą nosiłam nazwisko Łukowska. Tyle tylko, że to nazwisko zostało wymyślone przez mojego dziadka. A właśnie ze względu na pamięć dziadka, wróciłam do nazwiska Luxenberg. Swoimi korzeniami zaczęłam się interesować mniej więcej, kiedy miałam osiemnaście lat. Pojechałam nawet do Izraela na wycieczkę edukacyjną dla osób odkrywających swoje żydowskie pochodzenie, czyli Taglit, a taglit znaczy odkrycie. Było to niezwykłe doświadczenie, ale też trzeba pamiętać o tym, że jest to poniekąd akcja propagandowa, która ma na celu zachęcenie młodych ludzi do zamieszkania w Izraelu. Ja nie popieram polityki Izraela, uważam ją za okrucieństwo wobec Palestyńczyków. Mój dziadek nie wylądował jednak w Izraelu. Razem z babcią znaleźli się  w momencie inwazji rosyjskiej we Lwowie, gdzie potajemnie wzięli ślub. Babcia była ze sztetla pod Magierowem, dziadek z Krakowa. Właściwie od razu zostali zesłani na Syberię i przeżyli tam kilka lat. Kiedy o tym opowiadam, zdaję sobie sprawę z tego, że wiem niewiele ponad te kilka zdań. Kiedy dziadek jeszcze żył byłam za mała, żeby pytać.

 

W Polsce pyta zazwyczaj trzecie pokolenie, więc pyta późno, a czasami już za późno.

Dziadek mieszkał z nami i miał taki gigantyczny, kiczowaty obraz, który zamówił pod Bramą Floriańską. Obraz przedstawiał zimowy pejzaż, zasypaną śniegiem leśną ścieżkę, z bardzo charakterystycznym światłem. Dziadek mówił, że to droga na Syberię. Syberia wydawała mi się wtedy jakimś fantastycznym, baśniowym  miejscem. Dziadek wspominał ją z rozrzewnieniem, pewnie wracał pamięcią do czasów młodości – podczas zsyłki mieli z babcią po dwadzieścia lat, była to dla nich przygoda życia. Kiedy dziadek trafił do armii Andersa i razem z babcią w końcu znaleźli się w Teheranie, Persowie częstowali ich daktylami i pomarańczami, które jedli jak ziemniaki, więc po rosyjskim, syberyjskim piekle, to musiał być prawdziwy raj. Dziadkowie zostali tam do końca wojny, w Teheranie urodził się mój wujek (brat ojca – przyp. M.Z.), a potem postanowili wrócić do Polski, bo dziadek zostawił tutaj bardzo dużą rodzinę. Niestety, na miejscu okazało się, że jest jedynym ocalałym, reszta rodziny zginęła w obozach w Bełżcu i w Płaszowie. Później dziadek działał na rzecz utworzenia miejsca pamięci ofiar w byłym obozie w Płaszowie, pisał do gazety „Fołks Sztyme”, można powiedzieć, że był żydowskim aktywistą. 

 

NOWY KAR NAWALDSC01494fot. HaWa

 

Zależało mi na elektroniczno-techno-noisowym klimacie, bo nasz „Kar nawał” czy raczej nawał kar, bardzo do takich mrocznych klimatów pasuje

Wróćmy do spektaklu. Bardzo ważną rolę w „Kar nawale” odgrywa muzyka i sądzę, że nieprzypadkowo, bo ty również zajmujesz się muzyką, a poza tym masz kapelę podwórkową, której nazwy w jidysz chyba nie umiem wymówić „Di libe brent wi a nase Szmate”,  czyli po polsku: Miłość płonie jak mokra szmata. Wszystkiego nie rozpoznałam, ale na pewno muzycznie pojawiają się na scenie covery Nicka Cave’a &The Bad Seeds, Eurythmics, a nawet Maryli Rodowicz. Jest bardzo eklektycznie.

W Teatrze Nowym robiłam już muzykę do spektaklu „Wszyscy jesteśmy dziwni”, natomiast sama nie uważam się za producentkę muzyczną, a raczej za piosenkopisarkę, stąd też moja queerowa kapela podwórkowa. Zależało mi bardzo na tym, żeby w „Kar nawale” pojawiła się muzyka nie „typowo teatralna”, ale muzyka z rodowodem klubowym. Znałam już nieco Justynę Banaszczyk (FOQL), razem z Darkiem Pietraszewskim są założycielami Radia Kapitał, a ja nagrywam tam czasem audycję („Radio Apokalipsa”) i pomyślałam, że skoro już mnie przywiało do Łodzi, to nadarza się świetna okazja, żeby ją zaprosić do współpracy. Uważam Justynę za bardzo oryginalną, wybitną artystkę. Zależało mi na elektroniczno-techno-noisowym klimacie, bo nasz „Kar nawał” czy raczej nawał kar, bardzo do takich mrocznych klimatów pasuje. Wiedziałam kogo wybieram do ekipy aktorów, bo z Pauliną Walendziak spotkałam się już przy „Wszyscy jesteśmy dziwni” i kocham jej głos, ogromny talent ma też Damian Sosnowski i czułam, że ten duet może wspaniale zabrzmieć. Paulina ma taki rodzaj uczuciowości, ale też czystości w głosie, który sprawia, że wzrusza mnie do łez. Ale Justyna miała trudne zadanie. Po raz pierwszy pracowała w teatrze i musiała zrobić covery, co było jednak wyjściem poza jej strefę komfortu i zwykły tryb pracy nad autorską muzyką.

Zresztą piosenki w tym spektaklu mówią czasem więcej i dosadniej niż teksty konkretnych scen, które są ulotne i niedomknięte. Zastanawiałam się, czy teksty piosenek nie powinny być w całości wyświetlane w projekcjach, ale w końcu zdecydowałyśmy się ograniczyć je do wyświetlanych na ekranach haseł. Mam nadzieję, że to nie miesza widzowi w głowie, a ten zabieg otwiera dodatkowe poetyckie przestrzenie.

Przyznam, że wróciłam do tekstu Nicka Cave’a „Fifteen feet of pure white snow”, choć akurat do samego Cave’a mam stosunek trudny. W kontekście tego, co działo się na Białorusi, na naszej wschodniej granicy, na której zamarzali ludzie, tekst, który w oryginale mówił o uzależnieniu, w waszym spektaklu  brzmi zupełnie inaczej.

Piętnaście stóp białego śniegu budzi skojarzenia z Białorusią, ale może to też być depresja, bezsilność, odrętwienie, choć w oryginale tekst odnosił się głównie do uzależnienia od narkotyków. Kiedy myślałam o świecie bez nadziei, o umieraniu czegoś – w kontekście tych wszystkich nawracających w spektaklu „imprez”, które są jak danse macabre – to ta piosenka wprawiała w dyskomfort, wytrącała z równowagi. W „Kar nawale” pojawia się też moja piosenka „Sonary”, „Sweet dreams” Eurythmics, „White rabbit” Jefferson Airplane w gabberowym wydaniu, a później jeszcze  „LLorando”, czyli cytat z „Mullholand Drive”…

 

Filmu Lyncha, z którego chyba wszyscy pamiętamy tę scenę śpiewu w teatrze.

Która jest chyba moją ulubiona sceną filmową. Kiedy pierwszy raz obejrzałam „Mullholand drive”, miałam siedemnaście lat i to wrażenie zostało ze mną na długo.
 

NOWY KAR NAWALDSC01355fot. HaWa 

 

Po „Kar nawale” zostałam z wrażeniem, że oglądam spektakl przepiękny wizualnie i chyba powinien dziś z nami rozmawiać też twórca kostiumów, które trudno określić inaczej niż krótko: niesamowite.

Tak. Kostiumy zaprojektował Maciej Jelonek, oficjalnie Bellon Cornutta, dla przyjaciół Bobek. On sam sygnuje się marką House of Weirdessness i tak ten człowiek wielu imion figuruje na plakacie spektaklu. Być może go widziałaś, siedział na widowni w fantazyjnym kostiumie przypominającym  choinkową bombkę. „Kar nawał” to również jego debiut teatralny i mój strzał w dziesiątkę. Bobka poznałam na planie teledysku mojej przyjaciółki Marty Nawrot, czyli Xeny XP  i zobaczyłam kostiumy jego autorstwa. Pomyślałam wtedy, że być może jest to ryzyko, bo mam przed sobą debiut instytucjonalny, pracowałam dotąd raczej w offie, ale muszę zaprosić Bobka do współpracy, bo jest geniuszem kostiumu.

Spektakl ma sporo przejść od momentów performerskich do psychologicznego grania z czwartą ścianą, to też niełatwe zadanie 


I te kostiumy są genialne. Słyszałam, że większość z nich powstała w duchu zero waste, z resztek rzeczy ze spektakli, które już nie będą w Nowym grane? 

Po części tak, to dotyczy również scenografii, której autorką jest Radosia Niezgoda. W trakcie pracy wiele idei do nas przychodziło, a potem je modyfikowaliśmy. Na początku chciałam osadzić „Kar nawał” w historii Teatru Nowego w ogóle, tak jakby było to wysypisko kulturowej pamięci i nawiązań do wcześniejszych spektakli. Potem wyczyściliśmy spektakl ideowo, interpretacyjnie i wizualnie. Radosia przetwarzała rzeczy znalezione w teatrze, bo właściwie wszystko – oprócz mchu (żywego!) – pochodzi z zasobów teatralnych. I to jest fajne, bo zazwyczaj scenografia generuje dużo plastiku, który nie nadaje się do przetworzenia. Kostium Joli Jackowskiej (Wiary) jest zero waste, uszyty z materiałów znalezionych w magazynach teatralnych, świetnie został przetworzony także kostium Śmierci – w koszulkach z pleksi znaleźć można ścinki starych programów, śmieci, odpadki, jest nawet widelec.

Zależało mi, żeby scena z kawałkiem „Swimming pool”(FOQL & Fisherle), zaraz po monologu Śmierci, była jak pokaz mody. W ruchu dużo nawiązań wybiegowych, inspiracji sceną vogueingową, czy ballroomową. Wiem, że to szalenie trudne dla aktorów grać i poruszać się w tak abstrakcyjnej przestrzeni, są właściwie nadzy na scenie, nie ma czego się chwycić, scenografia jest światem nieokreślonym, metaforycznym. Tę przestrzeń aktor musi sobie wymyślić, bo nie ma mebli, czy rekwizytów, za którymi można się schować i gra właściwie opiera się na samych emocjach, a aktorzy wchodzą na dość wysoki diapazon emocji. Staraliśmy się też wyciągać momenty kontaktu z publicznością w monologach Damiana (Śmierć) i Halszki (Miłość). Spektakl ma sporo przejść od momentów performerskich do psychologicznego grania z czwartą ścianą, to też niełatwe zadanie.

 

Teatr Nowy Kar nawal Paulina Walendziak 2fot. HaWa

 

Mówiłaś o oniryczności „Kar nawału”, ale jest to też spektakl zaangażowany, choć w nienachalny i dość wdzięczny sposób. Kto chce znajdzie tam strajk kobiet, sytuację na wschodniej granicy, opowieść ekologiczną, która ogniskuje się w uroczej, wyobrażonej postaci wieloryba, ale też mówi sporo o emocjach i koresponduje z piosenką „Sonary”. I przyszło mi do głowy, że na pewnym poziomie to także spektakl psychoterapeutyczny. Uwielbiam scenę z Wiarą i Miłością, w której Jolanta Jackowska w wyobrażonej roli matki wygłasza do córki tekst-wytrych, „Ślimak nie będzie pełzał szybciej, tylko dlatego, że się na niego wydrzesz”. To jest w stanie opisać sporo relacji międzyludzkich, zostawiam ten cytat dla siebie (śmiech). Planowałyście taką małą psychoterapię dla rzeczywistości?

Jeśli się udało, to super! Rozmawialiśmy z Damianem o tym, że praca nad rolą może być formą autoterapii, więc przez ten proces przechodzi się niezależnie od tego, czy się chce czy nie chce. Ale jeśli to udzieliło się także publiczności, to jestem bardzo szczęśliwa, bo wszystkim nam w Polsce przydałaby się narodowa psychoterapia.   

 Codziennie przez dwa miesiące byłyśmy razem, nie pokłóciłyśmy się, opowiedziałyśmy sobie całą galaktykę pomysłów



Trudno pracuje się w duecie?

Wera pracowała w duecie już wcześniej. Wraz z Kubą Zalasą dostali Nagrodę Debiut TR  już jako tandem twórczy. Decydując się na pracę w duecie rozmawiałyśmy o tym, że kiedy tekst powstaje podczas prób i wynika z improwizacji, bardzo trudno rozdzielić dwie funkcje: reżyserską i dramaturgiczną. „Kar nawał” powstał z naszego nigdy nieustającego dialogu. Dzieliłyśmy się też odpowiedzialnością, bo praca reżyserska nad spektaklem, to nie tylko praca z aktorem, ale też cały żmudny proces produkcyjny. Trzeba pamiętać, że to mała scena, z małym budżetem i o wielu rzeczach musisz myśleć samodzielnie. A dzielenie się odpowiedzialnością za etapy produkcyjne to duża ulga i mniej stresu. Był to również z naszej strony wybór ideowy, bo praca w teatrze wciąż bazuje na hegemonii demiurga – reżysera, a my chciałyśmy pracować niehierarchicznie. Cieszę się, że udało się nam zbudować z Werą wspólnotę wyobraźni. Codziennie przez dwa miesiące byłyśmy razem, nie pokłóciłyśmy się, opowiedziałyśmy sobie całą galaktykę pomysłów.

 

NOWY KAR NAWALWAW00390fot. HaWa

Polacy są zdolni do wielkodusznych, empatycznych gestów, choć z drugiej strony trzeba pamiętać, że sytuacja na granicy z Białorusią się nie zmieniła, wciąż umierają ludzie

Kończąc tę rozmowę, chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do muzyki, teraz już tylko twojej. Mało znam osób, które wpadłyby na pomysł zorganizowania trasy koncertowej po strefach wolnych od LGBTQ+, a to twój pomysł, połączony ze zbiórką na ten cel. A żeby go zrealizować, trzeba też nie bać się – na pewnym poziomie. Prywatnie uważam, że Polacy są bardziej otwarci niż się na pozór wydaje, co pokazuje sytuacja z Ukrainą, po prostu mocniej widać skrajności. Ale ty się nie boisz grać na ulicy? 

Polacy są zdolni do wielkodusznych, empatycznych gestów, choć z drugiej strony trzeba pamiętać, że sytuacja na granicy z Białorusią się nie zmieniła, wciąż umierają ludzie. Polacy jako naród są otwarci i tolerancyjni, ale dla osób z najbliższego kręgu kulturowego. Rozmawiałam o tym z Pauliną, która jest bardzo zaangażowana w działania na rzecz uchodźców. Opowiadała mi o babuleńkach z Podlasia, które noszą obiady do lasu. Dyskryminacja często wynika nie z nienawiści, ale z niewiedzy, z braku kontaktu z odmiennością, z innymi kulturami. Bo kiedy ktoś umiera na twoim polu, zmienia się percepcja, widzisz wtedy człowieka, a nie obcego, wroga. W odpowiedzi na nietolerancję powstał też nasz zespół i działania aktywistyczne. Łaja Szkło napisała większość tekstów, ja jestem odpowiedzialna za muzykę i wykonanie. Często jest tak, że ma się rodzinę, która jest otwarcie homofobiczna i powtarza jakieś slogany, a kiedy okazuje się, że ich dziecko jest LGBTQ+, to ta perspektywa się zmienia. To rodzaj testu na miłość. Jeśli kochasz, to nauczysz się akceptacji.  Za pomocą field recordingu chcemy utrwalić naszą muzyczną podróż po miastach, miasteczkach i wsiach Polski, czyli nagrać nie tylko piosenki, ale też spotkania z mieszkańcami i atmosferę miejsc, w których została przyjęta ta dehumanizująca uchwała. Field recordingiem bawiłam się w czasie pandemii, nagrywając rozmowy, wakacyjną podróż, ale też tęczowe protesty, potem protesty kobiet. Chcemy nagrać i wydać taki album drogi po Polsce. Z nadzieją, że to będzie jednak opowieść z happy endem. Śpiewam o miłości, aktualnej polityce, a nawet o Zgierzu (mam jedną piosenkę o Zgierzu!), są protest songi. Dla mnie granie na ulicy to nie jest akt odwagi. Wykorzystuję taką formę muzyki, która otwiera ludziom dostęp do mniej wygodnych treści, które pojawiają się w tekstach. Jest trochę przaśna, weselna, międzypokoleniowa. Na próbę grałam wieczorami na krakowskich ulicach i nie było żadnych agresywnych reakcji, ludzie zatrzymywali się, podśpiewywali, zobaczyli, że jestem sympatyczną dziewczyną. Wciąż zbieramy na tę podróż w Polskę, na naszą płytę i film dokumentalny o tej wyprawie. Mamy 17 piosenek. I musimy to wreszcie zrealizować, bo powoli ciągnie nas w inną stronę. Łaja chce robić rapsy, ja kiedyś miałam punkową kapelę i chciałabym znów się trochę powydzierać. Nie bez powodu moją największą artystyczną inspiracją jest Patti Smith.

 

*

Spektakl „Kar nawał” został wyreżyserowany przez duet twórczy Maja Luxenberg i Wera Makowskx (AST Kraków) w ramach projektu „Nowy i młodzi”, którego kuratorem jest Remigiusz Brzyk. Najbliższe pokazy: 8,9,10 kwietnia. 

*

Najbliższego koncertu Mai Luxenberg można posłuchać w pubie Ignorantka (9 kwietnia, o godz. 22.00), po spektaklu w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka. Dochód z biletów zostanie przeznaczony na  łódzką Fundację Działania, która na co dzień pracuje z dziećmi, a ostatnio wspiera dzieci z Ukrainy.

 

****

Marta Zdanowska - recenzentka teatralna w "Dwutygodniku", redaktorka i animatorka literatury. Współzałożycielka fundacji Łódzki Szlak Kobiet i Kolektywu Szechiny, czytającego performatywnie teksty pisarek. Przewodniczka po Łodzi.

**** 

Maja Luxenberg - aktorka, edukatorka, muzyczka. Członkini Fundacji Dziewczyny w Spektrum, wspierającej dziewczyny i osoby LGBT+ w spektrum autyzmu i tworzącej dla nich bezpieczną przestrzeń. Absolwentka AST im. S. Wyspiańskiego w Krakowie. Tworzy wydarzenia teatralne, performansy i słuchowiska, prowadzi warsztaty teatralne. Jako edukatorka współpracowała m.in. z Narodowym Starym Teatrem im. H. Modrzejewskiej i Muzeum Narodowym w Krakowie. Prowadzi audycję “Radio Apokalipsa” w niezależnym internetowym Radiu Kapitał.

****

Zdjęcie główne, fot. HaWa