Portal, do którego zaprosił mnie Marcin Polak nazywa się miejmiejsce i o tym będę tu pisał: o miejscu, ludziach
i warunkach, które trzeba stworzyć, zdobyć, wywalczyć, wykraść, wyrwać, (każdy wybiera sobie jeden bezokolicznik najbardziej  pasujący do jego sytuacji), gdzie będzie mógł w pełni odpowiadać za realizację swoich marzeń
w konfrontacji z tzw rynkiem sztuki i pop kulturą i tzw realiami życia.

Sytuacja młodego teatru, performerów i tancerzy jest dramatyczna. Są degradowani do skrajnie amatorskich (w złym znaczeniu tego słowa) działań, ale nie z powodu braku kwalifikacji czy talentu, ale z powodu warunków, w których muszą tworzyć. Nie stać ich na wynajmy sal (więc pracują po domach), na zrobienie porządnej scenografii (więc chodzą po złomowiskach i śmietnikach), nie mówiąc już o nagłośnieniu i światłach, które są redukowane do żenującego minimum. A już w ogóle nie mówiąc o jakimś minimalnym wynagrodzeniu. Jeśli dostaną jakąś pieniężną nagrodę, to pakują w sprzęt, lub w nowy spektakl, prawie nigdy  nie biorąc jej dla siebie. Najłatwiej powiedzieć: to niech robią coś innego, na przykład idą na pocztę, albo pojadą sobie na zmywak do Zjednoczonego K. Właśnie moja bliska znajoma jedzie do Hiszpanii, zostawiając tu dziecko, żeby przez trzy miesiące zarobić na nowy spektakl, który nie wiadomo dlaczego chce robić TU!

Oni - ci młodzi (i nie tylko młodzi) ten teatr będą robić, a naszym zasranym obowiązkiem jest im w tym pomagać
i chronić talenty. Bo dopiero po paru spektaklach - gdy uformuje się grupa, gdy znajdą swój własny język, uwolnią się od swoich mistrzów - mają coś do powiedzenia. Czy ich los ma zależeć od humoru lub układu z panem kierownikiem domu kultury, czy od pani Zosi, która da im klucz na salę?

„Oni” mają coś do powiedzenia o sobie i o otaczającym ich syfie. I często nie są to przyjemne rzeczy - ale prawdziwe
i ich. I oni mają prawo buntować się i obrażać nas. Czy chcemy, żeby jedynymi miejscami, z których będzie można obrażać nas i nasze dobre samopoczucie będą sceny narodowe, albo marsze podległości? Młodzi zawodnicy z tych marszy nie znają słowa teatr - a może mogliby, gdyby koleś z podwórka miał gdzie ich zaciągnąć? W końcu to co uprawiają na ulicy, to dobrze zorganizowany teatr ze swoimi pointami i katharsis.

Po pierwszym ”Robimy nowe” miałem dużo sygnałów i rozmów, że jest coś na rzeczy i że trzeba to kontynuować. Zrozumiałem z tych sygnałów, że to ja mam kontynuować. Ale tak naprawdę to MY, czy WY ma(cie)my kontynuować. (Nie wiem gdzie przebiega ta granica. JA nie siedzę po drugiej stronie ekranu, siedzę, kurwa, po tej samej co TY - który to czytasz.). Więc jeśli się zgadzasz - to pisz MY, a jeśli się nie zgadzasz - to też pisz, tylko wtedy - WY, i nie używaj za dużo wulgaryzmów, bo to dopiero początek rozmowy). Tylko nie mów, że „jesteś ze mną”, bo ja nie jestem w jakimś więzieniu czy szpitalu, i nie zamierzam rzucać petard, tylko działać skutecznie. I nie potrzebuję wsparcia duchowego, tylko fizycznego działania. Wiec nie „bądź ze mną”, tylko wymyślaj i pisz ze mną, albo przeciwko mnie - jak Ci pasuje. Zatem to MY mamy kontynuować i szukać rozwiązań, proponować nowe systemy rozdawnictwa publicznych pieniędzy (np. na edukację poprzez sztukę) i wciągać w dyskusje decydentów.

Całe nasze życie - indywidulane i zbiorowe - już od dawna tkwi w kleszczach konsumpcjonizmu i kiczu. Nie ma sztuki, jest rynek sztuki. Sztuki się nie uprawia, sztukę się sprzedaje. Sztuka musi ewaluować i przynosić wymierne korzyści. Zainfekowanie tym myśleniem każe prowadzić decydentów i wszystkich „zdrowo myślących” do prostego wniosku, że sztuka musi na siebie zarabiać. I mało kto krzyczy głośno, że to absurd. Być może jakiś ułamek procenta sztuki zarabia na siebie i to są wielkie gwiazdy, wielkie nazwiska, wielkie koncerty i filmy (tam gdzie kupujących produkt może być tysiące) często wypromowane przez szołbiznes,  kuratorów i marchandów.

Przyszłość kultury i nowe prądy w sztuce wyznaczają  niepokorni artyści i niewielkie grupy twórcze, a nie rechot bywalców i tańce celebrytów przed kamerami. Szołbiznes - czyli pokazywanie swojego  interesu - powinien kwitnąć póki ludzie chcą się bawić i płacić za to  i decyzje o realizacji wydarzenia będą wyznaczane zawsze potencjalną „oglądalnością” (reklam). Nie powinno jednak być to identyfikowane nie tylko ze sztuką ale w ogóle z tzw kulturą (chyba, że z kulturą spożycia). Choć czasami szołbiznes wykrada jej (sztuce) to i owo i od ogromnego wysiłku artysty zależy czy nie zamieni go w gówno. Jak podaje świąteczna Polityka w świetnym artykule Mariusza Hermy
o muzyce pop w zapowiedziach płyt i koncertów coraz częściej pojawiają się dopiski: zespół znany z reklamy…
i tu pojawia się nazwa mydła, samochodu lub kosmetyku.

Sztuka performatywna traci coraz częściej mecenat prywatny - czyli bezinteresowny – i wchodząc na tzw rynek staje się miejscem barterów, umów wiązanych i giełdą zależności lub naginania własnej działalności do ogłaszanych corocznie nowych priorytetów. Pieniądze, idą tam gdzie publiczność liczy się w setki i tysiące. Jakość nie odgrywa roli liczy się tylko oglądalność.

Opieka nad tym co twórcze, niezależne, młode, kruche i nowe (i generujące  ryzyko) spada na państwo i dysponentów pieniędzmi podatnika. Inaczej szanse na „nowe” będą się kurczyć i będziemy lubić oglądać rzeczy, które już widzieliśmy – czyli inż. Mamoń z Rejsu (filmu, który, jak pamiętamy, długo nie mógł zejść z półki nie tylko dlatego, że ośmieszał system, tylko głównie dlatego, że łamał wszelkie konwencję). 

Więc do konkretów: być może można by znaleźć w każdym województwie czy regionie grupę i miejsce, które podjęłoby się oceny, weryfikacji i wyboru najciekawszych, najbardziej rokujących zjawisk artystycznych, które nie są w stanie funkcjonować czy zafunkcjonować bez opieki i minimalnych środków, bez miejsca na próby i minimalnej obsługi.
W rozmowie z wysokim urzędnikiem usłyszałem: to jest obowiązek lokalnych władz i samorządu. Nic bardziej mylnego. Pierwsze z brzegu przykłady: lokalne władze na warszawskiej Pradze podnoszą czynsze niezależnym artystom, pracowniom i teatrom, cynicznie uzasadniając to modą i wzrostem zainteresowania tą dzielnicą. Zapominając zupełnie, że to właśnie ci artyści spowodowali, że lewa strona miasta zaczęła się zapuszczać
w te zapyziałe dzielnice na drugą stronę Wisły. Znam trzy zespoły, które działając tam od wielu lat, będą zmuszone
w najbliższym czasie zwijać żagle.

Radni w Poznaniu, z powodu niefortunnego wystąpienia szefowej Teatru Ósmego Dnia nt. nowo wybranego papieża, zdecydowali o obcięciu budżetu palcówki na rok 2014 chociaż nie jest to raczej placówka  kościelna. Zero merytorycznego uzasadnienia! Władze wojewódzkie warmińsko-mazurskiego podjęły decyzję o likwidacji etatów pozwalających funkcjonować na socjalnym minimalu członkom zespołu Węgajty i realizować kulturotwórcze projekty
z obszaru europejskiej muzyki sakralnej. itd., itd., itd...

Działać niezależnie od kaprysów miejscowych polityków w czasach, w których polityka wykreowuje najwięcej agresji
i zależności jest trudno. To muszą być wieloletnie programy, owszem współfinansowane przez miasta i regiony,
ale przydzielane przez instytucje dobrze zorientowane na wartości, sztukę niekomercyjną i edukację i wolne od miejscowych przepychanek.

Mała stabilizacja, czy stagnacja, w której obecnie się nasze społeczeństwo znalazło – tzn poczucie, że jutro mamy
co włożyć do gara - budzi o dziwo w naszym narodzie demony – u polityków agresję, u ludzi nieufność i różnego typu fobie (od narodowych po społeczne i seksualne), u dziennikarzy otępienie, u młodych regres w dzieciństwo lub ucieczkę w osobność.

Żeby się obudzić potrzebne nam czołgi (cudze), krew, głód i łzy – dopiero wtedy będziemy gotowi do poświęceń, szlachetni i piękni! Ten typ nad Wisłą tak ma.
Ale ja to już przerabiałem i wiem, że kończy się zawsze tak samo: na samym końcu małą stabilizacją.

Jedyne co sprawdziłem na własnej skórze, co budzi na dłużej i niekoniecznie z rozlewem krwi, agresją i nakręcaną frustracją to sztuka i edukacja przez sztukę. Bycie stwórcą i bogiem (na swoim podwórku): tworzenie własnego świata i współtworzenie go z innymi. A potem dzielenie się  tym jeszcze z innymi. Działa to bardziej trwale bo odwołuje się do doświadczania i kreowania a nie do cytowania i naśladowania. Ale nie sztuka oglądana czy zapożyczana tylko uprawiana, własnym językiem, w długich procesach, z udziałem i uczestnictwem na wielu poziomach, nie odtwarzana ale tworzona.

Na to potrzebne są spotkania, rozmowa, tworzenie programów i własne narzędzia, zdobywanie środków oraz przestrzeni do działania. Miejmiejsce czyli zrób miejsce, w którym chcesz żyć.
Ale najpierw rozmowa. 

TOMASZ RODOWICZ
Współzałożyciel teatru CHOREA i z-ca dyrektora do spraw artystycznych Fabryki Sztuki w Łodzi.