Jest taki głupi dowcip. Para siedzi na łóżku i patrzy na swoje, szalejące po pokoju dzieci. Dzieciaki są podrapane, poobijane, w podartych ubraniach i strasznie brudne. Facet mówi do kobiety: Myjemy czy robimy nowe?

Dla mnie to się przenosi na sytuację jaką mamy w teatrze i na to, co jest jego środowiskiem i kondycją. Ale chcę tu mówić raczej o sposobie funkcjonowania, zapleczu i zdobywaniu środków na działalność niż na ocenie merytorycznej (gdzież bym śmiał!). Kiedyś myślałem, żeby ten teatr naprawiać, wyczyścić i „uzdrawiać”. Dziś myślę, że trzeba robić „nowe”.

Należymy jako zespół do tej grupy, a ja sam należę do tych robotników sztuki, którzy średnio pasują i średnio się mieszczą w normach krajowych i rynkowych teatru. I nie chodzi tu o estetykę, poetykę czy język. Każdy wypracowuje swoją drogę i swój język albo posługuje się tym co obecnie jest trendy. Chodzi mi tym razem o grantowanie, urynkowienie, menedżerowanie, kuratorstwo, kontakty, bycie w sieciach, bywanie w ważnych miejscach i na ważnych spotkaniach oraz promocję. Nie mam na to czasu i energii (a powinienem!). Mój czas poświęcam pracy nad spektaklami, projektami edukacyjnymi, warsztatami i walce o  zapewnienie środków do życia moim kolegom
z zespołu, którzy żyją poniżej socjalu. Nie mam zamiaru tu narzekać tylko zarysować różnicę, pokazać jak bardzo różnimy się od mainstreamu i jak bardzo chcemy się różnić! To nie określa wyjątkowości naszej grupy czyli CHOREI,
ale specyfiki kilkuset grup w tym kraju, które tworzą w tzw. niezależnym, alternatywnym nurcie teatru performansu
i muzyki.

Żeby było jasne: nie mam zamiaru narzekać. Ja mam i CHOREA ma dużego farta (JA, że mam grupę kilkunastu wybitnych kamikadze teatru, muzyki i sztuk performatywnych. ONI, że mają mnie - starca, który udaje jednego z nich, a potrafi spojrzeć na wszystko bardziej z boku albo z góry i przewidzieć zagrożenia i mielizny wewnętrzne i zewnętrzne oraz próbuje zdefiniować główny kierunek linii życia CHOREI. Znaleźliśmy swoje miejsce w Łodzi, mieliśmy szczęście zderzyć się z młodymi twórcami tego miasta i spotkać się z otwartością władz. Stworzyliśmy razem z Łódź Art Center i z Miastem pierwszą w Polsce publiczno-prywatną instytucję kultury - Fabrykę Sztuki w Łodzi. Skorzystaliśmy  łapczywie z kredytu zaufania i wykopanych dla nas dołków startowych. Wgryźliśmy się zębami w to miasto
i odwalamy tu kawał ciężkiej roboty dzieląc kilka etatów na kilkanaście osób. I tyle o sobie tytułem usprawiedliwienia nie-narzekania).

Ale tego farta nie mają inni twórcy, performerzy, tancerze i grupy teatralne w Polsce zależni od kaprysów lokalnych władz, popowej czy biesiadnej polityki kulturalnej wydziałów kultury i ostrych reguł rynku sztuki. Szanse na granty ministerialne są niewielkie, jeżeli muszą stawać w konkursie w tym samym programie razem z teatrem Karolaka
czy Jandy. Dla tych grup nieotrzymanie grantu nie oznacza, że będą musieli obciąć sobie honoraria czy zrobić tańszy spektakl, ale oznacza to, że będą musieli się rozwiązać lub zawiesić bo nie mają na czynsz!  Jeżeli nie działają od lat
i mają nowe pomysły szanse maleją jeszcze bardziej. Tzw. wkład „własny” eliminuje następną ogromną grupę twórców. System chroni silnych z dobrym zapleczem i sprawdzonymi, rutynowymi projektami. Trudno się dziwić,
żeby ktoś ryzykował pieniądze na eksperymenty, nieznane nazwiska, niesprawdzone grupy i niepokorne projekty edukacyjne. Jak widzicie unikam zjadliwości i pretensji. Tak to po prostu funkcjonuje.

Więc mam propozycję: „robimy nowe”.

Zorganizujmy się w luźny związek grup teatru niezależnego,  gdzie bardziej doświadczeni ze stałymi siedzibami będą pomagali tworzyć tym, którzy artystycznie i społecznie mają tyle samo do powiedzenia, ale byli mniej agresywni
i przekonujący w swoich bojach o przetrwanie lub po prostu dopiero zaczynają. Wywalczmy stałe programy
u donatorów państwowych, żeby z publicznych pieniędzy chronić i wspierać te grupy, które tworzą, edukują i poszukują wokół wartości i niezgody na bylejakość własnego i cudzego życia. Niech powstaną programy w centralnych
i samorządowych urzędach zarządzających funduszami na kulturę, które byłyby na stałe przeznaczane na wspieranie działalności młodych i niezależnych grup, które żeby tworzyć potrzebują czasami jedną dwudziestą, jedną pięćdziesiątą tego co tzw. normalny teatr. Jeżeli potraktujemy ich działalność jako prawdziwą interaktywną edukację przez sztukę to nie ma takich pieniędzy, które nie byłyby tego warte!

Młodego widza stać na bilet za za 10-20 zł. I to on za parę lat zdecyduje czy teatr będzie  istniał w realu czy tylko na You Tubie i w podręcznikach historii sztuki. Widz nasz, o którego powinniśmy walczyć to nie jest widz, który jest
w stanie zapłacić za bilet 150 czy 80 PLN. To cena dla „klasy średniej” i celebrytów z dużych miast, którzy traktują teatr jako rozrywkę, a nie miejsce definiowania swojej tożsamości i stawiania niewygodnych pytań. Do teatru się chodzi albo bywa ale bardzo rzadko się w nim jest.

Na wołanie, że teatr w Polsce ma się świetnie wzruszam ramionami: ma się świetnie dziś ale z akcentem na SIĘ. Mówię o teatrze za kilka lat, o młodym widzu i młodym twórcy, który będzie siedział gdzieś daleko na zmywaku lub
z głową w Internecie jeżeli zostawimy to tak jak jest.  Mówię również dlatego, że właśnie teraz zespoły (wiem o kilku
z nich) - grupy z dużym dorobkiem artystycznym, z powodu braku zaplecza, podnoszenia im czynszów wg stawek komercyjnych, nieuzyskiwaniu dotacji ani grantów, grupy nie znajdujące się aktualnie w optyce wszechpotężnych menadżerów i kuratorów zwijają żagle albo stają na granicy egzystencji próbując ze słabym skutkiem naginać swoje projekty pod tzw. aktualne priorytety małych, średnich i bardzo niedużych grantów.                                                                                                     

Zaproponujmy ministerstwom Edukacji i Kultury, instytutom Muzyki i Tańca i Teatralnemu, Narodowemu Centrum Kultury, Instytutowi Audiowizualnemu ogólnopolskie  program(y) edukacyjno-artystyczne, które dawałyby stałe zaplecze i środki dla tych, którzy chcą tworzyć, poznawać siebie i świat, zmieniać to  na co nie chcą się zgodzić
i wyśmiewać to czego nie da się zmienić. Pracujące w kontekście społecznym i nie tylko. Oni będą tworzyć oblicze polskiej kultury za pięć i dziesięć lat. Program ten mógłby być realizowany we współpracy z ośrodkami w Polsce, które posiadają zaplecze i warunki, a uzyskane środki przeznaczane na warsztaty, edukację i projekty artystyczne dla młodych grup. Jak to zrobić? Nie wiem, wiem tylko że trzeba się dzielić tym co się ma i trzeba wspomagać i wyodrębnić z rynku sztuki i jego rynkowych praw to co młode (duchem i odwagą) i wartościowe. Tym, którym się udało przebić chwała za to, ale niech nie  będzie to warunkiem uprawiania sztuki. Znam również wielu twórców teatralnych, niekoniecznie tylko młodych, którzy mimo zdobywanych nagród i świetnych recenzji od lat tworzą na granicy skrajnego ubóstwa i zdrowego rozsądku. Chcę zacząć rozmowę, a konkrety są na wyciągnięcie ręki. Trzeba ją tylko wyciągnąć. KTO JEST ZA?   

Czekam na Wasze pomysły i akces do akcji, rozmowę i propozycje rozwiązań tej sytuacji, dokładniejszą diagnozę, również wskazywanie przyczyn i punktowanie chorych miejsc w systemie finansowania i organizowania działalności kulturalnej.  

(Mały problem leży tylko w tym, że w wielu wypadkach ci którym się udało wybudować małe i wielkie kombinaty kultury, konsorcja i centra Sztuki mają  gdzieś  pozostałych i zapominają o co walczyli, skąd wyrośli. Ale zapewniam Was, na szczęście nie wszyscy.)  

 

TOMASZ RODOWICZ
Współzałożyciel teatru CHOREA i z-ca dyrektora do spraw artystycznych Fabryki Sztuki w Łodzi.