Nie jesteśmy ulicą Piotrkowską, nie mamy kin ani muzeów sztuki, a zamiast chodzić do knajp piwo pijemy pod sklepem, ewentualnie na ławeczce. Choć o ławeczkę też u nas trudno i nikt nie stawia tu woonerfów. O Bałutach – jako miejscu wyjątkowym, swojskim i nieoczywistym – pisze socjolożka Iza Desperak, przyglądając się także wystawie „Ucząc się od Łodzi 2” w Kamienicy Hilarego Majewskiego która przeniosła bałucką rzeczywistość do centrum miasta.
Jeśli Łódź jest złym miastem, to Bałuty są tego zła kwintesencją, jeśli Łódź kojarzy się z biedą, to u nas bieda jest naprawdę widowiskowa, jeśli mielibyśmy szukać łódzkości w Łodzi to nie na Piotrkowskiej, nie w pofabrykanckich pałacach, nie w Manufakturze, ale wśród bałuckich kamienic. Jeśli wzorem Tuwima szukalibyśmy w Łodzi Bagdadu Północy – to znajdziemy go na Bałuckim Dolnym Rynku.
Bałuty obrosły mitami i legendami, które dziś dają nam, ich mieszkankom i mieszkańcom, poczucie zakotwiczenia, i pozwalają cieszyć się naszą unikalną tożsamością. Niektórzy z nas zaczynają się nawet obnosić z bałucką dumą, jak Łukasz, który do imienia dodał sobie przydomek „z Bałut”. Z tą dumą, do której nawoływał OSTR skandując; „reprezent – reprezent – reprezentuj Bałuty!”. No i jest masa lokalnych projektów z Bałutami w nazwie, które do takiej lokalnej dumy inspirują, a nawet Dom Mody Limanka.
Jeśli wzorem Tuwima szukalibyśmy w Łodzi Bagdadu Północy – to znajdziemy go na Bałuckim Dolnym Rynku
Sama najpierw nie przywiązywałam wagi do miejsca, w którym się wychowałam, potem się nim niespecjalnie chwaliłam, bo pierwszym skojarzeniem z Bałutami była jednak ich zła sława, potem zaś dojrzałam do tego, by podpisywać się jako socjolożka z Bałut, a nawet chwalić ukończeniem legendarnej szkoły podstawowej na Limance („morda nie szklanka – ŁKS Limanka”). Bowiem nie wystarczy powiedzieć, że jesteś z Bałut. Na Bałutach jesteś z Limanki. Albo Dołów. Albo z Teo, choć dla ortodoksów Teofilów, dzielnica mieszkaniowa zbudowana w latach 70., to już nie są Prawdziwe Bałuty.
Pierwszy raz doceniłam swą małą ojczyznę, gdy w latach 80. w Szczecinie zadano mi kluczowe pytanie: „za kim jesteś?”. Nie rozróżniając klubów piłkarskich, nie wspominając o systemie zgód i kos pomiędzy nimi, nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć, ale gdy wyjaśniłam, że mieszkam na Bałutach, okazało się to najlepszą możliwą odpowiedzią.
Zdarzyło mi się mieszkać gdzie indziej, ale przy pierwszej sposobności wróciłam w stare kąty. Moje wychowane na Bałutach dziecko pomieszkało pół roku w innej dzielnicy i również stwierdziło, że nie da się tam mieszkać. Łatwiej się nam przeprowadzić do Amsterdamu albo choćby w Bieszczady, niż do innej dzielnicy, choć zdarza się, że ktoś się przeprowadza powiedzmy na Retkinię i jest tam szczęśliwa – ta osoba raczej nie jest Bałuciarzem („do Bałuciorza nie podchodź bez noża”) ani nawet Bałuciarą.
Nie jesteśmy ulicą Piotrkowską, nie mamy kin ani muzeów sztuki, a zamiast chodzić do knajp piwo pijemy pod sklepem, ewentualnie na ławeczce. Choć o ławeczkę też u nas trudno i nikt nie stawia tu woonerfów
Być może jak Widzew czy Chojny („Bałuty i Chojny to naród spokojny”) jesteśmy po prostu jednym wielkim nie-Śródmieściem. Nie jesteśmy ulicą Piotrkowską, nie mamy kin ani muzeów sztuki, a zamiast chodzić do knajp piwo pijemy pod sklepem, ewentualnie na ławeczce. Choć o ławeczkę też u nas trudno i nikt nie stawia tu woonerfów. Mamy za to dużo więcej zieleni niż takie powiedzmy Polesie, i jest to – poza parkami i skwerami – zieleń dzika i nieokiełznana, ale za to swojska.
Różni nas od pozostałych nie-Śródmieść historia. Jeśli Łódź jest naznaczona legendą Złego Miasta, to Bałuty były złe zanim je do tego miasta przyłączono. Częścią bałuckiej mitologii jest zakotwiczenie w kulturze przestępczej, której kodeks zabraniał podobno okradania sąsiadów, oraz bicia cudzych kobiet. Do dziś na bałuckich murach maluje się „pozdrowienia do więzienia”, kiedyś sygnał dla transportowanych do aresztu, dziś raczej w miejscach, gdzie żadna karetka więzienna nie przejedzie. Czasem opowiadamy przybyszom z innych części o no-go zones, gdzie żaden patrol się nie zapuści, ale to już bardziej folklor w rodzaju legend o Ślepym Maksie. Choć rzeczywiście dłużej niż reszta miasta musieliśmy czekać na pierwsze całodobowe bankomaty, i nieprzypadkowo pierwszy, który nie znajdował się w przestrzeni banku, umieszczono przed gmachem komendy wojewódzkiej policji na Lutomierskiej.
Przestrzennie też się trochę różnimy. To, co wyróżnia wizualnie Bałuty, to komórki na podwórzach kamienic, w dwudziestoleciu budowano tu taniej niż gdzie indziej, i oszczędzano na fundamentach i podpiwniczeniach. Kolejną osobliwością jest sąsiedztwo bloków i przedwojennej zabudowy. Odwiedzająca mnie rodzina z innej części Polski nie mogła się nadziwić, że naprzeciwko wieżowca ze zsypem i dwiema windami znajduje się uliczny hydrant, zaopatrujący w wodę mieszkańców usytuowanej tam kamienicy. Wbudowywanie nowych bloków między starą zabudowę to nie wynalazek współczesnych deweloperów, tak budowało się w całej Łodzi od dekad, ale na Bałutach – bardziej. Wyburzano walące się drewniaki, zostawiając solidniejsze budynki z cegły i wkomponowywano pomiędzy nie nowe bloki. Tak powstało na przykład w latach 70.osiedle im. Jagiełły z charakterystycznymi falowcami, ale już dwie dekady wcześniej Bałuty zostały wybrane na sztandarową inwestycję socrealizmu. Trochę z przyczyn propagandowych jako najbiedniejsza dzielnica miasta, trochę z powodów praktycznych: osiedle zaplanowano na terenie byłego getta. Nowe domy miały służyć nowym mieszkańcom, których miano tu osiedlić, plany były ambitne, tymczasem rolę mieszkań komunalnych od powojnia do dzisiaj nadal pełnią międzywojenne kamienice.
Ogromna część terytorium Bałut to tereny dawnego getta. Obecnie to także część naszej zbiorowej historii i tożsamości, ale gdy moja rodzina trafiła tu dwadzieścia lat po wojnie, nie mieli o tym pojęcia, i nie miał im, kto o tym powiedzieć, bo do starych zaniedbanych budynków trafiali tacy jak oni przybysze. Jeszcze w latach 80., gdy po zakończeniu roku szkolnego chodziliśmy palić szkolne podręczniki na teren zwany kircholem, nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że jest to żydowski cmentarz. Nic dziwnego, w szkole karmiono nas historią Westerplatte, ewentualnie obozu dla dzieci przy ulicy Przemysłowej, i na terenie dawnego getta nie było ani jednego jego upamiętniania, za to można było tam znaleźć ulicę Bohaterów getta warszawskiego. Dziś w tkance miasta zaznaczono granice getta, a pamięć o żydowskich mieszkańcach miasta stała się częścią naszego zbiorowej pamięci. Po latach odkrywamy, że wychowaliśmy się po tej albo tamtej stronie tamtej granicy. Dowiadujemy się, że tuż obok osiedlowego przedszkola, do którego najpierw nas odprowadzano, a potem my odprowadzaliśmy nasze dzieci, mieści się dom, do którego trafiła Gabriela Hermannová, jedna z dwóch sióstr Franza Kafki, które z transportem praskich Żydów trafiły do łódzkiego getta. Że budynek, koło którego przechodzimy w drodze do przychodni, był świadkiem przemówienia Chaima Rumkowskiego zapowiadającego Wielką Szperę. Ale uczymy się także powoli, że przedtem było tu zwykłe żydowskie życie, ze starym cmentarzem na Wesołej, po którego grobach dziś jeżdżą tramwaje, i z synagogą, po której nie pozostał żaden ślad… Chodzimy na spacery z przewodnikiem, odwiedzamy centrum Dialogu, czytamy książki Chavy Rosenfarb. Żydowskie Bałuty przypominają współcześni pracujący w tkance miejskiej artystki i artyści: 3fala.art umieszcza na murach portrety Chavy Rosenfarb, Mariana Turskiego, Zeni Larsson i Haliny Elczewskiej, a Anka Leśniak wykonała poświęconą Zuli Pacanowskiej instalację „Strajk dudni ulicą”, w której pojawia się słowo strajk zapisane w jidysz.
Zresztą Bałuty są jedną wielką galerią sztuki ulicznej, od oficjalnych murali do spontanicznych ingerencji w miejską tkankę. Nie znajdziemy już na Zachodniej poświęconej Michalinie Tatarkównie-Majkowskiej pracy Anki Leśniak „Michalina – zuch dziewczyna”, ale tuż obok, na Drukarskiej, zachowały się elementy instalacji „Eugenia żeni się”. A dwie przecznice dalej wkraczamy do bałuckiego Hyde Parku, wyznaczonego między innymi pracami Kacpra Zaorskiego, który walące się budynki opatruje inskrypcjami nawiązującymi do platońskich idei Piękna, Dobra i Prawdy.
Z niedokończonego planu socrealistycznych Bałut zostało nam tu parę piętnastominutowych miast: osiedli skrojonych na ludzką miarę, gdzie w blokach mieszkalnych rezerwowano partery na usługi, a tuż obok budowano żłobek, przedszkole, szkołę i przychodnię, nie zapominając o kinach i domach kultury. Oprócz schronów wyposażano budynki także w rowerownie, jedne i drugie dziś okazują się bardzo na czasie.
Włókiennicza, gdzie wszystko się zaczęło, jak najbardziej nadaje się do zaproszenia nań Bałut
Tylko trochę się więc zdziwiłam, gdy okazało się, że druga część działań „Ucząc się od Łodzi” poświęcona została Bałutom. Jednak ulica Włókiennicza, gdzie wszystko się zaczęło, jak najbardziej nadaje się do zaproszenia nań Bałut. To od Włókienniczej zaczęło się bowiem jedno z najbardziej ważkich badań miejskich, o których dowiedziałam się jeszcze jako studentka socjologii, w latach 80. Moja wykładowczyni, Elżbieta Michałowska, opowiadała o wyróżnianiu w miejskiej tkance obszarów szczególnie narażonych na zjawiska zwane wtedy patologią, i to właśnie na Włókienniczej zaobserwowano wówczas wyższe niż gdzie indziej wskaźniki biedy, ale i ryzyko samobójstw. Dekadę później Jolanta Grotowska-Leder zamieściła w swej książce pierwsze mapy łódzkich enklaw biedy, a mój rodzimy Instytut Socjologii stał się ośrodkiem badań nad biedą i wykluczeniem. A po kolejnej dekadzie - pokłosiem mapowania miasta pod tym kątem stał się program rewitalizacji najbardziej zaniedbanych także społecznie obszarów. W tym ulicy Włókienniczej. A co to ma wspólnego z Bałutami? Szczerze mówiąc, takich Włókienniczych znalazłoby się na Bałutach wiele. A tłum ludzi, którzy przybyli na wernisaż inaugurującej program wystawy, dowodzi, że kurczę, naprawdę, nieoczywiste piękno Bałut promieniuje.
Bałuty przeniosły się na chwilę do Śródmieścia. Na wystawie znalazły się prace ludzi z Bałut, ale nie tylko, wśród publiczności wernisażu zauważyłam kilka znanych z codziennych bałuckich wędrówek twarzy. Jednak większość przybyłych to była po prostu różnorodna, zupełnie nie bałucka publiczność – i nagle znaleźliśmy się w centrum jej uwagi. Prace Łukasza z Bałut czy Kacpra Zaorskiego – Sikory udało mi się od razu zidentyfikować, bo obcujemy z nimi na Bałutach na co dzień. W przypadku innych prac musiałam się posiłkować podpisami i opisami. Zdjęcia, plany, makiety i filmy prezentujące swojską bałucką przestrzeń, a także wydrukowane materiały przedstawiające dzieje wybranych domów i ich mieszkanek i mieszkańców były dość oczywiste, ale już praca nawiązująca, jak się okazało, do ciosu mamuta, wykopanego przed wojną przy okazji budowy łódzkiego systemu kanalizacji (i to w dodatku tuż obok miejsca, gdzie mieszkam) była już mniej oczywista. Bardziej swojsko poczułam się między pracami odnoszącymi się do bram i podwórek, zaludnionych postaciami dresiar i kiboli, upstrzonych napisami wymierzonymi w ten lub inny klub. Wernisaż zakończył się spontanicznym przemarszem uczestniczek i uczestników na Stary Rynek, gdzie odbył się koncert grupy Wolne Bałuty, a wystawie towarzyszyła masa innych wydarzeń: spotkanie poświęcone „zaginionemu kwartałowi”, tuż obok miejsca, gdzie podczas wymiany torowiska przy Północnej spod ziemi wyłonił się jego fragment, kilka spacerów, warsztaty w jednym z podwórek przy Wojska Polskiego, wreszcie odsłuch dźwiękowej opowieści o Bałutach. Finisaż wystawy zaplanowano zaś na samych Bałutach, w kultowym lokalu Casablanki, serią warsztatów, nawiązujących do bałuckich napisów na murach.
_____________________
Iza Desperak – socjolożka, pracuje w Instytucie Socjologii UŁ, zajmuje się gender oraz wdrażaniem polityk równościowych, realizuje badania dla organizacji kobiecych, publicystka czasopism feministycznych i portali społeczno-politycznych, w latach 2013-2019 związana z oddolnym miesięcznikiem społecznym “Miasto Ł”, badaczka i popularyzatorka lokalnych herstorii, przewodniczka.
_____________________
_____________________