O „zwrocie ludowym” mówi się dziś dużo – z nostalgią, irytacją albo z poczuciem, że wraca coś długo spychane na margines. W Pracowni Portretu temat przejmuje wystawa Kornelii Dzikowskiej-Demirskiej kuratorowana przez Joannę Glinkowską: „Turniej zwrotu ludowego”. Lekkość i ironia mieszają się tu z krytycznym namysłem – od ołtarza chleba po porcelanowe bibeloty ustawione jak domowe relikwie. W tle pulsują pytania o klasę, pamięć i marketingową fascynację „ludowością”. Moda? Rekonstrukcja? A może coś pomiędzy.

 

 

Wystawę „Turniej zwrotu ludowego” można oglądać w Pracowni Portretu na Księżym Młynie w Łodzi do 5 grudnia 2025 r. jako efekt współpracy artystki Kornelii Dzikowskiej-Demirskiej i kuratorki Joanny Glinkowskiej. Choć opis wydarzenia jest bardzo mądry i bardzo krytyczny – w wadze ciężkiej inteligenckich rozkmin –  to sama wystawa ma w sobie lekkość i otwartość na odbiorcze interpretacje i skojarzenia (co bardzo mi odpowiada, bo jestem chora, jest listopad i trudno mi zmusić się do wysiłku umysłowego, nawet kiedy mi za to płacą). Trzy z przedstawionych prac można odnieść do tego, w czym się rodzimy i wyrastamy – nikt nas nie pyta o zdanie, trzeba to przyjąć lub się z tym zmierzyć, ewentualnie negocjować (piszę my, ale to taki chwyt retoryczny, bo ja raczej nie, chyba że uznać domy koleżanek  za część własnego wychowania, co w moich rocznikach jest jakoś zasadne). Dwie inne prace, jak się domyślam, miały stanowić element krytyczny i być może przez moje listopadowe lenistwo nie poczułam w pełni ich potencjału.

 

 

 

       Choć opis wydarzenia jest bardzo mądry i bardzo krytyczny – w wadze ciężkiej inteligenckich rozkmin –  to sama wystawa ma w sobie lekkość i otwartość na odbiorcze interpretacje i skojarzenia (co bardzo mi odpowiada, bo jestem chora, jest listopad i trudno mi zmusić się do wysiłku umysłowego, nawet kiedy mi za to płacą)

 

 

 

„Kromiszcze, czyli ołtarz chleba” z pluszową kromką i osrebrzonymi kłosami może być sarkastyczne, ale i całkiem szczere. Przywodzi mi na myśl całowanie kromki podniesionej z ziemi, jeśli nieszczęśnie zdarzyło się jej upaść – zwyczaj który w dzieciństwie oglądałam często (choć nie w mojej rodzinie, bo w domu była jamniczka szybsza niż ktokolwiek schylający się do podłogi). Ale nawet my, mimo że niewierzący, do dziś żegnamy chleb znakiem krzyża przed jego pierwszym przekrojeniem, tak jak to robiła jedna z moich miejskich prababek. To gest-relikt, na który się godzimy świadomie.

 

Widok wystawy, różowy ołtarz, z kolorowymi kłosami i dużą, pluszową kromką chleba

Widok wystawy, różowy ołtarz, z kolorowymi kłosami i dużą, pluszową kromką chleba, po prawej kubik z różowymi poduszkami

 

Zdjęcie górne: „Kromiszcze, czyli ołtarz chleba”, obiekt, 2025, dolne: widok wystawy: „Turniej zwrotu ludowego”, fot. Maciej Łuczak

 

 

 

Z kolei „Autoportret z posagiem” wielu osobom ma szanse mocno rezonować na korzonkach, a innym wydać się raczej dziwacznym wygibasem sztuki współczesnej – toteż nie będę go szczegółowo opisywać, idźcie zobaczyć sami, jak działa na Was widok różowych jak gołe ciałko puchowych poduszek w połączeniu ze skałami. W dalszym zwiedzaniu mój słaby nastrój, słaby wzrok, bądź słaba orientacja przestrzenna zafundowały mi radosną pomyłkę – przez kilka minut patrząc na instalację „Przeszłościowcy” myślałam, że nosi ona tytuł „Awans klasowy” i bardzo się ucieszyłam, bo cóż może być lepszym symbolem klasowego awansu niż połyskujący kredens zastawiony porcelanowymi bibelotami? Jeśli ktoś widział tę wystawkę w ramach „Notatek z upływającego czasu” w BWA w Bydgoszczy w 2020 r., niech się mu/jej nie zdaje, że odhaczył sprawę – figurek jest więcej i ustawiono je w znacznie bardziej ekstatycznych konfiguracjach. Buduje się między nimi absurdalne napięcie (nierzadko takie same można znaleźć w instalacjach domowych, które pewnie służyły tu za pierwowzór).

 

 

       Bądźmy szczerzy, żerowanie na „ludowszczyźnie” i jej instrumentalne wykorzystanie jest stałą polskiej kultury elit co najmniej od dwóch wieków – na co zresztą zwracają uwagę artystka i kuratorka –  a obecny „zwrot” jest tego kolejną iteracją, która ostatnio rzeczywiście mocno przybrała na sile

 

 

Właściwy „Awans klasowy” to obiekt płaski – fartuszek z napisem „Na ul. Mokotowskiej Koszykowej sprzedają fartuszki za 2480zł”, co wydaje się jakimś warszawskim hermetyzmem, którego w pełni nie czaję – oprócz oczywiście niedorzecznej ceny sugerującej cepeliane bądź dizajnerskie dewiacje. Przywiódł on na myśl ostatnie zaduszkowe odkrycia wokół mojego stolicznego zestawu zmarłych – otóż ostatnio dokonali oni pośmiertnego awansu społecznego leżąc na cmentarzu, który stał się miejscem postrzeganym znacznie bardziej prestiżowo niż kiedyś. Moja rodzicielka mówi, że słyszała jakoby ludzie w stolicy byli gotowi ekshumować swoich przodków, żeby handlować cmentarnymi kwaterami – nie wiem, ile w tym prawdy, ale na wszelki wypadek pilnujemy opłat, żeby nas nie eksmitowano cichaczem. I jeszcze jedno, zgoła odmienne, wspomnienie się przy tym fartuszku przesączyło –  jak w 2011 roku na Regionalnym Kongresie Kultury w Łodzi Paweł Potoroczyn, ówcześnie wielokrotny dyrektor znamienitych instytucji, snuł wizje rozmaite o rozwoju polskiej kultury. A potem na publiczności wstała starsza kobieta i spytała, gdzie w tej niby wizji jest miejsce na kulturę ludową, skoro od kilku lat nie mogą się doprosić w samorządzie o pokoik do spokojnej pracy, żeby raz w tygodniu spotykać się przy wykonywaniu tradycyjnych, łowickich wycinanek. Dyrektor się spiął (na zewnątrz i stopił wewnątrz) i oznajmił, że mają w ofercie dużo gadżetów inspirowanych łowickimi motywami, proszę bardzo, oto zaszczytne miejsce dla kultury ludowej (bardzo był z siebie zadowolony, że wybrnął). Ta nowa cepelia już wtedy się smażyła, już chleb ze smalcem osiągał irracjonalne ceny na festynach, już „hand made tylko dla najbogatrzych”, jeno może nie było jeszcze wokół tego tzw. debaty.

 

Widok wystawy, koronkowa serwetka z haftem i napisem: Koszykowejm przekreślonym na ul. Mokotowskiej, sprzedają fartuszki za 2480 zł

 

Awans klasowy”, obiekt, 2025, fot. Maciej Łuczak

 

 

 

Wracając do wystawy – na samym jej końcu znajdziemy wideo z dźwiękiem, tytułowy „Turniej zwrotu ludowego”, które – jak już uprzedzałam – do mnie nie przemówiło. Ładni i szczupli, stylizowani ludzie odziani w koronki, kubraczki i samonośne pończochy na zgrabnych nogach, mogliby ze swoim szarpanym tańcem stanowić nowy projekt magazynu „Vogue”. I być może o to właśnie w tej pracy chodzi, o te polerowane inspiracje i ich szeroki marketing, który jednak nie zniknie dopóki ktoś na tym zarabia.

 

 

Czy rzeczywiście – na co wskazuje opis wystawy – zainteresowanie chłopskością występuje głównie jako płytka estetyczna fascynacja?

 

 

Bądźmy szczerzy, żerowanie na „ludowszczyźnie” i jej instrumentalne wykorzystanie jest stałą polskiej kultury elit co najmniej od dwóch wieków – na co zresztą zwracają uwagę artystka i kuratorka –  a obecny „zwrot” jest tego kolejną iteracją, która ostatnio rzeczywiście mocno przybrała na sile. To, czego nie widzę w coraz liczniejszych głosach sceptycyzmu wobec „zwrotu”, to uwzględnienie pewnego „oddechu” tożsamościowego, procesu porzucania wstydu, który uruchomił się w niektórych osobach z awansu – jeśli wierzyć ich relacjom, komentarzom w necie i zwierzeniom na spotkaniach wokół garstki książek.

 

Widok wystawy, kredens z ogromną ilością porcelanowych figurek, w tle wyświetlane wideo

Kadr z filmu, kobieta w stroju ludowym wyniośle patrzy w obiektyw

 

Zdjęcie górne: „Przeszłościowcy”, instalacja, 2020, dolne: widok wystawy: „Turniej zwrotu ludowego”, fot, Macej Łuczak

 

 

 

Czy rzeczywiście – na co wskazuje opis wystawy – zainteresowanie chłopskością występuje głównie jako płytka estetyczna fascynacja? Czy rzeczywiście niesie zagrożenie nacjonalizmem? Być może. Jednak kultura – nawet ta częściowo wchłaniana i dyktowana przez rynek lub populizm, jest zawsze bardzo złożonym zjawiskiem. Wystarczy pobyć trochę w tzw. terenie żeby zobaczyć, jak powstają przetworzenia różnych warstw dziedzictwa –  cepeliowych i bardziej pierwotnych – albo i nowej, zmediatyzowanej kultury youtubowych relacji z sianokosów (polecam). Ale czy współcześni przedsiębiorcy rolni są w ogóle w okolicach ludowej klasy i kultury? Dopuszczono by ich do tego turnieju? Kim jest współczesna klasa ludowa, którą wywołuje się tutaj jako „pozbawioną szacunku, wzgardzoną i krytykowaną” (przez kogo?). Czy musi być ze wsi? Czy w ogóle istnieje? I dlaczego kiedy zaczęliśmy tak dużo gadać o klasie ludowej, przestaliśmy niemal rozmawiać, na ten przykład, o prekariacie, który doświadcza upokorzenia na licznych przyczółkach kapitalizmu, od pieczarkarni po portiernie? Zostawiam te wszystkie zagadnienia do dalszych, wspólnych rozkmin.

 

 

Kornelia Dzikowska-Demirska, „Turniej zwrotu ludowego"

Pracownia Portretu

14.11–5.12.2025

Kuratorka: Joanna Glinkowska

 

___________________

 

 

Marta Madejska - pochodzi z wielu miejsc i z wielu klas społecznych. Zmienia swój biogram przy każdym kolejnym tekście w „Miej Miejsce” i zastanawia się, czy ktoś zauważy. Autorka książek „Aleja Włókniarek” i „Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji”. Współautorka i redaktorka kilku innych.

 

 

___________________

 

 

___________________

 

 

Zdjęcie główne: widok wystawy: „Turniej zwrotu ludowego”, fot, Macej Łuczak

 

 

Patronite