Dwa lata temu zamknęła w Łodzi księgarnię Do Dzieła, dziś odpowiada za program Festiwalu Conrada. Z Pauliną Frankiewicz rozmawiamy o tym, co zmienia się wraz ze skalą działania, a co pozostaje niezmienne; o literaturze jako przestrzeni spotkania, nieposłuszeństwie wobec logiki rynku i eventyzacji kultury, potrzebie przebijania baniek oraz o tym, dlaczego książka nie powinna mieć daty ważności.

 

 

Natalia Królikowska: Dwa lata temu na łamach „Miej Miejsce” opowiadałaś o zamknięciu księgarni Do Dzieła. Wywiad zatytułowany był „Nie mam poczucia porażki. Zamyka się Do Dzieła, co dalej?”. Dziś odpowiadasz za program Festiwalu Conrada. To niesamowita historia. Opowiesz trochę o swojej drodze?

Paulina Frankiewicz: Otwierając w 2020 roku księgarnię Do Dzieła spełniłam swoje marzenie. Chciałam stworzyć w swoim mieście, czyli w Łodzi przestrzeń, której samej mi brakowało, miejsce wymiany myśli, gdzie literatura będzie naturalnie splatać się z życiem każdego dnia. Do Dzieła funkcjonowało jako mikrocentrum kultury, bo poza autorsko kompletowanym księgozbiorem i rozmowami z czytelniczkami i czytelnikami organizowałam spotkania autorskie, quizy, dyskusje, warsztaty, Dzielny Klub Książki… To miejsce szybko stało się drugim domem, nie tylko dla mnie. Ale tak prowadzona firma opierała się logice rynku. Działalność kulturalna, za jaką należy uznać prowadzenie kameralnej księgarni, potrzebuje systemowego wsparcia – samorządowego i państwowego. Dwa lata temu znalazłam się w punkcie, w którym już wiedziałam, że sama nie mogę zrobić nic więcej, by uczynić księgarnię rentowną. Był to również czas, kiedy kończyłam doktorat z filozofii i – przez trochę ponad rok – pełniłam funkcję wicedyrektorki Domu Literatury w Łodzi. Pracowałam właściwie cały czas, w mieście o trudnych pod wieloma względami warunkach. Wówczas podjęłam decyzję o zamknięciu księgarni po to, by nie stać się zakładniczką własnego marzenia. Dzięki temu mogę marzyć dalej – o tym samym.

 

 

Propozycja z kategorii tych nie do odrzucenia – bo gdyby nie ten festiwal, w którym uczestniczę od lat, być może w ogóle nie zajmowałabym się literaturą

 

 

 

I wtedy wyjechałaś do Krakowa.

Tak. Chciałam tu studiować, ale lata temu zatrzymało mnie w Łodzi życie prywatne. Przyjechałam tu z początku głównie redagując – komiksy i książki bez obrazków. Wciąż się tym zajmuję, bardzo lubię pracę z tekstem, poza tym działa to na mnie kojąco. Prowadziłam i prowadzę również spotkania autorskie, dyskusje, warsztaty. Później zaproponowano mi pracę w wydawnictwie Karakter na stanowisku specjalistki ds. promocji, co pozwoliło mi spojrzeć na życie książki szerzej niż kiedykolwiek wcześniej. Wreszcie w styczniu tego roku przyszła propozycja z Fundacji Tygodnika Powszechnego, bym została dyrektorką programową Festiwalu Conrada. Propozycja z kategorii tych nie do odrzucenia – bo gdyby nie ten festiwal, w którym uczestniczę od lat, być może w ogóle nie zajmowałabym się literaturą.

 

duża, pełna sala na fesitwalu literackim, na scenie mężczyzna coś odczytuje, ktoś siedzi na kanapie, dużo ludzi na widowni

 

Festiwal Conrada, fot. Marek Bednarz

 

 

 

Czy masz poczucie, że jako osoba, która doświadczyła ekonomicznej kruchości niezależnej księgarni, widzisz dziś coś, czego nie dostrzega się z perspektywy dużych instytucji i festiwalowych scen? Tematem tegorocznej edycji Conrada jest „Nieposłuszeństwo”. Łatwo celebrować bunt jako atrakcyjny temat literacki. Trudniej praktykować go instytucjonalnie. W jaki sposób sam Festiwal Conrada próbuje być nieposłuszny wobec utrwalonych reguł organizowania życia literackiego?

Na pewno mam świadomość, że scena wszystkiego nie załatwi. Nie wystarczy przygotować świetnego programu wydarzenia literackiego, a potem się spakować i wrócić po roku, bo nawet jeśli zgromadzi on sporą publiczność, najprawdopodobniej będzie to jednorazowe spotkanie ludzi, którzy lubią czytać i zbierać autografy gwiazd. Nie chcę prowadzić działalności eventowej. To, co mnie interesuje, i co znajduję jako naprawdę ważne, to budowanie wspólnoty opartej na literaturze. Oddolne i kameralne działania może nie są tak spektakularne, ale pozwalają wytworzyć porozumienie ponad podziałami, a literatura jest jednym z nielicznych pól, w którym wciąż możemy być razem.

 

 

Staram się łączyć w sobie ten społecznikowski nerw z pracą nad międzynarodowym festiwalem

 

Dziś działam w dużo bardziej uporządkowanym środowisku – Kraków jest miastem, dla którego literatura jest istotna, jego oferta kulturalna jest (prze)bogata. Nie ma tylu frustracji, działa tu szereg instytucji, problemy z pieniędzmi są dużo mniejsze etc. To duży komfort i bezpieczeństwo. Natomiast Łódź (poza pracą w zorganizowanych strukturach) nauczyła mnie bardziej ryzykować, skrzykiwać grupkę ludzi, którzy chcą zrobić coś fajnego dla lokalnej społeczności, zrobić coś inaczej. To działanie było często mniej profesjonalne, ale organiczne, naturalne, zaangażowanie wynikało z potrzeby i na potrzeby odpowiadało. Pewnie najlepiej byłoby spotkać się gdzieś po środku. Projektem na życie okazał się Dzielny Klub Książki, który stworzyłam w Do Dzieła i który trwa do dziś. Co miesiąc spotykamy się w Łodzi, choć nie tylko, i tworzymy – ludzie w różnym wieku, z różnymi doświadczeniami, pod każdym względem wyjątkowi – wspólną historię czytania. Mnie te spotkania i ta więź dają bardzo dużo.

Staram się łączyć w sobie ten społecznikowski nerw z pracą nad międzynarodowym festiwalem. Bo i Conrad to nie tylko duża scena, ale i lekcje czytania, działania śródroczne w mniejszych miejscowościach, czy październikowe aktywności w krakowskich księgarniach. Przez cały rok czytelniczkom i czytelnikom dajemy również opowieść osnutą wokół idei danej edycji, czemu służy m.in. Magazyn Conrad, który ukazuje się jako dodatek do „Tygodnika Powszechnego”.

 

Dużo ludzi na widowni

 

Festiwal Conrada, fot. materiały organizatorów

 

 

 

Przejście z małej księgarni, w której znało się czytelników po imieniu, do dużego międzynarodowego festiwalu oznacza zmianę skali, budżetu i odpowiedzialności. Ale czy oznacza również zmianę sposobu myślenia o literaturze?

Wierzę, że nie. I wiara wydaje mi się tutaj kluczowa, bo jeśli w coś wierzę, to właśnie w literaturę. Zarówno prowadzenie księgarni, współprowadzenie instytucji kultury, jak i praca w wydawnictwie, redakcja tekstu czy prowadzenie warsztatów czytelniczych i spotkań autorskich są dla mnie przestrzenią spotkania ludzi i literatury. Ona sama nie zmieni świata, ale czytający już mogą to robić, także dzięki ideom wyczytanym w książkach. Chodzi o proces rozumienia – rzeczywistości, siebie i innych, który zachodzi w nas dzięki lekturze, jeśli mamy odwagę „czytać niebezpiecznie”, by posłużyć się terminem Azar Nafisi. Lektura, podczas której musimy konfrontować się z innymi punktami widzenia niż własny, wymaga otwartości i wychodzenia poza swoją strefę komfortu. Ale na takim spotkaniu możemy tylko zyskać. Oczywiście, teraz zasięg moich działań jest szerszy, zrobiło się „poważniej”, mam tego świadomość. Natomiast na poziomie pryncypialnym nic się nie zmieniło.

 

 

Uważam, że życie książki na polskim rynku jest patologicznie krótkie, dlatego podczas Conrada rozmawiamy o ideach, nie o tytułach, zależy mi na przecinaniu się różnych punktów widzenia i szukaniu podobieństw wyniesionych z tekstów powstałych w różnych częściach świata

 

 

 

Wobec czego powinni być dziś nieposłuszni pisarze i pisarki czy szerzej polskie środowisko literackie?

Skoro nieposłuszeństwo, to nie mogę, ale też nie chcę nikomu niczego narzucać. Mogę natomiast powiedzieć, wobec czego sama się buntuję. Jako dyrektorka Conrada nie traktuję festiwalu jako areny prezentacji nowości książkowych czy przeglądu modnych tematów. Programując festiwal zależało mi na ukazaniu możliwych ścieżek sprzeciwu. Uważam, że życie książki na polskim rynku jest patologicznie krótkie, dlatego podczas Conrada rozmawiamy o ideach, nie o tytułach, zależy mi na przecinaniu się różnych punktów widzenia i szukaniu podobieństw wyniesionych z tekstów powstałych w różnych częściach świata. Książka jest punktem wyjścia, a dobra literatura nie ma daty ważności.

Jako była księgarka nie godzę się na traktowanie książki jako produktu jak każdy inny, to dobro kultury, dlatego książki kupuję w księgarniach kameralnych w cenie wydrukowanej przez wydawcę na okładce. Jako czytelniczka – czytam wszystko, na co przyjdzie mi ochota, ignorując blurby i negując sztuczne podziały na literaturę niską i wysoką.

 

 

 

Czy patronat Josepha Conrada oznacza dla festiwalu pewną programową nieufność wobec jednoznacznych odpowiedzi, moralnego samozadowolenia i prostego podziału na bohaterów oraz winnych? Jak przekłada się to na sposób konstruowania tegorocznych debat?

Joseph Conrad jest ze wszech miar inspirującą postacią! Oczywiście znałam jako tako jego dzieła i życiorys wcześniej, ale kiedy zaczęłam programować Festiwal raz jeszcze przeczytałam całą twórczość jego patrona i sporo o nim. Nie wszystkie jego książki mnie zachwyciły, ale każda z nich dała mi dużo do myślenia. Conrad był wywrotowcem. Idee kolejnych edycji odbijają się w jego biografii intelektualnej. Józef Konrad Korzeniowski dokonał w swoim życiu kilku wolt. Nigdy nie widząc morza zamarzył sobie, że zostanie marynarzem, i tak się stało, choć nie obyło się bez perturbacji. A kiedy miał już ugruntowaną pozycję na wodzie, zdecydował się na zejście na ląd, by stać się Josephem Conradem, czyli człowiekiem pióra. Tworzył w swoim trzecim języku, czyli po angielsku. Mawiał, że zajął się literaturą, by nie zwariować, mimo że męczył się przy tym niemiłosiernie. Wymowa jego dzieł – powieści, opowiadań i esejów – jest odważna, miejscami kontrowersyjna, stawia pytania natury etycznej i egzystencjalnej. Miała też w sobie coś ze samospełniającej się przepowiedni. I jeszcze: bohaterowie Conrada muszą odnaleźć się w świecie, w którym stare zasady przestały obowiązywać, a nowe jeszcze nie zostały ustanowione. Tak jak my dziś.

Programowa nieufność do drogi na skróty to dobre skojarzenie. Uważam, że moim zadaniem jest wywołanie twórczego fermentu, stawianie pytań, nie udzielania odpowiedzi. To już zadanie dla czytelniczek i czytelników. Krytyczne, samodzielne myślenie – tego potrzebujemy najbardziej. Na tym polega nieposłuszeństwo dnia codziennego.

 

 

 

Nigdy nie widząc morza zamarzył sobie, że zostanie marynarzem, i tak się stało, choć nie obyło się bez perturbacji. A kiedy miał już ugruntowaną pozycję na wodzie, zdecydował się na zejście na ląd, by stać się Josephem Conradem, czyli człowiekiem pióra

 

 

W programie tegorocznej edycji znaleźli się między innymi Cristina Rivera Garza, Christoph Ransmayr, Jacek Dukaj, Joanna Ostrowska, Szczepan Twardoch i Peja. Czy takie zestawienie jest próbą poszerzenia definicji tego, co uznajemy za ważną wypowiedź literacką i intelektualną?

Zależało mi na tym, żeby pokazać różne twarze nieposłuszeństwa, ale też zniwelować podziały – sztuczne i krzywdzące – na scenie i wśród publiczności. Stąd np. spotkanie o rapie jako kulturze sprzeciwu i literaturze. Stąd zaproszenie akademiczek i powieściopisarek, autorów komiksów i filozofów. Rozmowa o książkach nowych i tych całkiem starych, niesłusznie zakurzonych.

Każda i każdy z nas ma jednakie prawo do interpretacji tekstu – nie oceniam stopnia trudności proponowanej lektury, takie czy inne rozumienie jest uprawnione, bo jest nasze. Temu też służą nasze lekcje czytania – warsztaty dla młodzieży, podczas których sprzeciwiamy się szkolnemu myśleniu o tym, że do dzieła literackiego pasuje jeden właściwy klucz, zawieszony na mądrej głowie. Poza tym na interpretację zasługują teksty wszelakie, bez względu na to, z jakim spotkały się uznaniem czy ich przynależność gatunkową. Chciałabym, aby Festiwal Conrada przebijał bańki i działał poza logiką algorytmu i łatwego zysku.

 

Festiwal literacki, dużo publiczności, na pomarańczowych kanapach  dwie rozmawiające osoby

 

Festiwal Conrada, fot. materiały organizatorów

 

 

 

Gdyby Joseph Conrad i Albert Camus pojawili się dziś na festiwalu jako jego goście, jakie tematy wnieśliby do współczesnej debaty, w jakich sprawach zabraliby głos?

Wspaniałe pytanie, zwłaszcza, że często wyobrażam sobie, jak mogłoby wyglądać ich spotkanie – Camus czytał Conrada, został po tym ślad. Puszczając dalej wodze fantazji, myślę, że Camus wzywałby do zjednoczenia się, do buntu w imię wspólnej sprawy, ale też do przyjęcia odpowiedniej miary do podejmowanego sprzeciwu. Zwłaszcza w swojej dojrzałej myśli orientował się na to, co nas łączy z innymi, także tymi, którzy myślą inaczej niż my. Z pewnością skomentowałby trwające wojny i konflikty, i wstawił się za zwykłym człowiekiem. A Conrad? Conrad był samotnikiem i walczakiem, ale dostrzegał wartość w różnorodności, i mocno punktował każdą niesprawiedliwość. Znając jego „Lorda Jima” – który zresztą został wybrany przez prezydenta RP jako przyszłoroczna lektura Narodowego Czytania – myślę, że objąłby swoją refleksją wpływ technologii i sztucznej inteligencji na nas i dzisiejszą rzeczywistość. Podczas tegorocznego Festiwalu Conrada podejmiemy refleksję bliską obu tym buntownikom.

 

 

Powodzenia w zasiewaniu ziarna nieposłuszeństwa!

 

 

 

Artykuł opublikowano w ramach zadania "Miej Miejsce w kulturze 2026-2027" dofinansowanego z Programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma" oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach Programu „Łódź pełna kultury ".

 

 

____________________

 

Paulina Frankiewicz – filozofka i aktywistka literacka, autorka tekstów eseistycznych i krytycznoliterackich, redaktorka komiksów i książek bez obrazków, promotorka kultury. Doktora nauk humanistycznych. W przeszłości właścicielka autorskiej księgarni Do Dzieła i wicedyrektorka Domu Literatury w Łodzi. Prezeska Polskiego Stowarzyszenia Alberta Camusa. Od 2026 roku dyrektorka programowa Festiwalu Conrada.

 

____________________

 

Natalia Królikowska – łodzianka, dra nauk humanistycznych, producentka wydarzeń kulturalnych, aktywistka literacka, zawodowo związana z Teatrem Jaracza, w którym odpowiada za komunikację i rozwój publiczności.

 

____________________

 

 

____________________

 

 

Zdjęcie główne: Paulina Frankiewicz, archiwum prywatne