Kapitalizm lubi rzeczy nowe, ciała młode i gust, który potrafi wyglądać na dobry. Gorzej radzi sobie ze wszystkim, co zużyte, przesadne, stare albo po prostu niemodne. W „Szmatach” Karoliny Lewestam i projektach Tomasza Armady to te rzeczy pchają się na pierwszy plan. Sfatygowana bluza, poliester, bazarowa estetyka, „stara baba” i dresy – z lumpeksów bez kompleksów.

 

 

Karolina Lewestam zaczyna swoją nową książkę „Szmaty” od różowej bluzy Esprit. Stara, sfatygowana, sprana, rzecz zasadniczo martwa, ale co najważniejsze – bez dziury. A skoro tak, to wiadomo, wyrzucić nie można. Matka przechowuje więc bluzę przez dwadzieścia lat, podsuwając ją córce przy kolejnych okazjach z cierpliwością człowieka, który wie, że historia ostatecznie przyzna mu rację, a matczyne jak zawsze będzie na wierzchu, na co córka reaguje młodzieńczą, witalną wściekłością.

 

 

Jest matka, córka, ubranie, którego nie sposób się pozbyć, i fundamentalny problem kapitalistycznego obiegu rzeczy, zawarty w pytaniu o to, kiedy coś (a dalej również ktoś) właściwie traci wartość?

 

 

Bardzo lubię ten początek, bo właściwie cała wymowa książki zawarta jest w tej piekielnej bluzie. Jest matka, córka, ubranie, którego nie sposób się pozbyć, i fundamentalny problem kapitalistycznego obiegu rzeczy, zawarty w pytaniu o to, kiedy coś (a dalej również ktoś) właściwie traci wartość?

Odpowiedź wydaje się prosta. Kiedy się zużyje. Tyle że „zużycie” jest kategorią wyjątkowo podejrzaną. W modzie rzecz zazwyczaj staje się niepotrzebna dużo wcześniej, niż faktycznie przestaje nadawać się do noszenia. Produkujemy więc przedmioty, których fizyczna trwałość znacząco przewyższa ich społeczną datę ważności, a potem wymyślamy coraz sprawniejsze systemy, żeby tę różnicę zagospodarować. Fast fashion nie tyle sprzedaje ubrania, ile akceleruje ich przedwczesną śmierć z przyczyn jak najbardziej nienaturalnych.

A osobą, która bojkotuje ten system jest – o zgrozo – stara i marudna matka, widmo poprzedniej, słusznie minionej epoki (znaczy się transformacji ustrojowej). Trochę z rozsądku, trochę z doświadczeń powojennej ekonomii niedoboru, trochę zapewne z potrzeby gromadzenia wszystkiego, co „może się jeszcze przydać”. Różowa bluza Esprit trwa więc jak drobny akt sabotażu wobec rodzących się idei wczesnego kapitalizmu i jego wolnorynkowych obsesji. „Szmaty” są bowiem książką o tym, że ubrania prawie nigdy nie są tylko ubraniami. Mają swoje społeczne i polityczne znaczenie.

 

 

 „Szmaty”, Karolina Lewestam, Wydawnictwo Czarne

 

 

Wokół wielkiej kupy ciuchów z lumpeksów gromadzą się matka, ciotki i sąsiadki. Przymierzają, przekazują sobie rzeczy, komentują, zachwalają, plotkują, krytykują mężów. W biedniejszej części Europy Zachód pozbywa się swojej nadprodukcji, a ona trafia na strych, gdzie zaczyna kolejne życie, reinkarnuje w kolejne umęczone ciężką pracą i codziennym znojem kobiece ciała. Można założyć cudzą sukienkę i przez chwilę poczuć się inną wersją siebie, dostać tani „bilet do nieznanych światów” w klasie ekonomicznej. W tym sensie moda pełni więc podobną funkcję jak literatura, film, gra video czy sztuka.

 

 

Książka prowadzi od perspektywy dziewczynki patrzącej na „stare baby” do momentu, kiedy sama autorka sama powoli się nią staje. Ubranie jest tu wehikułem pamięci, ale równie ważne pozostaje ciało – najpierw dziewczęce, potem kobiece, macierzyńskie, pożądane, wreszcie stopniowo tracące społeczną widzialność

 

 

Książka prowadzi od perspektywy dziewczynki patrzącej na „stare baby” do momentu, kiedy sama autorka sama powoli się nią staje. Ubranie jest tu wehikułem pamięci, ale równie ważne pozostaje ciało – najpierw dziewczęce, potem kobiece, macierzyńskie, pożądane, wreszcie stopniowo tracące społeczną widzialność.

Tytułowa „szmata” nie jest więc przypadkowo wybranym synonimem ubrania. Słowo odsyła zarówno do przedmiotu, jak i do doświadczenia kobiecego uprzedmiotowienia. W języku polskim to również pogardliwe określenie kobiety ocenianej przez pryzmat jej seksualności; „Wielki słownik języka polskiego” odnotowuje nawet połączenie „uliczna szmata”.

„Szmata” jest więc słowem znaczeniowo pojemnym. To rzecz zużyta, tania, niegodna troski. Ale także człowiek, któremu odmawia się szacunku. Kobieta zbyt dostępna, zbyt seksualna, zbyt widoczna, nieprzestrzegająca reguł stosowności. Co więcej, już samo określenie ubrań „szmatami” usuwa je z porządku mody, elegancji i aspiracji, przenosząc na bazar, do lumpeksu, kontenera, na ulicę.

 

Młody mężczyzna lezy na kanapie ubrany w kolorowy strój odsłaniający brzuch

 

Tomasz Armada, fot. Aga Murak

 

 

 

I właśnie w tym miejscu książka Lewestam zaczyna zaskakująco intensywnie rezonować z twórczością Tomasza Armady. Łódzki projektant powiedział kiedyś wprost: „Kocham słowo szmaty”. O własnych projektach nie chciał mówić „kreacje”; podkreślał, że szyje z materiałów znalezionych w lumpeksach, folii, poliestrów, ścinków i tkanin uznanych za niepełnowartościowe. Szmaty mają pozostać szmatami.

 

 

    Łódzki projektant powiedział kiedyś wprost: „Kocham słowo szmaty”. O własnych projektach nie chciał mówić „kreacje”; podkreślał, że szyje z materiałów znalezionych w lumpeksach, folii, poliestrów, ścinków i tkanin uznanych za niepełnowartościowe

 

 

Nie chodzi tu jednak wyłącznie o upcykling czy inne modne idee. Najciekawsze w projektach Armady jest to, że za odzyskiwaniem materiałów podąża w jego twórczości odzyskiwanie estetyk o niskim statusie społecznym i przewrotne ich uwznioślenie. Szmaciany jest nie tylko materiał, ale cały zestaw kodów estetycznych: dres, poliester, panterka, bazar, second-hand, przesada, trochę tandety, trochę obciachu. W „Odzieży patriotycznej” sarmacki kostium projektant spotykał z „knajacką elegancją mieszkańców Bałut”, kontusz ze strojem sportowym, a narodową pompę z materiałami znalezionymi w sklepach z używaną odzieżą i wśród produkcyjnych odpadów. To bardzo łódzka, tożsamościowa operacja. I nie chodzi nawet o obowiązkowe odwołanie do włókienniczej historii miasta, bez którego – jak się zdaje - w Łodzi nie wolno mówić o kawałku materiału. Chodzi raczej o społeczną geografię gustu.

 

Łysy mężczyzna z biało czerwonym stroju na tle pastelowego bloku

 

Tomasz Armada, fot. Aga Murak

 

 

Jego ubrania bywają dlatego uliczne w podwójnym sensie. Wyrastają z ulicy – jej materiałów, kodów, klasowych stereotypów – ale też ostentacyjnie na nią wracają. Centrum i Bałuty, butik i Rynek Bałucki, projektant i bazar, szlachetna tkanina i poliester – wszystkie te opozycje wyglądają na estetyczne tylko dopóty, dopóki nie zapytamy, kto właściwie ustalił hierarchię.

 

 

Armada od początku interesował się właśnie tym drugim obiegiem. W jednej z rozmów przeciwstawiał obraz Polski konstruowany w centrach wielkich miast rzeczywistości Rynku Bałuckiego, lumpeksów i miejsc, których kultura aspiracyjna wolałaby nie oglądać

 

 

 

Dobry gust niemal zawsze udaje niewinny, tymczasem niezwykle sprawnie opisuje różnice klasowe. Jednym fasonom pozwala być „minimalistycznymi”, inne nazywa tandetnymi; pewne zapożyczenia są „inspiracją”, inne podróbką; jednemu rodzajowi przesady przysługuje miano haute couture, inny pozostaje bazarowym obciachem. Armada od początku interesował się właśnie tym drugim obiegiem. W jednej z rozmów przeciwstawiał obraz Polski konstruowany w centrach wielkich miast rzeczywistości Rynku Bałuckiego, lumpeksów i miejsc, których kultura aspiracyjna wolałaby nie oglądać.

 

Mężczyzna obrany w bardzo kolorowy strój składający się z pozkręcanych szalików

 

                                                                                 
                                                                                  Tomasz Armada, fot. Michał Korta

 

 

Można powiedzieć, że Armada robi ze „szmatą” jako estetyczną obelgą mniej więcej to samo, co Lewestam robi ze „szmatą” jako obelgą genderową: przejmuje ją, zanim zrobi to ktoś inny. W projekcie „Nowej Kolekcji” Domu Mody Limanka, którego częścią był Tomasz Armada, przygotowanym w 2019 roku, kolektyw urządził rodzaj luksusowo-bazarowego showroomu w Muzeum Sztuki w Łodzi, pasożytując na prestiżu zarówno mody, jak i muzealnej awangardy. Twórcy wykonywali przy tym ruch dokładnie odwrotny do tego, który znamy z aspiracyjnego modelu konsumpcji. Nie próbowali zamienić szmaty w luksusowy przedmiot, starannie wymazując jej pochodzenie. Raczej wprowadzając szmatę do muzeum razem z jej tandetą, pytali: no i co teraz?

 

 

To samo pytanie wydaje się być obecne u Lewestam. Bo „Szmaty” nie są opowieścią o tym, że stare rzeczy okazują się w głębi duszy wartościowe. Byłoby to zresztą dość konserwatywne pocieszenie. Lewestam robi coś ciekawszego. Pyta, dlaczego wartość w ogóle miałaby zależeć od kryteriów, według których dotąd ją przyznawaliśmy. Dotyczy to zwłaszcza kobiet.

Tytułowa szmata staje się w książce figurą dużo bardziej niepokojącą właśnie dlatego, że łączy rzecz z ciałem. Kobiece ciało również ma przecież w naszej kulturze zadziwiająco krótki termin przydatności do społecznego spożycia. Najpierw dziewczynka chce być dorosła. Potem młoda kobieta odkrywa, że jest oglądana, oceniana, pożądana, klasyfikowana. Może się przeciw temu buntować, ale szybko orientuje się, że cudze spojrzenie jest wszędzie. A kiedy wreszcie zaczyna znikać – kiedy kobieta staje się starsza, mniej seksualnie „interesująca”, bardziej przezroczysta – okazuje się, że brak spojrzenia również może być dotkliwy.

 

 

 

To jedna z ciekawszych ambiwalencji, zawartych w „Szmatach”. Lewestam nie robi ze swojej książki kolejnego, tendencyjnego poradnika pod tytułem „jak pokochałam swoje zmarszczki”. I całe szczęście. Znacznie ciekawsze jest to, że pokazuje kobiety jako uczestniczki systemu, który je same klasyfikuje

 

 

 

To jedna z ciekawszych ambiwalencji, zawartych w „Szmatach”. Lewestam nie robi ze swojej książki kolejnego, tendencyjnego poradnika pod tytułem „jak pokochałam swoje zmarszczki”. I całe szczęście. Znacznie ciekawsze jest to, że pokazuje kobiety jako uczestniczki systemu, który je same klasyfikuje. Dziewczynka patrzy na ciotki jak na stare baby. Wie już, co jest atrakcyjne, zanim ktokolwiek zdąży przeprowadzić jej kurs patriarchatu dla początkujących. Normy reprodukują się bez większego wysiłku. To chyba jedna z największych przewag ideologii nad zwykłym przymusem – po pewnym czasie każdy sam pilnuje własnej celi.

A kapitalizm dokłada do tego swoją ulubioną kategorię – nowość. Nowe jest więcej warte od zużytego. Młode więcej od starego. Produktywne więcej od nieproduktywnego. Widzialne więcej od niewidzialnego. Dające się sprzedać więcej od tego, czego sprzedać już nie sposób. Matki, ciotki i sąsiadki z książki Lewestam proponują jednak alternatywny model ekonomii, choć zapewne bardzo by się zdziwiły, gdyby ktoś im o tym powiedział.

Przechowują. Przekazują. Naprawiają. Opiekują się. Nie wyrzucają, jeśli nie trzeba. Rzeczy krążą między nimi poza logiką ceny; ich wartość zależy od relacji, pamięci i użyteczności. Również opieka nad ludźmi odbywa się w podobnym obiegu – przez karmienie, odwiedzanie, sprzątanie, zajmowanie się ciałami wtedy, kiedy stają się słabe, chore, mało efektowne. „Szmaty” są więc również książką o reprodukcji – niekoniecznie biologicznej, ale społecznej. O tej ogromnej, najczęściej kobiecej robocie, dzięki której świat każdego ranka jakoś uruchamia się od nowa.

 

Mężczyzna siedzi na oparciu ławki w szarej kurtce i beżowej spódnicy, w tle pałac

 

                                                                                   Tomasz Armada, fot. Agata Murak

 

 

Ten wątek wraca w najnowszej kolekcji Armady „Syrenka”, wyrastającej z doświadczenia polskiej „eurosieroty” i rodziny rozciągniętej między Polską a Wielką Brytanią. W centrum projektu projektant umieszcza własną matkę – emigrantkę, która pracowała między innymi w polskim sklepie w Leeds, a teraz pojawia się również jako modelka w sesji kolekcji. Robocze koszulki polo, firanki, reklamówki, rodzinne fotografie i rzeczy wożone między krajami stają się tu rodzajem prywatnego archiwum pracy i opieki, którego oficjalna historia zazwyczaj nie przechowuje. Jeśli wcześniejsze projekty Armady odzyskiwały „szmaty” z klasowego obciachu, „Syrenka” pokazuje dodatkowo, że materiał potrafi przechowywać ślad nieobecnego ciała – matki pracującej gdzie indziej niż dom i rodziny organizowanej na odległość przez telefony, paczki, urlopy i pieniądze.

Tu właśnie Lewestam i Armada spotykają się najciekawiej.  Armada bierze materiał, fason albo estetykę, których należałoby się wstydzić, i zamiast poddać je procesowi klasowego oczyszczenia, jeszcze je podkręca. Lewestam podobnie postępuje ze „starą babą”. Nie próbuje udowodnić, że stara baba tak naprawdę wcale nie jest stara. Nie zapewnia jej, że nadal jest młoda duchem, atrakcyjna i może nosić mini, jeśli tylko poczuje się pewnie – czyli nie oferuje kolejnej wersji obowiązku pozostawania rynkowo konkurencyjną aż do śmierci. Może być stara.

Emancypacyjny potencjał tytułowego słowa nie polega bowiem na tym, żeby dowieść, że szmata jednak jest piękna, cenna i zasługuje na miejsce w garderobie. Najbardziej wyzwalające w książce Lewestam i w projektach Armady wydaje się to, że ich szmaty nie aspirują. Mogą pozostać szmatami: starymi, sfatygowanymi, z lumpeksu, złymi gatunkowo, źle widzianymi, przesadnymi, tandetnymi.

Różową bluzę Esprit bez dziury można pokochać.

 

 

Artykuł powstał w ramach cyklu „Literatura w kontekście”, badającego związki literatury z innymi dziedzinami sztuki i kultury, realizowanego w projekcie „Miej Miejsce w kulturze 2026”, dofinansowanym z programu MKiDN „Czasopisma” oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach programu „Łódź pełna kultury”.

 

 

_____________________

 

 

Natalia Królikowska – łodzianka, dra nauk humanistycznych, producentka wydarzeń kulturalnych, aktywistka literacka, zawodowo związana z Teatrem Jaracza, w którym odpowiada za komunikację i rozwój publiczności.

 

_____________________

 

 

 

_____________________

 

 

Zdjęcie główne:  Tomasz Armada, fot. Michał Korta