Czapka z hasłem zapożyczonym od Trumpa uruchamia dyskusję o tym, kto i jak opowiada małe miasta. W rozmowie z Magdaleną Nowicką-Franczak Maciej Cholewa i Łukasz Barys rozbrajają mit „prowincji” — pokazując, że częściej chodzi o klasę, dostęp i wyobrażenia niż o odległość od metropolii oraz wyjaśniają, gdzie przebiega granica między stylizacją a stygmatyzacją. Rozmowa odbyła się w ramach „Spraw wspólnych” — cyklu spotkań poświęconych współczesnej Polsce, widzianej przez pryzmat literatury, sztuki i codziennych doświadczeń.
Magdalena Nowicka-Franczak: Spotykamy się w Łodzi, ale punktem wyjścia będzie prowincja – małe miasta, miejscowości „trochę obok”, o których zwykle mówi się z góry, z tezą: stagnacja, marazm, „polskie piekło małego miasta”. Nie chcę być jak dziennikarka z powieści „Kibel” Anny Sudoł, która przychodzi do bohaterki, poetki pochodzącej z niedużej miejscowości, z gotowym tytułem i tezą: „Napiętnowana za kulturę. Polskie piekło małego miasta” – dlatego oddam głos wam.
Co dla was znaczy pochodzić z niewielkiego miasta, położonego kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów od metropolii?
Łukasz Barys: Kiedy byłem nastolatkiem, miałem bardzo silne poczucie, że mieszkam „na prowincji”. Pabianice były dla mnie małym miastem gdzieś daleko od „prawdziwego świata”. Łódź jawiła się jako ogromna metropolia – choć realnie bywałem w niej głównie w okolicach dość peryferyjnego centrum handlowego Port Łódź, rzadko dalej.
Dziś patrzę na to zupełnie inaczej. Jeżdżę na spotkania autorskie po całej Polsce i widzę miasta, z których do najbliższej większej miejscowości jest 60 czy 100 kilometrów. Na tym tle Pabianice są właściwie przyklejone do Łodzi. Zrozumiałem, że mój dawny obraz był trochę niesprawiedliwy.
Ale jednocześnie, dorastając, miałem poczucie, że to miasto jest „dziurą”, z której trzeba się wyrwać. Moi rówieśnicy myśleli podobnie: Pabianice to siedlisko patologii, brudu, „miasto emerytów i przegrywów”, a prawdziwe życie dzieje się w Łodzi, Warszawie, „gdzieś indziej”. To bardzo formuje tożsamość – w kontrze do miejsca, z którego się jest. Ustawiasz się wobec niego wyżej: „ja jestem lepszy niż miasto, w którym mieszkam”.
To bardzo formuje tożsamość – w kontrze do miejsca, z którego się jest. Ustawiasz się wobec niego wyżej: „ja jestem lepszy niż miasto, w którym mieszkam”
Radzionków ma około 16 tysięcy mieszkańców, leży w powiecie tarnogórskim, przylega do śląskiej aglomeracji. Co ciekawe, pierwsze wzmianki o Radzionkowie pochodzą z tego samego okresu co pierwsze wzmianki o Łodzi – z pierwszej połowy XIV wieku. Z tym że Łódź dostała prawa miejskie w XV wieku, a Radzionków musiał czekać do lat 50. XX wieku. Te trajektorie rozwoju obu miejscowości zupełnie się rozjechały.
Maciej Cholewa: Dla mnie Radzionków przez długi czas był po prostu Radzionkowem – nie zastanawiałem się, co to znaczy z niego pochodzić. Żeby pójść do liceum plastycznego czy na studia, musiałem z niego wyjechać, ale zawsze właściwie byłem „tuż obok”: dziś mieszkam w Bytomiu, pięć kilometrów dalej, pracownię mam w Radzionkowie, bywam tam co drugi dzień.
Wtedy zaczął się rodzić mit tego miejsca, który domagał się weryfikacji – i tą weryfikacją stała się moja sztuka
Moment, w którym pochodzenie zaczęło mieć znaczenie, przyszedł na studiach. Nagle okazało się, że kiedy opowiadam znajomym spoza regionu o Radzionkowie, oni są naprawdę zafascynowani. Wtedy zaczął się rodzić mit tego miejsca, który domagał się weryfikacji – i tą weryfikacją stała się moja sztuka.
Odkryłem też coś ważnego: tak zwane „małe miasta” strasznie się od siebie różnią. Owszem, socjologicznie można je definiować liczbą mieszkańców czy funkcją wobec większych aglomeracji, ale w praktyce Radzionków jest zupełnie czymś innym niż Pabianice czy Miasteczko Śląskie. Jedyną cechą wspólną wydaje mi się dziś wielość równoległych narracji – a nie jakiś jeden, prosty obraz „prowincji”.
Dużo mówi się dziś o wstydzie i dumie z pochodzenia. W opowieściach o awansie społecznym powtarza się topos: ktoś wyjeżdża z małego miasta do metropolii, konfrontuje się ze swoim wstydem z powodu „prowincjonalnego” pochodzenia, a potem – już z perspektywy sukcesu – opowiada o tym publicznie. Pytanie: na ile ten wstyd jest realny, a na ile to mit? Czy w waszym doświadczeniu faktycznie byliście „wstydzącymi się prowincji”, czy ta emocja to raczej coś, co sobie dopowiadamy?
Łukasz Barys:Na Uniwersytecie Łódzkim – studiowałem polonistykę – większość z nas pochodziła z mniejszych miejscowości: Łowicz, Kutno, Skierniewice, Końskie. Byliśmy „prowincją”, ale wszyscy, więc w relacjach między sobą nie czułem żadnego wstydu. Wręcz przeciwnie – na tle koleżanki z Końskich nagle okazywało się, że z Pabianic mam do Łodzi „blisko” i jestem z „dużego miasta”.
Jeśli pojawiał się wstyd, to raczej wobec pojedynczych wykładowców, którzy bardzo podkreślali swoją „nobliwość”, arystokratyczną wręcz pozycję. Wtedy można się było poczuć mniejszym, gorszym.
Wyobrażałem sobie, że twórca, którego podziwiam, jest dzieckiem profesorów z wielkiego miasta, a potem okazywało się, że pochodzi z dużo mniejszej miejscowości niż ja
Mam też wrażenie, że w humanistyce, literaturze dominują osoby o podobnym do mojego pochodzeniu: z małych miejscowości, z rodzin średniozamożnych lub biednych, z klasy ludowej czy niższej klasy średniej. „Dzieci elit” są w tym środowisku raczej wyjątkiem. Wszyscy nosiliśmy podobne kompleksy, które istniały głównie w naszych głowach. Moim zdaniem wynika to z tego, że pisanie ma stosunkowo niski próg formalnego wejścia – nie trzeba kończyć długich, kosztownych studiów, a jednocześnie daje szansę na społeczne uznanie. Ten wstyd często był więc projekcją. Wyobrażałem sobie, że twórca, którego podziwiam, jest dzieckiem profesorów z wielkiego miasta, a potem okazywało się, że pochodzi z dużo mniejszej miejscowości niż ja.
Maciej Cholewa: W świecie sztuki miałem bardzo podobne doświadczenia. W ogóle nie czuję, żebym był kiedykolwiek napiętnowany za pochodzenie – a jeśli coś dostaję, to raczej „punkty za pochodzenie”. Ostatnie lata w humanistyce czy sztukach wizualnych bardzo sprzyjają narracjom o klasie ludowej, o małych miastach, doświadczeniu „stamtąd”. Czasami to wręcz zaczyna działać jak kapitał.
Ważne jest dla mnie rozdzielenie pochodzenia od klasy. Znam wiele osób z mniejszych miejscowości, które są w pełni „wielkomiejską inteligencją” – mają zasoby, kompetencje, kapitał kulturowy. Mieszkają w małym mieście, ale klasowo są bliżej średnioklasowego warszawiaka niż mieszkańca blokowiska na obrzeżach stolicy. I odwrotnie: w Warszawie jest mnóstwo ludzi, których doświadczenie jest bardzo podobne do doświadczenia „prowincji”.
Dlatego wolę mówić o klasie niż o samym nazwaniu miejsca prowincją. Wstyd klasowy jest realny, ale niekoniecznie wprost związany z liczbą mieszkańców w gminie.
Maciek, siedzisz w czapce z napisem „Make Radzionków Great Again”. W 2019 roku towarzyszyła kampanii, była czerwona jak czapki Trumpa, wyraźnie nawiązywała do hasła „Make America Great Again”. Przejąłeś język populistycznej polityki i przeniosłeś go na lokalne podwórko. Co chciałeś tym gestem powiedzieć – i czy artysta może „uczynić Radzionków wielkim”, nie zapisując się przy okazji do żadnego obozu?
Maciej Cholewa: Najuczciwiej będzie powiedzieć: ta czapka powstała dla żartu. Była reakcją na zalew trumpowskiej kampanii – zacząłem czytać o tym, skąd w ogóle wzięło się hasło, odkryłem Reagana i jego spin doktorów… I pomyślałem, że zrobię swój mały remix.
Potem okazało się, że ludzie reagują na tę czapkę bardzo mocno, więc żart przerodził się w projekt artystyczny. Ironia polega tu na tym, że Radzionków nigdy nie był „wielki” i raczej nie będzie. I bardzo dobrze. To hasło jest raczej grą z wyobrażeniami o wielkości i dumą lokalną.
Najciekawsze jest to, kto te czapki kupuje. Statystyki pokazują, że najczęściej osoby z większych miast. Noszą je ludzie o poglądach lewicowych, którym ta ironia jest bliska, ale kupują je też osoby związane z radą miasta Radzionkowa, o dużo bardziej konserwatywnych poglądach. Każda z tych grup czyta tę czapkę inaczej – i to jest dla mnie fascynujące.
Przy okazji podkreślę: nie jestem pro-trumpowski. Mam zdecydowanie lewicową wrażliwość i projekt był raczej próbą spuszczenia powietrza z napompowanych, wielkich narracji. A spuszczanie powietrza, poczucie humoru, dystans – to są moim zdaniem bardzo małomiasteczkowe kompetencje.
Łukaszu, gdybym miała wskazać jedną nić łączącą twoje powieści – „Kości, które nosisz w kieszeni”, „Jeśli przecięto cię na pół” i „Małe pająki” – powiedziałabym, że jest nią inicjacja. Twoi bohaterowie – Ula, dziewczynka z pierwszej powieści, Marcel i Tobiasz z kolejnych – dojrzewają gdzieś „na prowincji”, często w cieniu śmierci, choroby, przemocy. A jednocześnie wychodzą z tego procesu jako postaci kompletne, pogłębione. Czy prowincję można powiązać z metamorfozą? Czy małe miasto przyspiesza dorastanie?
Łukasz Barys: Myślę, że samo dojrzewanie zawsze wiąże się z metamorfozami, niezależnie od miejsca. Ale na prowincji – przynajmniej w moim doświadczeniu – życie bywa bardziej ryzykowne, brutalne, mniej „zabezpieczone”.
W moim gimnazjum w Pabianicach bardzo wiele osób w wieku trzynastu, czternastu lat imprezowało z alkoholem, w pobliskich miejscowościach funkcjonowało zagłębie dopalaczy. Były przypadki chorób psychicznych, śmierci. To są sytuacje, które przyspieszają konfrontację z granicą, z końcem, z utratą.
Na prowincji wielu młodych ludzi widzi swoje życie zero-jedynkowo: albo wykorzystam szansę, „wyrwę się stąd”, wyjadę, odniosę sukces – albo przegram i zostanę
Może to wynikać z nudy, z poczucia beznadziei, z pragnienia wrażeń, których brakuje. Ale mam wrażenie, że głębiej chodzi o poczucie bycia gorszym, o próbę udowodnienia sobie czegoś. Na prowincji wielu młodych ludzi widzi swoje życie zero-jedynkowo: albo wykorzystam szansę, „wyrwę się stąd”, wyjadę, odniosę sukces – albo przegram i zostanę.
Tymczasem po drodze, zanim wyjadą – albo i nie wyjadą – przechodzą ogromne metamorfozy, tylko ich nie nazywają. To, co w kulturze funkcjonuje jako „stagnacja”, jest w środku bardzo dynamiczne. W moich książkach próbuję przyglądać się tej dynamice z bliska.
W „Jeśli przecięto cię na pół” pojawia się podział na Polskę A i Polskę B – twoja bohaterka mówi, że mama „ma konto na Instagramie i sprawdza, co tam w Polsce A”, dziadek popada w paroksyzmy, mówiąc o chłopskim pochodzeniu i „rzeczach, które w Polsce B zrobiła Polska A”. To podział, którym chętnie posługują się artyści, dziennikarze, politycy, socjologowie. Z jednej strony wiemy, że jest uproszczeniem, z drugiej – sami chętnie po niego sięgamy. Twoja proza mocno tematyzuje problemy małych miejscowości: biedę, uzależnienia, przemoc. W jaki sposób wyznaczasz dla siebie granicę między literacką stylizacją a stygmatyzacją bohaterów?
Łukasz Barys: To jest coś, z czym cały czas się zmagam. Z jednej strony chcę pokazać realne problemy – wynikające choćby z biedy, braku dostępu do usług, pracy, kultury. Z drugiej – mam świadomość, że łatwo przekroczyć granicę i zamiast empatii pojawia się śmianie się z bohaterów, patrzenie na nich z góry.
W pierwszej książce korzystałem z groteski, elementów realizmu magicznego – te środki wzmacniają literaturę, ale mogą sprawić, że świat przedstawiony zostanie odczytany jako potwierdzenie stereotypu „patologicznej prowincji”. W „Małych pająkach” próbowałem odwrotnej strategii: chciałem napisać powieść o mniejszej miejscowości skrajnie realistycznie, bez wartościowania, bez groteski, bez śmiesznych „smaczków”. O tym, jak ktoś po prostu żyje w takim miejscu i w ogóle nie widzi go jako „dziwnego” czy „kiczowatego”.
To jednak też jest ryzykowne – rezygnacja z ostrzejszych środków artystycznych może sprawić, że książka wyda się „mniej literacka”. Autor cały czas porusza się w labiryncie między uczciwym opisem a moralną odpowiedzialnością.
Dla mnie kluczowe jest jedno: nie pisać o „problemach” jako abstrakcyjnych zjawiskach, tylko o konkretnych ludziach i ich życiu. Unikać spojrzenia „na safari”, gdzie autor stoi ponad bohaterami, jak przyrodnik obserwujący „organizmy w środowisku naturalnym”. I pamiętać, że małe miasta nie są ani lepsze, ani gorsze „same w sobie” – mają swoje dramaty, ale też swoje siły i zasoby.
Maciek, jesteś autorem fotograficznego projektu i instagramowego profilu „Pozdrowienia z małego miasta”. Dokumentujesz przestrzeń małych miejscowości, ich „oddolną sztukę”: ogródki, kapliczki, rzeźby ze styropianu, szyldy. Ale to są też spotkania z mieszkankami i mieszkańcami – często bardzo bliskie. Jak wygląda twoje „badanie małego miasta” w praktyce? I jak się sytuujesz wobec ludzi, których fotografujesz – jesteś „swój” czy „obcy”?
Maciej Cholewa: Choć projekt jest znany przede wszystkim jako profil instagramowy, dla mnie najważniejsza jest praca w terenie. Ja naprawdę spędzam w tych miastach dużo czasu, nie po to, żeby „zaliczyć” kolejne miejsce, tylko żeby w nim pobyć. To jest bliskie psychogeografii sytuacjonistów: poddawaniu się prądom miejsca, chodzeniu bez celu, chłonięciu atmosfery.
Jako artysta wizualny szukam przede wszystkim form – sposobów urządzenia przestrzeni, detali, rzeźb, napisów. Małe miasta mają inną logikę wizualną niż metropolie: są bardziej horyzontalne, mniej „wieżowcowe”, a jednocześnie pełne oddolnej wytwórczości – od kapliczek po figury z opon. To jest niesamowity materiał.
Po tym, jak raz przyszedłem z aparatem „zza płotu”, wyrzeźbił mój wizerunek – postać z aparatem, siedzącą na ogrodzeniu. Włączył mnie w swoje dzieło. To była najbardziej konceptualna praca w całym projekcie, choć on sam pewnie by tak tego nie nazwa
Jeśli fotografuję coś drobnego, co nie pozwala nikogo zidentyfikować, czasem po prostu robię zdjęcie. Ale kiedy to jest czyjś ogródek, rzeźba, ogrodzenie – dzwonię do drzwi, przedstawiam się, mówię wprost, co mnie interesuje. Ludzie zaskakująco rzadko reagują negatywnie. Częściej są dumni, że ktoś zauważył ich wysiłek, że ktoś uznał ich rzeźbę czy aranżację za wartą uwagi.
Zdarzają się odmowy – i ja je szanuję. Czasem ktoś się wstydzi, wyobraża sobie, że chcę jego ogródek wyśmiać. Staram się wtedy tłumaczyć, że nie chodzi o szyderstwo, tylko o dokumentację i refleksję nad tym, jak wyglądają nasze wspólne przestrzenie.
Są też piękne momenty przyjaźni. Z panem Januszem Meszkiem z Sarnowa naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Mieszka w domu otoczonym gęstym ogrodem figur. Po tym, jak raz przyszedłem z aparatem „zza płotu”, wyrzeźbił mój wizerunek – postać z aparatem, siedzącą na ogrodzeniu. Włączył mnie w swoje dzieło. To była najbardziej konceptualna praca w całym projekcie, choć on sam pewnie by tak tego nie nazwał.
Wspomniałeś, że… nie lubisz swojego profilu na Instagramie. Dlaczego?
Maciej Cholewa: Nie lubię nie samego projektu, tylko uproszczonego sposobu, w jaki bywa odbierany. Część odbiorców widzi w nim głównie „bekę z polskiej rzeczywistości”: śmieszne obrazki z prowincji. Ktoś napisał mi kiedyś komentarz pod zdjęciem bardzo charakterystycznego sklepu rybnego: „Fajnie, że się pan śmieje, ale gdyby pan nie skończył plastyka, też by pan tak robił”. A ja znam osoby pracujące w tym sklepie i wiem, że one w pełni świadomie wycinają te rybki tak, a nie inaczej – i wiedzą, że to jest zabawne.
Problem polega na tym, że odbiorca z dużego miasta potrafi być wobec twórców tych form protekcjonalny. Zakłada, że oni nie mają świadomości tego, co robią, że trzeba ich przed „wyśmianiem” bronić. To też jest rodzaj przemocy symbolicznej.
Ja naprawdę kocham tę oddolną „amatorską” sztukę. Nie uważam, że brak akademickiego warsztatu automatycznie czyni coś kiczem. Za Banachem czy Olgą Drendą przyjmuję, że kicz zaczyna się tam, gdzie dzieło nie zostawia odbiorcy żadnej przestrzeni – jest tak zaprojektowane, by wywołać jeden konkretny, przewidywalny efekt. Natomiast kapliczka z Chrystusem przypominającym Homera Simpsona nie jest kiczem: jest próbą jak najlepszego wyrażenia wiary przez kogoś, kto pracuje takimi, a nie innymi środkami.
Dlatego tak bardzo zależy mi na tym, żeby nie redukować „Pozdrowień z małego miasta” do „śmiesznych obrazków z prowincji”. W wystawach, tekstach, dłuższych wypowiedziach mam więcej narzędzi, żeby to opowiedzieć. Instagram z natury jest medium poślizgnięcia się po obrazie i lajka – i stąd moja ambiwalencja.
Gdyby spróbować zamknąć w jednym zdaniu – co dla was zostaje z prowincji jako doświadczenie, z którym chcecie dalej pracować?
Łukasz Barys: Poczucie, że to, co z zewnątrz uchodzi za „nudne” i „zastygłe”, w środku jest intensywne, pełne bólu, śmieszności, ryzyka i czułości. I że warto o tym pisać tak, żeby nie stawać ponad bohaterami, tylko być z nimi.
Maciej Cholewa: Świadomość, że małe miasta są nieskończenie złożone – nie mniej niż metropolie – tylko ich narracje są bardziej rozproszone, mniej oczywiste. I że ta lokalna, często lekceważona wizualność – ogródki, rzeźby, szyldy – jest kluczem do opowieści o nas wszystkich.
____________________________
Maciej Cholewa – artysta wizualny i adiunkt w Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. W swojej twórczości koncentruje się na peryferiach, lokalności i mikronarracjach małych miejscowości. Pochodzi z Radzionkowa, a jego prace – jak cykle Furtki czy Make Radzionków Great Again – są refleksją nad tożsamością i widzeniem z peryferii.
Łukasz Barys – poeta i prozaik, laureat Paszportu „Polityki”, autor powieści „Kości, które nosisz w kieszeni”, „Jeśli przecięto cię na pół” i „Małe pająki”. W swoich książkach wrażliwie portretuje prowincję – jej rytm, język i emocje, wydobywając z niej głębię ludzkich doświadczeń.
Magdalena Nowicka-Franczak - socjolożka kultury i badaczka współczesnych zjawisk kulturowych i społecznych.
____________________________
____________________________
