Łódź przez kilka powojennych lat była nie tylko tymczasową stolicą Polski, ale także najważniejszym ośrodkiem życia artystycznego i intelektualnego. To tutaj trafili pisarze, filmowcy, aktorzy i plastycy, którzy próbowali na nowo odbudować kulturę po wojennej katastrofie. Z Małgorzatą Czyńską – pisarką i historyczką sztuki, autorką książki „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie tymczasowej stolicy” – o entuzjazmie pierwszych miesięcy po wojnie, narodzinach powojennej sceny kulturalnej oraz skomplikowanej relacji Łodzi z Warszawą rozmawia Jacek Paśnik.
Jacek Paśnik: „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie tymczasowej stolicy” rozpoczyna wielka, tużpowojenna radość. „Nie sposób opisać tego, co tu się dzieje. Byłem w Lublinie podczas wkraczania Armii Czerwonej i Wojska Polskiego. Byłem także na Pradze. Nie może być żadnego porównania. Tak powszechny entuzjazm, spontanicznie zrodzony, może tylko wskrzesać stolica polskiego proletariatu – Łódź” – pisze przywoływany przez Ciebie Ignacy Loga-Sowiński. Jego emocje wiązały się z samym wyzwoleniem? Czy może nadchodzące robotnicze państwo, które dotarło do Łodzi na początku 1945 roku w końcu pojawiło się na terytorium robotniczego miasta?
Małgorzata Czyńska: Rzeczywiście, radość momentu wyzwoleniu była tak widoczna, że Loga-Sowiński, który miał porównanie, bo znał reakcje ludności innych miast, zauważa skalę entuzjazmu Łodzian. Jednocześnie jego list ma po prostu mocno propagandowy wydźwięk, podkreśla robotniczy charakter miasta. Trzeba pamiętać, że przed wojną w Łodzi dominowali socjaliści, a nie komuniści.
Liczono na ulgę od przedwojennego, kapitalistycznego wyzysku?
Nie te okoliczności brały górę, a ulga od niemieckiej okupacji. Przecież stosunek do wyzwolicieli był różny. Niejeden Łodzianin podzielał zapewne opinię Kazimierza Brandysa: „Jedynym oparciem dla mnie w złych myślach, w grozie były miliony żołnierzy z czerwonymi gwiazdami na czapkach. Pierwsza armia, której udało się powstrzymać napór hitlerowski”, czy słowa Pawła Hertza o czerwonoarmistach: „Oni nas nie wyzwolili, ale uratowali nam życie”.
Tuż po wyzwoleniu, zimą 1945 roku Łódź była miastem opustoszałym, gotowym na przyjęcie bezdomnych Warszawiaków. Na początku wojny Niemcy wymordowali tam ogromną część polskiej inteligencji, przeprowadzili akcję depolonizacyjną. Wiele osób wywieziono, wiele na początku wojny po prostu uciekło, jak choćby Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński, którzy wrócili potem do okupowanej Łodzi. Wymordowano ludność żydowską. Czerwony, robotniczy charakter Łodzi, o którym wspominasz, z pewnością miał z kolei wpływ na wybór miasta na powojenną „tymczasową stolicę”. Do tej roli rozpatrywano też Kraków, ale nowej władzy nie pasował on z różnych względów – jako miasto tradycjonalistyczne, mieszczańskie, katolickie. Łódź tymczasem, z robotniczym charakterem „miasta-barykady” pasowała bardzo!
Przedwojenna Łódź nie miała szczęścia do życia kulturalnego. W książce obok wypowiedzi Wandurskiego pojawiają się inne: że „sezon ogórkowy trwa tu okrągły rok” i tak dalej. A jednocześnie w latach trzydziestych działali tutaj ludzie, którym podniesienie poziomu życia kulturalnego bardzo leżała na sercu, którzy wybrali Łódź na swoje miasto – wystarczy przywołać choćby środowisko artystów plastyków
Witold Wandurski, „poeta robotniczej Łodzi”, narzekał przed wojną: „Tu można mieszkać, tworzy się poza Łodzią i bez Łodzi. Stan taki potrwać może jeszcze długie lata, chyba, że zasadniczo zmieni się ustosunkowanie sił społecznych, z przewagą inteligencji”. Do tego przetasowania doszło, ale zupełnie nieoczekiwanie i w innym, katastrofalnym wymiarze.
Przedwojenna Łódź nie miała szczęścia do życia kulturalnego. W książce obok wypowiedzi Wandurskiego pojawiają się inne: że „sezon ogórkowy trwa tu okrągły rok” i tak dalej. A jednocześnie w latach trzydziestych działali tutaj ludzie, którym podniesienie poziomu życia kulturalnego bardzo leżała na sercu, którzy wybrali Łódź na swoje miasto – wystarczy przywołać choćby środowisko artystów plastyków. To Łódź przyjęła Międzynarodową Kolekcję Sztuki Nowoczesnej, zorganizowaną przez Kobro, Strzemińskiego, Przybosia i Brzękowskiego. Poszukiwania formalne łódzkich plastyków były interesujące, odmienne od propozycji artystów ze środowisk warszawskiego i krakowskiego. Niemniej rzeczywiście literaci, ludzie teatru czy muzyki, szukali szczęścia – inspiracji, angaży, publiczności – poza Łodzią. Była ona miastem bez artystycznych korzeni. Istotny w tym kontekście jest fakt, że aż do 1945 roku nie było tu szkolnictwa wyższego. Na szkoły wyższe Łódź bardzo długo czekała, władze miejskie dobijały się u kolejnych rządów o założenie uczelni, choćby technicznej, która w przemysłowym mieście powinna być oczywistością. Przedwojenna Łódź bez uczelni nie tylko nie kształciła osób, które miałyby kulturę tworzyć – brakowało także jej świadomych odbiorców.
Co do wątku krakowskiego – po wojnie miasto to, jak chyba żadne inne, wydawało się zachować swój przedwojenny charakter. Z Łodzią było nieco inaczej.
Kraków to miasto o bardzo długiej historycznej ciągłości, miasto kultury. Natomiast Łódź, jako młode miasto, na dodatek miasto przemysłowe, musiała walczyć o swoje w dziedzinie edukacji czy kultury. Była takim gorszym miastem. Trudno porównywać ze sobą dwa miasta o tak odmiennych historiach i charakterach. Kraków oczywiście tę swoją uprzywilejowaną pozycję maksymalnie wykorzystywał, często przybierało to wręcz żenujące formy. Wystarczy przywołać tu wypowiedź profesora Ignacego Chrzanowskiego, krakowskiego historyka literatury, który na informację, że Łodzianie tak bardzo chcą powołania politechniki, że gotowi są wybudować uczelnię ze składek darczyńców, wyśmiał «złe miasto», mówiąc, że jeśli koniecznie chce wydawać pieniądze, to niech ufunduje akademiki dla Łodzian przy już istniejących uczelniach w Polsce.
Jednocześnie z twojej książki nie do końca wynika, że sztuka czy szkolnictwo pojawiły się w Łodzi „spadochronowo”.
Łódź długo dopominała się o szkolnictwo wyższe, awangardowym plastykom marzyła się szkoła na miarę Bauhausu… Te marzenia i potrzeby zaczęły się spełniać masowo już zimą i wczesną wiosną 1945 roku, kiedy zaczęto organizować uczelnie, również te artystyczne – muzyczną, teatralną, plastyczną. To były wydarzenia absolutnie bez precedensu, wyłom w robotniczym wizerunku miasta. I była to wielka wygrana Łodzi i jej mieszkańców.
Wystarczy przywołać tu wypowiedź profesora Ignacego Chrzanowskiego, krakowskiego historyka literatury, który na informację, że Łodzianie tak bardzo chcą powołania politechniki, że gotowi są wybudować uczelnię ze składek darczyńców, wyśmiał «złe miasto», mówiąc, że jeśli koniecznie chce wydawać pieniądze, to niech ufunduje akademiki dla Łodzian przy już istniejących uczelniach w Polsce
Dość powiedzieć, że w lutym 1946 Łódź była, jak piszesz, najludniejszym miastem Polski.
Jeszcze przed wojną była drugim co do wielkości miastem, za Warszawą. Zimą 1945 roku przez chwilę miasto było puste – Niemcy uciekli, ludność żydowska została wymordowana, Polacy wywiezieni na roboty jeszcze nie wrócili… Tymczasem stały puste domy, mieszkania gotowe przyjąć rozbitków wojennych, głównie ze zrujnowanej Warszawy. W niespełna rok od wyzwolenia przyjechało tu dwieście tysięcy ludzi.
Jest tu pewien paradoks. Przed wojną bliskość Warszawy wpływała na niedowartościowanie Łodzi. A po wojnie to właśnie stamtąd napłynęło do Łodzi mnóstwo osób, które uczestniczyły w powojennym łódzkim życiu.
To właśnie złożyło się na wybór Łodzi na tymczasową stolicę – i bliskość Warszawy, i centralne położenie na mapie Polski, i lewicowy charakter miasta.
Obserwuję napięcie Łodzian w stosunku do Warszawy, to powojenne i to dzisiejsze. Podczas łódzkiego spotkania autorskiego pytałam mieszkańców, czy bliskość stolicy działa na korzyść czy raczej na niekorzyść Łodzi. To wątek, który powraca w relacji między miastami.
O wyjazdach z Łodzi do Warszawy w zasadzie mówi się niezależnie od epoki – czy to końcówka lat czterdziestych, czy czas zapaści po transformacji. Czy to nie tak, że nie ma kultury bez infrastruktury? I czy to nie dla niej na początku mnóstwo osób ze świata sztuki przyjechało do powojennej Łodzi?
Dla osób, które przybyły do niej ze zrujnowanej Warszawy, czy z utraconych miast jak Wilno czy Lwów, Łódź była niesamowitym zaskoczeniem, bo stała, niemal niezniszczona przez okupanta. Owszem – miasto było powojennie wyludnione, ubogie, ale funkcjonowało. Jeśli chodzi o instytucje kultury, to Niemcy wywieźli część dzieł sztuki czy wyposażenia miejskiego teatru, ale Łodzianie szybko organizowali poszukiwania zagrabionego mienia i zaczynano organizować spektakle, koncerty, wydawać prasę codzienną; ruszyła rozgłośnia Polskiego Radia. Życie w Warszawie było o wiele trudniejsze, czy dla wielu wręcz niemożliwe, a Łódź oferowała mieszkania i przysłowiowy stół do pracy. Dla większości twórców była to propozycja nie do odrzucenia.
Kim byli „ludzie z Lublina”, którzy pojawili się w Łodzi w 1945 roku?
Byli wśród nich i oficerowie polityczni, menagerowie na odcinku kultury, zasłużeni twórcy, i młodzi początkujący aktorzy, pisarze, reżyserzy. To Lublin, przed Łodzią, przez 164 dni był stolicą nowej Polski. Państwowa kultura nie wybuchła spontanicznie, miała swoich organizatorów. Teatr Wojska Polskiego, który przyszedł razem z armią Berlinga, dawał przedstawienia, odbywały się poranki poetyckie i wieczory autorskie, koncerty, ruszyło Polskie Radio. No i Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, imperium książkowo-prasowe zorganizowane przez Jerzego Borejszę. Czesław Miłosz nazwał go najbardziej międzynarodowym z polskich komunistów. Był doskonałym strategiem, całkowicie oddanym nowej władzy. Potrafił przyciągnąć do Czytelnika ludzi o różnych poglądach politycznych i ich zagospodarować.
Dla miasta bez większych tradycji literackich czy edytorskich pojawienie się Jerzego Borejszy z zespołem redakcyjnym i technicznym oraz zainstalowanie się wydawnictwa w kamienicy Siemensa przy Piotrkowskiej 96 było wydarzeniem bez precedensu. Walka o czytelnictwo była imponująca. Czytelnik organizował ruchome biblioteki, towarzystwa odczytowe, konkursy itd
A co Czytelnik publikował w Łodzi?
Książki, podręczniki szkolne, prasę. Dla miasta bez większych tradycji literackich czy edytorskich pojawienie się Jerzego Borejszy z zespołem redakcyjnym i technicznym oraz zainstalowanie się wydawnictwa w kamienicy Siemensa przy Piotrkowskiej 96 było wydarzeniem bez precedensu. Walka o czytelnictwo była imponująca. Czytelnik organizował ruchome biblioteki, towarzystwa odczytowe, konkursy itd.
A co z osobami ze świata literatury, które publikowały jeszcze przed wojną, a w Łodzi przepracowywały pisaniem doświadczenia wojenne? „Dopiero teraz buduje się w świadomości złożona całość tych lat wojny. – pisała do Jerzego Zawieyskiego Zofia Nałkowska – Cóż za dziwność, jakaś rozkręcająca się obrotowa scena teatru!”.
Osoby ze świata literatury – ale też innych dziedzin sztuki – funkcjonowały w powojennej Łodzi zawodowo i towarzysko w środowiskowych bańkach. W wielu wspomnieniach, między innymi u Rudnickiego, Łódź nagle staje się czymś w rodzaju renesansowego miasta – gdzie się nie poszło, tam się widziało pisarza, aktora, reżysera. Ludzie ze świata sztuki ich widzieli, bo obracali się w swoim kręgu. Mieli stworzone warunki do takiego funkcjonowania. Dostawali dach nad głową i możliwość pracy. Weźmy kamienicę literatów przy ulicy Bandurskiego 8 (dzisiaj róg ulic Kościuszki i Mickiewicza). Powstała według modelu radzieckiego – takie domy dla twórców dawały władzy możliwość kontroli ludzi. Ale nie wszystko udało się przeszczepić z ZSRR, bo już tematyka robotnicza w pierwszych powojennych latach nie zagościła specjalnie w polskiej sztuce. Świeżo przybyli do Łodzi pisarze nie interesowali się specjalnie życiem robotników albo nie opisywali ciężkich warunków życia mieszkańców Bałut. Trzeba było dopiero wprowadzenia w życie doktryny realizmu socjalistycznego, żeby artyści zaczęli podejmować taką tematykę. Tuż po wyzwoleniu panuje jeszcze duża wolność.
Odnośnie wspomnianej bańki – jest w książce określenie „dziwna normalność”. Czym ona była?
Wszyscy obracali się we własnych środowiskach, dużo pracowali i dużo pili, żyli intensywnie, jakby chcieli nadrobić stracony, wojenny czas. To też sposób, by poradzić sobie z wojenną traumą i jednoczesną niepewnością jutra. Moment, który opisuję w książce to czas wielkiego entuzjazmu, możliwości tworzenia, którą artyści dostali zaraz po wyzwoleniu. Publiczność łaknęła z kolei nowych książek, spektakli teatralnych, koncertów, filmów. Piszę o entuzjazmie odradzającego się życia i dużo jest tu nadziei, zrywu twórczego, śmiechu, żartu i ironii, ale trzeba pamiętać, że niemal każdy wyszedł z wojny pokiereszowany, że wszyscy byli bardzo straumatyzowanymi ludźmi.
Świeżo przybyli do Łodzi pisarze nie interesowali się specjalnie życiem robotników albo nie opisywali ciężkich warunków życia mieszkańców Bałut. Trzeba było dopiero wprowadzenia w życie doktryny realizmu socjalistycznego, żeby artyści zaczęli podejmować taką tematykę. Tuż po wyzwoleniu panuje jeszcze duża wolność
Pragnącymi żyć mimo wszystko. I chyba nie zawsze pracować dla ustroju – ale dla państwa już tak.
Twórcy, o których wspominam w tej książce, często stoją w rozkroku. Są niepewni co do tego, czego się po tej nowej władzy spodziewać. Na pewno nie są to ludzie z klapkami na oczach – wystarczy przywołać zapiski z dzienników Nałkowskiej czy Dąbrowskiej, które zauważają, że celem oficerów politycznych na odcinku kultury jest po prostu rusyfikacja Polski. No i twórcy nie funkcjonują w próżni, a rzeczywistość wcale nie była różowa. Powrót do życia artystycznego zbiega się w czasie z wielkimi strajkami robotników, z grabieżami, pobiciami i gwałtami, których dopuszczają się żołnierze na ludności cywilnej, zaczynają się aresztowania, nagonka na AK itd. Entuzjazm wyzwolenia miesza się z niepewnością, nawet grozą. A ludzie kultury – po prostu robią kulturę. Ta potrzeba organizacji koncertów, spektakli, wydawania gazety, zakładania szkolnictwa była bardzo silna i odbywała się w imponującym tempie.
A w tle toczy się de facto wojna domowa. W lutym 1946 roku w Parku Poniatowskiego grupa partyzantów wysadza pomnik wdzięczności Armii Czerwonej. Na tę dychotomię i niepewność – mimo wszystko – artyści okazują się nieodporni. Z perspektywy twojej opowieści do głowy przychodzi mi przykład Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego – kosmopolitycznych, prospołecznych, słowem – rewolucjonistów. A tu ledwie po kilku latach od 1945 ich twórczość nakrywa, zmiata właściwie, doktryna socrealistyczna.
Kobro i Strzemiński wiedzieli czym grozi mieszanie sztuki z polityką. Studiowali w Moskwie w czasie rewolucji. Przeżyli wielki entuzjazm, a następnie rozczarowanie wypalenia aliansu władzy ze sztuką, sprzeciwiali się zamiany twórczości na wytwórczość. Po przyjeździe do Polski z całych sił walczyli o autonomię sztuki. Pracowali jako nauczyciele, razem ze Stefanem Wegnerem i innymi kolegami zabiegali o wyższą szkołę artystyczną. Po wojnie Wegner i Strzemiński znaleźli się w kadrze tej nowo-powstającej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi. Kobro, idealna kandydatka na kierowanie pracownią rzeźby, została pominięta. Prywatny konflikt między małżonkami przeważył, Strzemiński postarał się o to, żeby żona nie pracowała na uczelni. Po wojnie Katarzyna Kobro nie funkcjonowała w środowisku artystycznym i niemal nie tworzyła. Żeby się utrzymać pracowała w szkole, chałupniczo szyła zabawki.
Warszawiacy tworzyli w Łodzi odrębne miasteczko, jednocześnie trochę nią gardząc. Łódź traktowano po macoszemu, jako miasto nieco gorsze. Wydaje mi się to bardzo niesprawiedliwe, ale staram się to zrozumieć: żal za utraconym miastem był w Warszawiakach tak wielki, że po prostu nie byli w stanie zaakceptować do końca życia w Łodzi
W kontekście hermetyczności sztuki w powojennej Łodzi – miejscami wydawała się zarezerwowana i dla konkretnej klasy, i dla osób z konkretnego miejsca. W Teatrze Syrena w Łodzi płakała warszawska publiczność.
Warszawiacy tworzyli w Łodzi odrębne miasteczko, jednocześnie trochę nią gardząc. Łódź traktowano po macoszemu, jako miasto nieco gorsze. Wydaje mi się to bardzo niesprawiedliwe, ale staram się to zrozumieć: żal za utraconym miastem był w Warszawiakach tak wielki, że po prostu nie byli w stanie zaakceptować do końca życia w Łodzi. We wspomnieniach, listach, tekstach satyrycznych wciąż pojawiają się porównania, sarkastyczny ton. Łódź była i przystanią i wygnaniem.
Kiedy wyjechali w końcówce lat czterdziestych – łódzka kultura wyemancypowała się? Weźmy teatr – po wyjeździe Leona Schillera z miasta w 1949, który pojechał do Warszawy, żeby przewodzić Teatrem Polskim, Kazimierz Dejmek dał łódzkiemu teatrowi własny, odrębny język.
Upływ krwi był bardzo bolesny i wyjałowił łódzką scenę kulturalną. Ale zdecydowanie zaczęły pojawiać się nowe zjawiska, nowi ludzie, jak właśnie Kazimierz Dejmek.
Eksodus, który opisujesz, jest zatem niepełny. Po 1945 pojawia się baza, dzięki której Łódź zyskuje autonomię artystyczną. Weźmy „filmówkę” – nie wspomniany na początku naszej rozmowy Kraków, a Łódź.
Był pomysł, żeby w właśnie w Krakowie wytwórnię filmową. Ale przed wojną środowisko filmowe było skupione w Warszawie. Łatwiej było ściągnąć ludzi do Łodzi. I znowu przeważyła lokalizacja miasta, infrastruktura, mieszkania dla filmowców.
I to w niej – kilka lat po pierwszych powojennych absolwentach – zaistnieli Wajda, Polański czy Zanussi.
A i dziś, żeby uczyć się sztuki filmowej, trzeba jechać do Łodzi! Przemysł filmowy to była i jest wielka wygrana Łodzi. Pokłosie roli tymczasowej stolicy.
To co łączy ich, niepojawiających się w „Pisz do mnie na Łódź!” z tymi, którzy najpierw przybyli do Łodzi zaraz po wojennej zawierusze i wyjechali z miasta w końcówce lat czterdziestych, to młodość. Powołując się na słowa Wiktora Woroszylskiego, piszesz o Łodzi: „miasto młodości’.
W opowieściach tych, którzy przeżyli łódzki epizod – te kilka lat w mieście kominów, często pojawia się to wspomniane sarkanie na miasto i oczekiwanie na powrót do Warszawy, i pytanie : „kiedy nas wreszcie zabiorą z tego toru bocznego na główny?”. Tymczasem to właśnie Łódź była dla nich – przez te kilka pierwszych powojennych lat – głównym torem, miejsce powrotu do normalności, do życia, do twórczości.
_______________________
Małgorzata Czyńska – dziennikarka, pisarka, historyczka sztuki, krytyczka dizajnu i kuratorka wystaw, stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Autorka m.in. „Kobro. Skok w przestrzeń” (2016, wyróżniona Górnośląską Nagrodę Literacką „Juliusz”) i „Berezowska. Nagość dla wszystkich” (2018). W 2020 roku nakładem Wydawnictwa Marginesy ukazały się jej „Kobiety z obrazów, Kobiety z obrazów. Nowe historie” (2021), „Witkacy i kobiety” (2022), „Kobiety z obrazów. Polki” (2022), „Dwurnik - robotnik sztuki” (2023).
_______________________
Jacek Paśnik – pisarz, publicysta. Ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Publikował między innymi w „Popmodernie”, „Wizjach”, „Magazynie Pismo”. Od 2016 roku prowadzi facebookowy profil „Dzieci neo”. Autor powieści „Dzieci” i „Tak szybko się nie umiera", felietonista „Notatnika Literackiego”. Wraz z Olgą Drendą prowadzi audycję w Polskim Radiu Czwórka. Laureat Nagrody Literackiej Krakowa Miasta Literatury UNESCO 2026.
_______________________
_______________________