Nie zamierzam udawać bezstronności. Prowadziłam w Jaśliskach dwie rozmowy i nie był to mój pierwszy raz. Ta stronniczość nie przeszkadza jednak zobaczyć, że na schodach Baru Czeremcha wydarza się coś rzadkiego – festiwal literacki, który nie służy legitymizowaniu kulturalnego establishmentu, lecz na chwilę komplikuje jego hierarchie. Być może właśnie dlatego Czerwcówka jest dziś najfajniejszym festiwalem literackim w Polsce.

 

 

To nie będzie tekst silący się na obiektywność. Obiektywność w relacjach z życia literackiego jest zwykle zresztą najczęściej nazwą dla dobrze ukrytej przynależności środowiskowej. Powiem więc wprost i bez ogródek - Czerwcówka w Jasielówce jest najfajniejszym festiwalem literackim w Polsce. W poniższym tekście postaram się dowieść, dlaczego „najfajniejszy” może znaczyć więcej niż „największy”, „najważniejszy” czy „najbardziej opiniotwórczy”. Zwłaszcza że te ostatnie określenia służą zwykle do opisywania tych samych kilku imprez, scen i osób, przemieszczających się między festiwalami, hotelami i dworcami, by w kolejnych konfiguracjach dyskutować o konieczności poszerzania pola.

 

 

Sama przyjechałam do Jaślisk jako pełnoprawna reprezentantka wielkomiejskiego sektora kultury, wyposażona w kapitał symboliczny, wyrobione opinie i ubrania odpowiednie do zamanifestowania niewymuszonego stosunku do stroju. Różnica polega na czymś innym

 

 

Od razu jednak ważne zastrzeżenie. „Najfajniejszości” Czerwcówki nie należy mylić z fajnopolactwem, którym obrósł znaczny fragment liberalnego życia kulturalnego. Niedawno Internety obiegł wpis Magdaleny Środy o Górach Literatury jako „idealnej wersji społeczeństwa obywatelskiego”, przestrzeni ludzi czytających książki, słuchających debat, otwartych na świat, demokratycznych i uśmiechających się do siebie. Nie jest to wypowiedź szczególnie bulwersująca. Przeciwnie, stanowi niemal laboratoryjnie czysty przykład utożsamienia kompetencji kulturowej z cnotą obywatelską. Czytamy właściwe książki, uczestniczymy we właściwych festiwalach, rozpoznajemy właściwe kody, a zatem jesteśmy również właściwym społeczeństwem. Trudno nie wspomnieć w tym miejscu o „No society, czyli końcu zachodniej klasy średniej” Christophe’a Guilluya, książce, której polska premiera odbyła się podczas tegorocznej Czerwcówki. Francuski geograf wychodząc od słynnej formuły Margaret Thatcher, przesuwa jej sens: „społeczeństwa nie ma” nie dlatego, że istnieją wyłącznie jednostki i rodziny, lecz dlatego, że klasy dominujące dokonały secesji ze wspólnego świata. Metropolitalny „świat z góry” może nadal mówić językiem otwartości, demokracji i dobra wspólnego, choć coraz rzadziej dzieli instytucje, przestrzenie i materialne interesy z ludźmi, w których imieniu przemawia. Społeczeństwo obywatelskie staje się wówczas nie tyle społeczeństwem, ile środowiskowym autoportretem, widokiem klasy uprzywilejowanej, która spogląda na siebie i rozpoznaje ludzkość. Nie trzeba przyjmować całej diagnozy Guilluya, z jej republikańskimi nostalgiami i skłonnością do zbyt gładkiego przeciwstawiania metropolii „peryferyjnej większości”, żeby dostrzec celność tego rozpoznania.

 

publicznoć na spotkaniu literackim w knajpie w małym miasteczku, w środku para

 

Jasielówka 2026, fot. Błażej Hałat

 

 

Sama przyjechałam do Jaślisk jako pełnoprawna reprezentantka wielkomiejskiego sektora kultury, wyposażona w kapitał symboliczny, wyrobione opinie i ubrania odpowiednie do zamanifestowania niewymuszonego stosunku do stroju. Różnica polega na czymś innym. Czerwcówka nie próbuje sprzedać uczestnikom dobrego samopoczucia jako dowodu ich politycznej przyzwoitości. Nie zapewnia, że samo przebywanie wśród książek, zieleni i osób o podobnych poglądach czyni nas lepszymi od ludzi spędzających weekend w galerii handlowej. W liberalnym obiegu kultury „fajność” bywa miękką wersją prestiżu, sposobem, by zachować hierarchię, a zarazem uniknąć nieeleganckiego przyznania, że hierarchia istnieje. Czerwcówka jest fajna w sensie bardziej elementarnym. Nie dlatego, że uczestnictwo potwierdza właściwą tożsamość, ale dlatego, że książki, rozmowy, jedzenie, krajobraz i ludzie składają się na coś, czego nie udało się podporządkować funkcji legitymizowania kulturalnego establishmentu. 

Festiwal odbywa się w Jaśliskach, niewielkiej podkarpackiej gminie obejmującej sześć sołectw i liczącej nieco ponad dwa tysiące mieszkańców. Spotkania organizowane są na schodach położonego przy rynku Baru Czeremcha, skrzyżowania małomiasteczkowej knajpki z hipsterską klubokawiarnią, która bez większych trudności wpasowałaby się zarówno w Warszawę, jak i na rzymskie Zatybrze. Fajne są te momenty, kiedy podczas spotkań okoliczni mieszkańcy przyjeżdżają po wodę z pobliskiego hydrantu. Bezceremonialnie napełniają baniaki w chwili, gdy któraś z zaproszonych na festiwal osób wypowiada właśnie niepopularny pogląd na temat literatury, polityki, sztuki, kapitalizmu albo tak zwanej liberalnej demokracji. Ten ruch po wodę ma w sobie coś zdrowo deflacyjnego. Przypomina, że nawet najbardziej zaangażowana debata nie jest centrum świata, a osoba siedząca na festiwalowej scenie (tu: barowych schodach) nie otrzymuje na czas wystąpienia zwolnienia z rzeczywistości. Kontakt z publicznością, której nie przekazano wcześniej instrukcji właściwego zachwytu, bywa poznawczo bardziej produktywny niż kolejna rozmowa przeprowadzona w sali pełnej ludzi znających nie tylko książkę, ale również wszystkie pytania, które zostaną do niej zadane.

 

Kobieta w chuście na głowie z dużymi kolczykami na spotkaniu literckim

 

Jasielówka 2026, fot. Błażej Hałat

 

 

Nie chcę przedstawiać Jaślisk jako kulturowej białej plamy, na którą literatura przybywa z cywilizacyjną misją. Miejscowość od dawna funkcjonuje w polskim imaginarium. Pojawia się w „Opowieściach galicyjskich” Andrzeja Stasiuka, jej przestrzeń wykorzystywano w „Bożym Ciele” Jana Komasy, „Twarzy” Małgorzaty Szumowskiej czy „Winie truskawkowym” Dariusza Jabłońskiego. Jaśliska mają więc własną filmografię i bibliografię. Zostały już opisane, sfotografowane i przetworzone w kulturowy obraz pogranicza, trochę melancholijny, trochę surowy, dostatecznie oddalony od centrum, żeby można było umieścić w nim wszystko, co centrum utraciło albo wyobraża sobie, że utraciło - autentyczność, powolność, kontakt z naturą i ludzi, którzy podobno jeszcze ze sobą rozmawiają.

 

 

 

 

Tym razem jednak to nie mieszkańcy Jaślisk, Dukli, Jasła, Krosna czy Brzozowa muszą jechać do Krakowa, żeby uczestniczyć w premierze książki. Fragment literackiego obiegu przyjeżdża do nich. Niby niewiele, ale centralizacja polskiej kultury składa się właśnie z tysięcy sytuacji, w których ten ruch odbywa się wyłącznie w przeciwnym kierunku. Albo wcale

 

 

 

Czerwcówka interesuje mnie dlatego, że próbuje odwrócić ten kierunek przepływu. Nie zabiera Jaślisk do centralnego obiegu jako efektownego krajobrazu. Przywozi do nich książki oraz osoby piszące, tłumaczące, krytykujące i wydające. Miejscowość nie służy wyłącznie jako scenografia dla miejskiego marzenia o prostszym życiu. Staje się miejscem, w którym fragment pola literackiego rzeczywiście przez kilka dni funkcjonuje. Decentralizacja nie jest magicznym zaklęciem i literatura po przyjeździe na Podkarpacie nie zrzuca automatycznie wielkomiejskich przywilejów. Tym razem jednak to nie mieszkańcy Jaślisk, Dukli, Jasła, Krosna czy Brzozowa muszą jechać do Krakowa, żeby uczestniczyć w premierze książki. Fragment literackiego obiegu przyjeżdża do nich. Niby niewiele, ale centralizacja polskiej kultury składa się właśnie z tysięcy sytuacji, w których ten ruch odbywa się wyłącznie w przeciwnym kierunku. Albo wcale.

 

Trzech mężczyzn siedzi na schodach, na których stoi kilka książek, osoba w środku przemawia przez mikrofon

 

Jasielówka 2026, fot. Błażej Hałat

 

 

Czerwcówka organizowana jest regularnie od 2019 roku przez Fundację Ha!art i agroturystykę Jasielówka prowadzoną przez Sławomira Shutego. Osoby piszące przyjeżdżają tu dwa razy w roku: latem na rynek, zimą do Baru Czeremcha. Najważniejsza okazuje się więc nie spektakularność pojedynczej edycji, lecz powtarzalność. Przez lata pojawiali się tu między innymi Wojciech Kuczok, Ziemowit Szczerek, Olga Drenda, Dorota Kotas, Anna Cieplak, Adam Kaczanowski, Konrad Góra, Monika Sznajderman, Natalka Suszczyńska, Mateusz Górniak i Aleksandra Małecka. Osoby posiadające Nike, Paszporty „Polityki”, Nagrodę Literacką Gdynia, Silesiusa czy Nagrodę Conrada spotykały się z twórczyniami i twórcami debiutującymi, dopiero poszukującymi wydawnictwa, języka albo miejsca w obiegu. Nie znaczy to, że kapitał symboliczny rozpuszcza się w beskidzkim powietrzu. Kapitał ma tę irytującą właściwość, że podróżuje razem z właścicielem. Na kilka dni zmienia się jednak jego kurs wymiany.

 

 

 

Negatywny sąd wymaga dziś osobnego uzasadnienia, jakby afirmacja była pozycją neutralną, a brak zachwytu wykroczeniem wymagającym przedstawienia okoliczności łagodzących. Krytyczka musi najpierw dowieść, że nie jest hejterką, frustratką, osobą zazdrosną ani kimś, kto „buduje zasięgi na cudzej pracy

 

 

 

 

Najważniejszym wydarzeniem tegorocznej Czerwcówki była premiera 63. numeru półrocznika „Ha!art”, poświęconego krytyce negatywnej. Trudno o temat lepiej dopasowany do festiwalu, który wyrasta z określonego środowiska, ale nie chce sprowadzić środowiskowości do obowiązku wzajemnego poklepywania się po plecach. Redaktorzy numeru, Aleksandra Małecka i Piotr Marecki, zaznaczają, że nie interesuje ich prosty hejt, lecz „uważny, kompetentny spór”, krytyka wyposażona w argumenty, gotowa zaryzykować i zdolna wywołać rzeczywisty ruch w polu literackim. Samo to zastrzeżenie wiele mówi o stanie współczesnej krytyki. Negatywny sąd wymaga dziś osobnego uzasadnienia, jakby afirmacja była pozycją neutralną, a brak zachwytu wykroczeniem wymagającym przedstawienia okoliczności łagodzących. Krytyczka musi najpierw dowieść, że nie jest hejterką, frustratką, osobą zazdrosną ani kimś, kto „buduje zasięgi na cudzej pracy”. Dopiero potem może ostrożnie zasugerować, że książka nie jest jednak wybitna. Nie chodzi wyłącznie o troskę o samopoczucie i kondycję psychiczną osób autorskich. Problem ma materialną podstawę. Krytyka została włączona do łańcucha produkcji i promocji książki. Egzemplarz recenzencki trafia do redakcji, ponieważ wydawca potrzebuje widzialności. Tekst powinien ukazać się w czasie kampanii. Dobrze, żeby dało się z niego wyciąć pochlebne zdanie. Jeszcze lepiej, gdy osoba pisząca udostępni je we własnych mediach społecznościowych, oznaczy wydawnictwo i wykona za darmo dalszą część pracy promocyjnej. Recenzja ma być analizą, contentem i reklamą jednocześnie - najczęściej za wynagrodzenie, które nie odpowiada nawet jednej z tych funkcji. System nie musi więc cenzurować krytyki. Wystarczy, że zatrudni ją jako treść promocyjną. W takim układzie negatywna ocena zaczyna wyglądać jak zerwanie niepisanej umowy. W jednym z tekstów numeru Michał Koza odpowiada „Dziękuję, nie afirmuję”, w innym Mateusz Górniak i Filip Matwiejczuk po raz kolejny sprawdzają, czy krytyka przypadkiem się nie skończyła, Zuzanna Sala tworzy typologię osób piszących, a Łukasz Żurek występuje przeciwko określonemu wyobrażeniu o tym, co robi krytyk, gdy krytykuje. Numer dopełniają wypowiedzi osób autorskich, recenzja, teksty literackie i krzyżówka - bo skoro pole literackie ma bez końca analizować samo siebie, dobrze przynajmniej, by zachowało zdolność do autoironii (czekam na horoskop w kolejnym numerze!).

 

Zbliżenie na wytatułowane dłonie, ktoś zapisuje notatki, pierścienie na placach

 

Jasielówka 2026, fot. Błażej Hałat

 

 

Istotną częścią Czerwcówki są również premiery nowych książek. Nierzadko osoby prowadzące otrzymują od wydawcy wersje jeszcze nie w pełni przygotowane do druku. To interesująca próba dla czytelnika, a dla krytyczki w szczególności. Gérard Genette określał tytuły, okładki, przedmowy, noty wydawnicze i rekomendacje mianem paratekstów - progów, przez które wchodzimy do dzieła, zanim jeszcze zaczniemy je czytać. Współczesny przemysł książki rozbudował te progi w całe systemy zarządzania odbiorem. Książka trafia do czytelnika już opisana, sklasyfikowana i wstępnie oceniona. Wiadomo, że jest „ważna”, „potrzebna”, „bezkompromisowa”, „odważna” albo - kiedy kończą się bardziej precyzyjne określenia - „niezwykle aktualna”. W marksowskim sensie gotowa książka łatwo nabiera charakteru fetyszu - wygląda jak autonomiczny produkt talentu autora, ukrywając sieć pracy redakcyjnej, translatorskiej, korektorskiej, graficznej, promocyjnej i opiekuńczej, która umożliwiła jej powstanie. Premiera może ten fetyszyzm wzmacniać albo przeciwnie -na chwilę odsłonić relacje stojące za przedmiotem. Dla mnie szczególnie ważne jest to, że w Jaśliskach rozmowa nie powtarza formy zbiorowego potwierdzania wielkości książki. W standardowym obiegu promocyjnym pytanie o wartość zostaje rozstrzygnięte przed rozpoczęciem spotkania. Skoro wydawnictwo książkę wydało, festiwal zaprosił osobę autorską, patron medialny udzielił patronatu, a publiczność przyszła, pozostaje jedynie dobrać właściwy rodzaj entuzjazmu. Prowadzący może pytać o genezę, inspiracje i osobistą stawkę, ale nie powinien kwestionować podstawowej przesłanki wydarzenia - że oto obcuje z książką wartą celebrowania.

 

 

 

Każde z tych określeń wymaga jednak ostrożności, ponieważ sektor kultury zdołał zamienić je w zestaw poręcznych haseł grantowych

 

 

 

W tegorocznym programie Czerwcówki znalazły się między innymi „Antyhipokamp”, nowa powieść Adama Kaczanowskiego i „Play boy” francuskiej skandalistki Constance Debré, „Nietwórcze pisanie” Kennetha Goldsmitha, wspomniane już „No society” Christophe’a Guilluy’ego oraz młodzieńcze „Wino umarłych” Romaina Gary’ego czy ekstatyczny poemat Izabeli Tadry „Pierwszy dzień po wojnie”. Różne gatunki, języki i pozycje w obiegu łączył nie tyle wspólny temat, ile podejrzliwość wobec zastanego porządku. Sama prowadziłam rozmowy wokół książek Debré i Gary’ego, więc moja stronniczość ma także komponent osobisty. Nie zamierzam go ukrywać pod warstwą krytycznej powagi. Krytyka, która zataja własne uwikłanie, nie staje się przez to bardziej obiektywna. Staje się tylko mniej uczciwa.

 

Mężczyzna w czapce trzyma fioletową książkę na tel gór

 

Jasielówka 2026, fot. Błażej Hałat

 

 

Czerwcówka jest wydarzeniem oddolnym, środowiskowym i organicznym. Każde z tych określeń wymaga jednak ostrożności, ponieważ sektor kultury zdołał zamienić je w zestaw poręcznych haseł grantowych. „Oddolny” nie znaczy pozbawiony infrastruktury. „Środowiskowy” nie musi oznaczać zamkniętego układu wzajemnych przysług. „Organiczny” nie znaczy, że wydarzenie wyrasta samo, bez pieniędzy, organizacji i pracy. W gramsciańskim sensie organiczność nie jest synonimem naturalności, lecz zakorzenienia w konkretnych relacjach społecznych. Współpraca krakowskiego Ha!artu z prowadzoną przez Shutego Jasielówką działa właśnie dlatego, że nie daje się sprowadzić do prostego podziału na centrum i prowincję. Nie jest to całkowicie lokalna inicjatywa, ale też nie gotowy produkt przywieziony z Krakowa. Festiwal powstaje na styku wydawniczej infrastruktury, miejsca, osobistych relacji, pracy gospodarzy i szerszego obiegu literackiego. Nie należy tego modelu romantyzować. Mała skala sama w sobie nie jest cnotą, tak samo prowincja. Czerwcówka nie rozwiąże problemów polskiego pola literackiego. Nie poprawi dystrybucji książek, nie podniesie honorariów osobom tłumaczącym i piszącym o literaturze, nie przywróci etatów w redakcjach ani nie uratuje kameralnych księgarń. Nie sprawi również, że poezja czy proza eksperymentalna zacznie sprzedawać się równie dobrze jak literatura gatunkowa. Można ją jednak rozumieć jako praktykę prefiguratywną, czyli działanie, które nie tylko formułuje postulaty wobec przyszłego obiegu kultury, lecz próbuje w ograniczonej skali urządzić go inaczej już teraz.

Dlatego będę upierać się przy niepoważnej kategorii „najfajniejszego”. Czerwcówka nie jest najfajniejsza dlatego, że jest mała, prowincjonalna czy nieformalna. Jest taka, ponieważ nie wymaga, by środowiskowość oznaczała brak krytycyzmu; ponieważ traktuje decentralizację jako zmianę kierunku przepływu, a nie weekendową wycieczkę klasy kreatywnej; ponieważ pozwala spotkać książkę, zanim przemysł promocyjny poinformuje nas, co mamy o niej myśleć. Jak na festiwal odbywający się na rynku niewielkiej podkarpackiej miejscowości jest to całkiem ambitny program polityczny.

 

 

 

Artykuł opublikowano w ramach zadania "Miej Miejsce w kulturze 2026-2027" dofinansowanego z Programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma" oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach Programu „Łódź pełna kultury ".

 

 

__________________

 

 

Natalia Królikowska – łodzianka, dra nauk humanistycznych, producentka wydarzeń kulturalnych, aktywistka literacka, kierowniczka działu komunikacji w Muzeum Sztuki w Łodzi.

 

 

__________________

 

 

__________________

 

 

Zdjęcie główne: Jasielówka 2026, fot. Błażej Hałat