W książce „Droga przez łąkę” Zofia Król pisze o chodzeniu, patrzeniu i formach zbliżenia się do przestrzeni. Festiwal „Konteksty” w Sokołowsku sprawdza te intuicje w praktyce. To dobry punkt wyjścia do myślenia o tym, czym dziś może być doświadczenie krajobrazu, ale też o tym, kto może się włóczyć, komu przysługuje bezcelowość i czy chodzenie ma potencjał polityczny.
Podczas ubiegłorocznej edycji „Kontekstów” po kilku godzinach chodzenia między stawem, parkiem, Kinem Zdrowie i dawnym sanatorium, przestałam myśleć o Festiwalu Sztuki Efemerycznej jak o kolejnych punktach programu. Przemieszczanie się coraz mniej przypominało organizacyjną konieczność, a coraz bardziej immanentną część wydarzenia: okazję do zmiany tempa, zgubienia grupy, przegapienia czegoś i udziału w czymś zaupełnie innym.
Król interesuje chwila poprzedzająca ruch: pragnienie, żeby przekroczyć prostokąt szyby, wejść w obraz, znaleźć się po drugiej stronie przedstawienia
„Drogę przez łąkę” Zofii Król można czytać jak książkę o podobnym doświadczeniu. Jej właściwą bohaterką nie jest natura, krajobraz ani nawet samo chodzenie, lecz spotkanie człowieka z trójwymiarem - moment, w którym przestrzeń przestaje być widokiem umieszczonym przed nami. Król interesuje chwila poprzedzająca ruch: pragnienie, żeby przekroczyć prostokąt szyby, wejść w obraz, znaleźć się po drugiej stronie przedstawienia. Nie patrzeć już na łąkę, ale „wleźć” w nią, pobrudzić buty, sprawdzić opór gruntu.
Za Zygmuntem Hauptem Król nazywa to próbą pokonania „nieszczęsnego odosobnienia”: nieba od ziemi, horyzontu od oka, świata od człowieka. Aby je przezwyciężyć, „trzeba krajobraz w jego bliskości zobaczyć, wejść w przestrzeń i jej obecność odczuć na własnej skórze” (s. 21). Zdanie to można potraktować jako program całej książki, ale także jako opis tego, co dzieje się podczas „Kontekstów”.
Proste, ponieważ zna je każdy, kto wyglądał z jadącego pociągu i nagle chciał znaleźć się na jednej z mijanych dróg. Podejrzane, bo zakłada istnienie jakiegoś „tam”, do którego można dotrzeć, znosząc dystans między podmiotem a światem
To pragnienie bezpośredniości jest zarazem proste i podejrzane. Proste, ponieważ zna je każdy, kto wyglądał z jadącego pociągu i nagle chciał znaleźć się na jednej z mijanych dróg. Podejrzane, bo zakłada istnienie jakiegoś „tam”, do którego można dotrzeć, znosząc dystans między podmiotem a światem. Tymczasem cała książka Król dowodzi, że bezpośrednie wejście w przestrzeń jest niemożliwe. Pomiędzy człowiekiem i krajobrazem zawsze znajduje się jakieś narzędzie: droga, mapa, rama obrazu, perspektywa, język, pamięć albo urządzenie cyfrowe. Paradoksalnie więc książka o tęsknocie za niezapośredniczonym doświadczeniem staje się pochwałą zapośredniczeń.
Kompozycja „Drogi przez łąkę” przypomina instrukcję stopniowego zanurzania się w przestrzeni. Sześć części - „Droga”, „Kroki”, „Mapa”, „Perspektywa”, „Rozciągłość” i „Słowa” - prowadzi od wytyczonej w terenie linii, przez idące po niej ciało, ku sposobom odwzorowywania, widzenia i nazywania świata. Król nie tworzy systematycznej teorii przestrzeni, lecz kolekcję praktyk jej przybliżania: chodzenie miedzą, podnoszenie kamieni, śledzenie poziomic, porównywanie przedmiotów, oglądanie obrazów, wyglądanie przez okno.
Towarzyszą temu imponujące, choć chwilami ostentacyjnie eksponowane lektury. Są Wordsworthowie, Zygmunt Haupt, Miron Białoszewski, Krystyna Miłobędzka i Małgorzata Lebda; van Eyck, Cézanne i Hockney; Maurice Merleau-Ponty i Arnold Berleant. Jest też ktoś znacznie mniej kanoniczny (być może niesłusznie!), lecz dla konstrukcji książki równie ważny - pomarańczowa figurka z Google Street View. Król przenosi ją w miejsca związane z życiem i twórczością swoich bohaterek i bohaterów, sprawdzając za pomocą cyfrowego sobowtóra, co jeszcze można zobaczyć, a czego obraz platformy nie potrafi przekazać. Nie buduje przy tym łatwego przeciwstawienia dobrego, cielesnego chodzenia i złej, alienującej technologii. Figurka Google’a oraz palec przesuwany po papierowej mapie należą do tej samej rodziny gestów: ciało próbuje znaleźć dla siebie miejsce w przedstawieniu.
„Wyjście w przestrzeń” ma w sztuce współczesnej jeszcze jedno znaczenie. Oznacza wyjście z white cube’u: rezygnację z iluzji, że przestrzeń jest biernym tłem, a dzieło autonomicznym przedmiotem. Biały sześcian nie jest przecież jedynie typem architektury. To także reżim widzialności, który oddziela dzieło od świata, a publiczność od dzieła
„Wyjście w przestrzeń” ma w sztuce współczesnej jeszcze jedno znaczenie. Oznacza wyjście z white cube’u: rezygnację z iluzji, że przestrzeń jest biernym tłem, a dzieło autonomicznym przedmiotem. Biały sześcian nie jest przecież jedynie typem architektury. To także reżim widzialności, który oddziela dzieło od świata, a publiczność od dzieła. W tym sensie „Konteksty” realizują model nie tyle antyinstytucjonalny, ile odmienny od muzealno-galeryjnego. Festiwal nie odbywa się poza instytucją — stoi za nim wieloletnia praca Fundacji In Situ. Nieinstytucjonalność nie oznacza więc braku instytucji, lecz rozszczelnienie jej ramy. Instytucja nie przedstawia się jako neutralny pojemnik i nie podporządkowuje sobie miejsca; staje się jedną z wielu sił działających w przestrzeni. Wieloletnie zakorzenienie festiwalu sprawia, że Sokołowsko nie jest efektownym plenerem, lecz współautorem wydarzenia, miejscem narzucającym własną pamięć, rytm, materialność i ograniczenia. Przykładem niech będzie „Lament” – instalacja dźwiękowo-przestrzenna- Karoliny Freino z ubiegłorocznej edycji, której materiałem był głos szponiastonoga kameruńskiego — zagrożonego wyginięciem ptaka, występującego wyłącznie w rejonie góry Kamerun — przetworzony w pieśń żałobną, został przez artystkę odtworzony na granicy polsko-białoruskiej, a następnie przeniesiony do Sokołowska, do kolejnego odległego od naturalnego siedliska ptaka, miejsca. Tym samym dolnośląska łąka utraciła swoją pozorną niewinność, stając częścią większego układu: migracji gatunków, zanikania siedlisk, przemocy granic i kryzysu klimatycznego.
Nowomaterialistyczna intuicja jest tu czytelna: materia nie pozostaje niemym nośnikiem ludzkich znaczeń. Kamień, ścieżka, trawa, wilgoć, budynek, ciało i technologia współtworzą zdarzenie, zmieniają jego przebieg, stawiają opór zamiarom. Król pokazuje, że sam krajobraz nie czeka gotowy na obserwatora. Analizując dzienniki Dorothy Wordsworth, zwraca uwagę na regularnie powracającą informację: tego dnia chodzili albo nie chodzili. Pozornie banalna różnica zyskuje rangę podstawowego podziału świata. „Od tego, czy się wychodzi czy też nie wychodzi, zależy status, jaki zyskuje zewnętrzny, otaczający dom świat” — pisze Król. To decyzja o wyjściu uruchamia „kształtowanie krajobrazu”. Sam moment otwarcia pola widzenia szybko jednak przemija. Aby zachować świeżość spojrzenia, trzeba „stale przesuwać klatki kliszy”, a chodzenie staje się „praktyką ustanawiania krajobrazu”. Poziomka, żywopłot, ścieżka i mech układają się w świat dzięki przemieszczającemu się ciału.
Oczywiście nie sposób porównywać festiwalowego spaceru z doświadczeniem osób żyjących w warunkach działań zbrojnych. Wspólny trud trasy pozwalał jednak odczuć coś, co w opowieściach o katastrofie bywa pomijane: że przetrwanie nigdy nie jest wyłącznie indywidualną zdolnością
„Konteksty” poszerzają tę praktykę o wymiar wspólnotowy. W Sokołowsku krajobraz nie jest ustanawiany przez samotnego wędrowca, lecz przez grupę osób poruszających się razem. Trzeba dostosować krok, zaczekać, przepuścić kogoś, negocjować trasę. Chodzenie z innymi narusza suwerenność spojrzenia. Przestrzeń przestaje być prywatnym doświadczeniem estetycznym i staje się wspólnym użyciem miejsca. Ubiegłoroczny spacer Nikity Kadana nad stawem zapamiętałam przede wszystkim jako doświadczenie wspólnego wysiłku. Trasa prowadziła przez wąskie przejścia i prowizoryczne kładki, wymagała zwalniania, zatrzymywania się, podawania sobie rąk i pilnowania, czy osoba idąca z tyłu bezpiecznie przeszła dalej. Grupa musiała sama się organizować: robić miejsce, ustalać kolejność, dzielić ograniczoną przestrzeń i dostosowywać tempo do tych, którzy poruszali się wolniej. W ten sposób droga przestawała być jedynie odcinkiem między kolejnymi punktami opowieści. Stawała się praktycznym ćwiczeniem ze współzależności. Ten cielesny i społeczny wymiar spaceru mocno współbrzmiał z prezentowanymi przez Kadana pracami ukraińskich artystów, z których duża część walczyła, a niektórzy nawet zginęli na trwającej wojnie. Oczywiście nie sposób porównywać festiwalowego spaceru z doświadczeniem osób żyjących w warunkach działań zbrojnych. Wspólny trud trasy pozwalał jednak odczuć coś, co w opowieściach o katastrofie bywa pomijane: że przetrwanie nigdy nie jest wyłącznie indywidualną zdolnością. Zależy od tego, czy ktoś poda rękę, poczeka, ostrzeże, ustąpi miejsca albo weźmie odpowiedzialność za osobę idącą obok.
Materialność przestrzeni ma jednak także wymiar własnościowy, którego w „Drodze przez łąkę” niemal nie widać. Król bardzo uważnie opisuje sposoby przybliżania przestrzeni — chodzenie, patrzenie, dotykanie, nazywanie — znacznie mniej miejsca poświęca natomiast mechanizmom, które rozstrzygają, kto może daną przestrzenią dysponować. Krajobraz pojawia się u niej przede wszystkim jako pole percepcji i doświadczenia, rzadziej jako grunt: dobro prawne, przedmiot transakcji, zasób podlegający wycenie. Tymczasem wejście w łąkę nie zależy wyłącznie od gotowości ciała i świeżości spojrzenia. Zależy również od własności, planowania przestrzennego i kapitału.
W opublikowanym przed tegoroczną edycją wpisie grupa Oko na Soko alarmuje o sprzedaży 25 hektarów łąk położonych w sercu obszaru Natura 2000. Sama zmiana właściciela nie przesądza jeszcze o sposobie zagospodarowania terenu, ujawnia jednak kruchość krajobrazu, który z perspektywy uczestniczki festiwalu może wydawać się trwały i wspólny. Łąka jest jednocześnie siedliskiem, drogą, miejscem doświadczenia i nieruchomością: parcelą, którą można wycenić, podzielić i włączyć w obieg inwestycyjny. Tu ujawnia się ograniczenie fenomenologicznej perspektywy Król. Autorkę interesuje przede wszystkim, jak świat przybliża się do ciała i jak ciało ustanawia krajobraz. Rzadziej pyta, kto ustanawia ceny ziemi, granice działek i reguły dostępu. Kapitał pozostaje w tej książce raczej słabo widocznym warunkiem doświadczenia niż jego pełnoprawnym bohaterem. Nawet gdy pojawiają się grodzenie, kryzys klimatyczny czy zanikanie siedlisk, polityczna ekonomia przestrzeni pozostaje na drugim planie.
Właśnie dlatego przykład Sokołowska tak mocno dopowiada „Drogę przez łąkę”. Pokazuje, że przestrzeń nie tylko się przeżywa i doświadcza, ale również posiada, przekształca i sprzedaje. Gentryfikacja nie musi przy tym oznaczać łatwego zarzutu wobec „Kontekstów”. Festiwal nie kolonizuje miejscowości: jego organizatorki i organizatorzy są od lat związani z Sokołowskiem, odbudowują jego materialne dziedzictwo i występują w obronie krajobrazu. Nie da się jednak pominąć sprzeczności wpisanej w kulturowe dowartościowywanie miejsc położonych poza głównymi ośrodkami. To, co sztuka pomaga dostrzec i chronić, rynek może natychmiast zawłaszczyć i przetłumaczyć na atrakcyjność inwestycyjną.
Na tę zasadniczą ambiwalencję wskazywał już w 2021 roku w tekście dla magazynu „Szum” Marcin Polak, piszący o tym, że obecność osób dysponujących wysokim kapitałem społecznym i kulturowym może podnosić atrakcyjność miejscowości, ale z drugiej strony może również wzmacniać lokalną kontrolę nad władzą i gotowość do angażowania się w sprawy publiczne. Pomocna okazuje się tu idea „pleneru krytycznego”. W przywoływanym tekście Polaka o takim właśnie tytule sztuka nie występuje jako zewnętrzna ekspertka, która przyjeżdża, objaśnia miejscowym ich położenie i wyjeżdża z gotowym dziełem. Powinna funkcjonować wewnątrz istniejących form życia: jako współuczestniczka i współtwórczyni otwartego procesu, obejmującego zarówno fakty, jak i spór o możliwe przyszłości danego miejsca.
Nowy materializm bez polityki własności pozostaje bowiem niepełny: może przyznać sprawczość trawie, kamieniom i wodzie, nie odpowiadając na pytanie, kto ma prawo nimi dysponować. Podobnie fenomenologia przestrzeni bez analizy kapitału dobrze opisuje, jak wchodzimy na łąkę, lecz znacznie słabiej — kto może ją przed nami zamknąć. Najpełniej dostrzec to można na marginesach książki Król, w pewnych nie do końca wyartykułowanych dopowiedzeniach, kiedy autorka pisze o okolicznościach powstawania książki. „Wejście w widok” okazuje się bowiem nie tylko marzeniem nowoczesnego podmiotu, który utracił więź z naturą, ale też pragnieniem osoby unieruchomionej przez obowiązki, terminarze i cudze potrzeby. Wyglądanie przez okno czy podróżowanie „palcem po mapie lub ekranie” nie oznacza wtedy bierności. Staje się praktyką wyobraźni i techniką chwilowego wymykania się z miejsca, do którego jest się przypisaną. Swobodna wędrówka nigdy nie była możliwością rozdzielaną sprawiedliwie. Król jest świadoma, że klasyczny kanon literatury chodzenia jest silnie zmaskulinizowany. Zauważa, że do swojego „wagonu” rozważań o przestrzeni pozwoliła początkowo wsiadać przede wszystkim mężczyznom. Kobieca obecność w książce — Dorothy Wordsworth, Krystyny Miłobędzkiej czy Małgorzaty Lebdy — przepisuje jednak ten kanon od środka.
Chodzenie staje się wywrotowe dopiero wtedy, gdy narusza dominujący podział czasu i przestrzeni: pozwala istnieć bez produktywnego celu, odzyskuje miejsce spod wyłącznej logiki posiadania, tworzy relacje, których nie da się łatwo przeliczyć ani sprzedać
Na szczególną uwagę zasługuje przywołane przez autorkę działanie Honoraty Martin, która w 2013 roku wyszła z psem z gdańskiego mieszkania, nie wiedząc dokładnie, dokąd dotrze ani jak długo potrwa podróż. Początkowo artystka oczekiwała, że podczas wyprawy wydarzy się coś, co da początek nowemu projektowi. Ostatecznie w działanie artystyczne przekształciły się samo chodzenie, droga i spotykani ludzie. “Idzie pani z pielgrzymką? Nie. Idzie pani w czyjeś intencji? Nie. Zbiera pani na kogoś? Chore dzieci? Nie. A! Jakieś zawody? Więcej was idzie? Nie. To po co pani idzie? Nie wiem. Nie wiem bywa wstydliwe, obrazują to towarzyszące notatce szkice zafrasowanych oczu, jednocześnie to ‘nie wiem’, wyzwolenie się z przyczynowo-skutkowego biegu świata, staje się celem wędrówki”.
W „Drodze przez łąkę” pada zdanie Rogera Deakina, że „chodzenie, jazda na rowerze czy pływanie będą zawsze działalnością wywrotową”. Pozwalają odzyskać poczucie „tego, co stare i dzikie” (s. 51). Słowo „zawsze” budzi jednak podejrzliwość. Sam ruch nie jest jeszcze oporem. Chodzenie może podporządkować się logice pomiaru, samodoskonalenia i konsumpcji tak samo jak każda inna czynność. Chodzenie staje się wywrotowe dopiero wtedy, gdy narusza dominujący podział czasu i przestrzeni: pozwala istnieć bez produktywnego celu, odzyskuje miejsce spod wyłącznej logiki posiadania, tworzy relacje, których nie da się łatwo przeliczyć ani sprzedać. Prawo do łąki nie jest więc sentymentalnym postulatem powrotu do natury. Oznacza prawo do czasu wolnego, mobilności, przestrzeni wspólnej i niekomercyjnego przebywania z innymi.
Tegoroczna, dwunasta edycja „Kontekstów” odbędzie się w Sokołowsku od 16 do 19 lipca pod hasłem „Przewrót”. Marta Czyż i Dzekashu MacViban opisują punkty zwrotne jako momenty, w których biografie przecinają się z wojną, migracją, utratą pracy, chorobą, zmianą tożsamości, upadkiem instytucji czy walkami antykolonialnymi. Interesują ich jednak nie tylko gwałtowne katastrofy, lecz także „ciche zmiany rytmu” i subtelne przesunięcia perspektywy, ujawniające zależności, pracę emocjonalną i mechanizmy władzy, a zarazem możliwość troski i oporu. Przewrót nie oznacza tu po prostu zerwania ciągłości. Jest chwilą jej ujawnienia: momentem, w którym prywatny wstrząs odsłania systemowe warunki życia.
Tak pomyślany temat dobrze współbrzmi z książką Król. Jej przewrót także zaczyna się niepozornie: w chwili podniesienia wzroku, przekroczenia progu albo zmiany pozycji ciała. Przestrzeń przestaje być powierzchnią umieszczoną przed nami i ujawnia relacje, wewnątrz których już się znajdujemy. Tegoroczny program łączy przy tym różne języki i genealogie: klasyków polskiego performansu i sztuki mediów, Janusza Bałdygę i Józefa Robakowskiego, z praktykami Janka Simona, Maryny Tomaszewskiej, Horacego Muszyńskiego, Galerii Turnus, Grzegorza Hańderka, Ragnara Kjartanssona, Dragany Jurišić, Roxane Mbangi, Mili Panić, Mohsena Hazratiego, Ásty Fanney, Mariany Garcíi Mejíi, duetu Mukenge/Schellhammer i ukraińskiej Open Group. Dołączają do nich Jan Nicola Angermann, Gloria Aino Grzywatz i Błażej Malinowski.
„Konteksty” nie zamieniają Sokołowska w strefę wolną od ekonomii czy instytucjonalnych ograniczeń — nie miejmy złudzeń, takie miejsce nie istnieje. Mogą jednak na kilka dni inaczej urządzić wspólną przestrzeń: łąkę zamienić w miejsce słuchania, park w czytelnię, drogę w sytuację artystyczną, a przejście między budynkami w formę bycia razem
Wspólną płaszczyzną wymienionych osób i kolektywów zdaje się być zainteresowanie tym, co dzieje się z podmiotem, obrazem i pamięcią w chwili zachwiania dotychczasowego porządku. Obecność artystów związanych z performansem, wideo, praktykami kolektywnymi i eksperymentalnymi formami obiegu sztuki wzmacnia pytanie o wyjście z white cube’u. Józef Robakowski, inicjator Galerii Wymiany, przywołuje tradycję niezależnego obiegu, w którym zapis codzienności i praca z aparatem rozszczelniają oficjalny system sztuki. Kolektywy i duety przypominają z kolei, że przewrót może dotyczyć także autorstwa: odejścia od figury samotnego twórcy na rzecz praktyki negocjowanej między osobami, mediami i miejscami.
Nie wiadomo jeszcze, jaki kształt przyjmą spotkania tych praktyk z Sokołowskiem. I dobrze. Festiwal efemeryczny nie powinien być przewidywalnym rozwinięciem tekstu kuratorskiego. Jego sens powstaje dopiero w zetknięciu programu z miejscem, publicznością, materią i przypadkiem. „Konteksty” nie zamieniają Sokołowska w strefę wolną od ekonomii czy instytucjonalnych ograniczeń — nie miejmy złudzeń, takie miejsce nie istnieje. Mogą jednak na kilka dni inaczej urządzić wspólną przestrzeń: łąkę zamienić w miejsce słuchania, park w czytelnię, drogę w sytuację artystyczną, a przejście między budynkami w formę bycia razem.
Najlepsze fragmenty „Drogi przez łąkę” pozwalają zrozumieć, że droga nie musi prowadzić tam, gdzie zamierzałyśmy dotrzeć, mapa nie obejmuje całości terytorium (chociaż miło jest o tym poteoretyzować), a łąka nie czeka na nasze przybycie.
Być może właśnie to potrafią dobra książka (a być może również dobrze zaprojektowana aplikacja) i dobry festiwal sztuki efemerycznej: wyprowadzić nas z białego sześcianu, ale nie po to, by obiecać bardziej autentyczny widok. Raczej po to, by uświadomić, że nigdy nie staliśmy poza przestrzenią. Od początku byliśmy w środku — wśród ciał, rzeczy, własności, pracy, wspomnień i krzyżujących się ze sobą dróg. Wyjście w łąki staje się więc nie tylko ćwiczeniem percepcji, lecz także zobowiązaniem: skoro Sztuka i literatura uczą nas wejść w przestrzeń, powinny również nauczyć nas stanąć po jej stronie.
__________________
Natalia Królikowska – łodzianka, dra nauk humanistycznych, producentka wydarzeń kulturalnych, aktywistka literacka, kierowniczka działu komunikacji w Muzeum Sztuki w Łodzi.
__________________
__________________