Kultura to nie tylko wielkie sceny i głośne nazwiska, ale też codzienna praca ludzi, którzy stoją za kulisami wydarzeń. Animatorzy kultury nadają im kształt i tworzą przestrzeń do spotkań. Z Elizą Gaust – animatorką kultury, koordynatorką projektów międzykulturowych oraz trenerką antydyskryminacyjną – rozmawia Julia Radecka.
Julia Radecka: Przez dłuższy czas działałaś w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, byłaś też Pełnomocniczką Prezydenta Miasta Łodzi ds. Równego Traktowania, dziś udzielasz się m.in. w HaKoach oraz jako trenerka antydyskryminacyjna w obszarze DEI – Diversity, Equity & Inclusion (różnorodność, równe szanse i włączenie), a także kuratorka. Jak patrzysz na swoją drogę i co wyniosłaś z tych doświadczeń?
Eliza Gaust: Działam na styku różnych obszarów i różnych ról. Zawsze lubiłam się rozwijać i poznawać nowe rzeczy. Zaczynałam w Centrum Dialogu jako koordynatorka różnych projektów, a ponieważ skończyłam kulturoznawstwo, kultura zawsze była mi bliska – szczególnie sztuka współczesna, sztuka performance. Jednocześnie od początku byłam bardzo sfokusowana na prawach człowieka, kwestiach różnorodności i równości. Szukałam swojego miejsca i pomysłu, jak można łączyć te obszary. Od wielu lat poruszam się więc dwutorowo: z jednej strony działania kulturalne, praca kuratorska i koordynatorska, a z drugiej tematyka równości i różnorodności. To są obszary, które często się łączą i które nadają sens temu, co robię. Najbardziej interesuje mnie kultura, która mówi o prawach człowieka i daje głos grupom marginalizowanym.
Najbardziej interesuje mnie kultura, która mówi o prawach człowieka i daje głos grupom marginalizowanym
Bardzo ważnym doświadczeniem była dla mnie zeszłoroczna praca Krzysztofa Wodiczki „Emancypacje. Projekcja na pomnik Tadeusza Kościuszki na Placu Wolności”, gdzie pełniłam funkcję lokalnej konsultantki artysty. To było spełnienie kulturoznawczych marzeń. Po pierwsze możliwość współpracy z artystą, który od dawna mnie inspirował, a po drugie zobaczenie jak sztuka w przestrzeni publicznej może łączyć się z tematami różnorodności i włączania. Właśnie tego szukam w sztuce i w działaniach, które podejmuję. Dzięki tej „dwutorowości” zyskuję szerszy kontekst – kiedy kwestie społeczne splatają się z kulturalnymi, to wybrzmiewają mocniej.
Z perspektywy czasu uważam, że zarówno praca w Centrum Dialogu, w HaKoach, jak i pełnomocniczki w samorządzie pozwoliły mi spojrzeć na temat równości z różnych stron – od instytucji publicznych, przez NGO, po działania oddolne. Te doświadczenia dają mi bardzo szeroki obraz sytuacji.
Pracowałaś w instytucjach kultury, w organizacjach pozarządowych, w samorządzie, a teraz prowadzisz własną firmę. Jakie dostrzegasz największe różnice między tymi środowiskami?
To faktycznie bardzo różne doświadczenia. Ponad dziesięć lat spędzonych w Centrum Dialogu wspominam świetnie – to była przestrzeń, która dawała mi się rozwijać, pracowałam tam w bardzo zgranym zespole, w którym było miejsce na rozmowę i dialog o tym, co robimy. Moją dyrektorką przez wiele lat była Asia Podolska, która potrafiła świetnie budować zespół i dbać o ludzi. To były intensywne lata, bo wiadomo – w instytucji kultury pracuje się często po godzinach, praca jest bardzo angażująca. Ale jednocześnie to były dla mnie lata rozwoju, a Centrum pełni ważną rolę społeczną – stara się mówić o ważnych kwestiach i integrować lokalną społeczność.
Praca w urzędzie miasta była zupełnie inna. To wielka, hierarchiczna struktura, gdzie dla mnie trudna była właśnie wspomniana hierarchia i brak otwartej rozmowy o planach czy pomysłach. To był ciekawy czas, sporo się tam nauczyłam, ale też moment, w którym zobaczyłam, że w takich sztywnych ramach nie czuję się najlepiej. Lubię inicjować działania, mówić głośno o pomysłach – a w urzędzie nie zawsze była na to przestrzeń.
Z kolei w HaKoach, który współtworzę od kilku lat, to jeszcze inna specyfika. NGO daje ogromną satysfakcję, bo można coś stworzyć od podstaw – własną organizację, misję, wizję. Ale to też praca od projektu do projektu, brak stabilnego finansowania, ryzyko przeciążenia i wypalenia. Były lata, kiedy mieliśmy mnóstwo działań i projektów, i takie, kiedy wszystko robiliśmy wolontaryjnie, bez środków. To bywa trudne, ale też daje wolność i poczucie sprawczości.
Myślę, że każde z tych środowisk miało swoje plusy i minusy – instytucja dawała stabilność i rozwój, urząd nauczył mnie, jak wygląda wielka struktura, a NGO dał mi poczucie sprawczości, ale i pokazał ryzyko przeciążenia. Teraz, prowadząc własną firmę, mogę łączyć te doświadczenia.
Opowiedz więcej o swojej firmie i pracy jako trenerki antydyskryminacyjnej. Z kim współpracujesz i jakie tematy są najważniejsze?
Pomysł na firmę chodził mi po głowie już od dawna. Kiedy odeszłam z urzędu, postanowiłam spróbować. Sama wcześniej dużo się szkoliłam w obszarze DEI, czyli diversity, equity, inclusion – po polsku: różnorodność, równe szanse, włączenie. To podejście przyszło do nas ze świata biznesu, ale dla mnie było ważne, żeby współpracować nie tylko z biznesem, ale też z instytucjami kultury czy organizacjami pozarządowymi. Sama mam doświadczenie w różnych sektorach, więc zależało mi na pracy międzysektorowej.
Ruszyłam w kwietniu i od tego czasu naprawdę sporo się wydarzyło. Współpracuję z biznesem, instytucjami miejskimi, organizacjami społecznymi, instytucjami kultury np. z Miejską Galerią Sztuki, Centrum Dialogu i Teatrem Muzycznym. To daje mi dużą satysfakcję, bo mogę dostosowywać szkolenia do potrzeb: raz jest to komunikacja międzykulturowa, innym razem język inkluzywny, włączające przywództwo czy szeroko pojęta dostępność.
Po rozmowie opór mięknie, bo ludzie dostrzegają, że feminatywy nie są niczym nowym, że chodzi po prostu o język, w którym wszyscy czujemy się zauważeni
Najbardziej cieszy mnie to, że pracuję na własnych zasadach – wybieram tematy, które są dla mnie ważne, decyduję, z kim współpracuję. To wymaga ciągłej nauki i przygotowania, ale daje ogromną satysfakcję. Widzę też, że temat różnorodności i włączenia budzi dziś realne zainteresowanie – organizacje same się zgłaszają, bo chcą być bardziej otwarte, chcą tworzyć miejsca, w których ludzie czują się ze sobą dobrze. Jeszcze kilka lat temu trudno było sobie to wyobrazić.
Oczywiście czasem pojawia się opór, np. podczas szkoleń o języku inkluzywnym czy feminatywach. Starsze osoby reagują na początku niechęcią, ale kiedy rozmawiamy głębiej, okazuje się, że wiele zastrzeżeń wynika z nieporozumień. Po rozmowie opór mięknie, bo ludzie dostrzegają, że feminatywy nie są niczym nowym, że chodzi po prostu o język, w którym wszyscy czujemy się zauważeni. To dla mnie dowód, że rozmowa naprawdę działa.
Wiele lat organizowałaś Żywą Bibliotekę. Jak oceniasz, czy takie projekty faktycznie otwierają ludzi na różnorodność?
Żywa Biblioteka to był mój pierwszy duży projekt i bardzo ważne doświadczenie. Sama ogromnie się przy nim rozwinęłam, poznałam mnóstwo osób z różnych środowisk. Idea jest prosta – zamiast książek są ludzie, z którymi można porozmawiać pół godziny o ich doświadczeniu. To daje możliwość wyjścia ze swojej bańki i spotkania kogoś, kogo wcześniej nie mieliśmy okazji poznać – osoby romskiej, uchodźczej, w kryzysie bezdomności.
To naprawdę działa. Widziałam, jak te rozmowy zmieniają perspektywę uczestników. Ale oczywiście jest też wyzwanie – najczęściej przychodzą osoby już otwarte, które nie mają problemu z różnorodnością. Trudno ściągnąć tych, którzy mają uprzedzenia i mogliby najbardziej skorzystać. To zadanie wciąż stoi przed nami – jak dotrzeć do osób spoza „naszej bańki”.
To bardzo obciążające, bo jesteśmy lokalną organizacją, zajmujemy się polską kulturą żydowską, a mimo to spotykamy się z falą hejtu. Nie czujemy się ekspertami od polityki bliskowschodniej, ale staramy się organizować wydarzenia, które otwierają przestrzeń rozmowy. Nie chcemy umywać rąk, ale staramy się też działać odpowiedzialnie
Niedawno współkuratorowałaś wystawę „Wojna i pokój” w Ośrodku Propagandy Sztuki. Co było dla Ciebie w tej pracy najważniejsze?
Kuratorką jestem raczej okazjonalnie, częściej koordynuję i produkuję projekty, ale temat wystawy o wojnie chodził mi po głowie od dawna. Początkowo chcieliśmy to zrobić w HaKoach, ale brakowało środków. Ostatecznie udało się we współpracy z Arturem Chrzanowskim i Małgorzatą Dzięgielewską z Miejskiej Galerii Sztuki i była to bardzo dobra współpraca. Zależało nam, żeby połączyć zbiory Galerii z pracami współczesnych młodych artystów i artystek, często z krajów dotkniętych wojną. Chcieliśmy dać im głos i pozwolić opowiedzieć o indywidualnym doświadczeniu wojny. Wystawa nie była linearna, raczej tworzyła miszmasz, który każdy mógł odczytać po swojemu. Słyszałam opinie, że to bardzo poruszające doświadczenie – i faktycznie nie była to łatwa wystawa, ale uważam, że trzeba o tym głośno mówić. Ważne były też wydarzenia towarzyszące, które tworzyły przestrzeń rozmowy, a nie tylko prezentacji.
Działasz w HaKoach – organizacji o rodowodzie żydowskim. Jak w kontekście wojny w Gazie patrzysz na narastające nastroje antysemickie w Polsce i Europie?
To temat dla mnie bardzo trudny. To, co dzieje się w Gazie, uważam za kryzys humanitarny, za coś całkowicie niedopuszczalnego. Wiele osób nazywa to ludobójstwem i trudno się z tym określeniem nie zgodzić. Jednocześnie, działając w organizacji o żydowskich korzeniach, codziennie doświadczam, jak cienka jest granica między krytyką rządu Izraela a nienawiścią wobec społeczności żydowskiej.
Otrzymujemy wiadomości, w których oskarża się nas o współudział w ludobójstwie, czy zarzuca, że reagujemy za słabo. To bardzo obciążające, bo jesteśmy lokalną organizacją, zajmujemy się polską kulturą żydowską, a mimo to spotykamy się z falą hejtu. Nie czujemy się ekspertami od polityki bliskowschodniej, ale staramy się organizować wydarzenia, które otwierają przestrzeń rozmowy. Nie chcemy umywać rąk, ale staramy się też działać odpowiedzialnie.
Czy mogłabyś szerzej opowiedzieć o roli koordynatorki wydarzeń kulturalnych? To stanowisko często wydaje się niewidoczne dla publiczności.
Rola koordynatora jest niezwykle ważna, choć rzeczywiście często pozostaje w cieniu kuratorów czy dyrektorów festiwali. Tymczasem to właśnie koordynator przekłada pomysł na konkretne działania: planuje harmonogram, pilnuje budżetu, dba o współpracę z artystami i całym zespołem. To ogromna odpowiedzialność, wymagająca nie tylko dobrej organizacji, ale też umiejętności interpersonalnych i odporności na stres. Niestety, rzadko idzie za tym prestiż czy odpowiednie wynagrodzenie. Sama przez lata pełnię tę funkcję i wiem, jak duży jest to wysiłek i jak często pozostaje on niedoceniany.
Przede wszystkim: trzeba zacząć działać. Ja zaczynałam od wolontariatu przy festiwalach –od drobnych zadań po coraz większą odpowiedzialność. To świetny sposób, żeby poznać kulisy wydarzeń i sprawdzić czy to jest droga dla nas
Skąd czerpiesz motywację do działania? Nie czujesz zmęczenia?
Moja motywacja do pracy wynika w dużej mierze z wychowania. Rodzice nauczyli mnie otwartości i szacunku dla różnorodności, a szczególną inspiracją była postać mojego niewidomego wujka Tomka, artysty, żeglarza i poety, który mimo ograniczeń nie uznawał barier. Jego historia, choć poznałam ją tylko z opowieści, stała się dla mnie punktem odniesienia i źródłem przekonania, że trzeba stawać po stronie tych, którzy mają trudniej. To doświadczenie stało się dla mnie fundamentem działania – również dziś, gdy w Polsce wciąż wiele osób musi walczyć o elementarne prawa i akceptację.
Czy w tak intensywnej pracy pojawia się ryzyko wypalenia? Jak radzisz sobie ze zmęczeniem i hejtem, który towarzyszy publicznym działaniom?
Zdecydowanie, to jest realne zagrożenie. Zdarzają się momenty, w których trzeba się odciąć, by nie stracić sił. Hejt jest szczególnie obciążający – jako administratorzy stron musimy reagować, zgłaszać komentarze, blokować użytkowników. Nie wchodzę w dyskusje, ale i tak bywa to trudne. Dlatego tak ważne są chwile oddechu: rozmowa z bliskimi, spacer czy nawet krótki wyjazd pomagają nabrać dystansu. To mój sposób na zachowanie równowagi i energii do dalszej pracy.
Czy mimo trudności działanie daje Ci satysfakcję? Jak postrzegasz swoje dotychczasowe osiągnięcia?
Tak, zdecydowanie czuję ogromny komfort, że mogę robić coś, co ma sens i co spotyka się z realnym zainteresowaniem ludzi. Oczywiście czasem chciałabym dotrzeć szerzej, zrobić więcej, ale generalnie mam poczucie spełnienia. Marzę o powrocie do pisania: chciałabym stworzyć kolejną książkę, może też wrócić do doktoratu. Na razie jednak skupiam się na bieżących projektach i cieszę się, że mogę je realizować.
Jakie rady dałabyś młodym osobom, które myślą o pracy animatora kultury?
Przede wszystkim: trzeba zacząć działać. Ja zaczynałam od wolontariatu przy festiwalach –od drobnych zadań po coraz większą odpowiedzialność. To świetny sposób, żeby poznać kulisy wydarzeń i sprawdzić czy to jest droga dla nas. Dziś młodzi mają trudniej, bo często muszą łączyć studia z pracą, ale nawet niewielkie zaangażowanie daje doświadczenie. Warto też korzystać z dostępnych grantów czy stypendiów i nie zniechęcać się porażkami. Nic samo do nas nie przyjdzie – trzeba być aktywnym i konsekwentnie realizować swoje pomysły.
___________________
Eliza Gaust - kulturoznawczyni, trenerka w zakresie różnorodności, włączania i równych szans. Od wielu lat działa w obszarze równego traktowania i praw człowieka. Doświadczenie zdobywała w instytucjach publicznych, organizacjach pozarządowych, w samorządzie (jako Pełnomocniczka Prezydent Miasta Łodzi ds. Równego Traktowania), a także współpracując z sektorem biznesowym. Od kwietnia 2025 r. prowadzi firmę unbiased by Eliza Gaust. Przez wiele lat pracowała w Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, w którym była odpowiedzialna między innymi za projekty międzykulturowe i antydyskryminacyjne. Koordynatorka lokalna sieci Żywych Bibliotek oraz Zespołu Praw Osób Uchodźczych, Migranckich i Mniejszości przy inicjatywie "Nasz Rzecznik". Działa także w Stowarzyszeniu HaKoach. Współtwórczyni koalicji Łódź Różnorodności oraz inicjatorka #LodzDEInetwork. Absolwentka Latającego Uniwersytetu Praw Człowieka.
___________________
Julia Radecka - absolwentka twórczego pisania oraz studentka kultury i sztuki współczesnej na Uniwersytecie Łódzkim. W swoich poszukiwaniach badawczych skupia się na reprezentacji nienormatywności w sztuce oraz specyfice współczesnych praktyk queerowych. W czasie wolnym tworzy surrealną prozę poetycką i zszywa kolażowe zestawy onirycznej pościeli.
___________________
___________________
