Wystawa Tomasza Kowalskiego w Gdańskiej Galerii Miejskiej nie proponuje łatwego powrotu do przeszłości ani nostalgicznej retrospektywy. Zamiast tego otwiera przestrzeń pomiędzy czasami: moment tuż po debiucie artysty oglądany z perspektywy współczesnej widzki, świadomej zarówno zmiany języków sztuki, jak i własnych oczekiwań wobec malarstwa. To wystawa o obrazach, które nie tyle opowiadają historie, ile pozwalają na chwilowe zawieszenie rzeczywistości.
Wystawa Tomasza Kowalskiego w Gdańskiej Galerii Miejskiej, choć koncentruje się na latach 2010–2015 – a więc na okresie, który w świecie sztuk wizualnych wydaje się dziś odległy niemal o lata świetlne – nie jest klasyczną retrospektywą. Nie ma ambicji podsumowania zamkniętego etapu twórczości ani porządkowania biografii artystycznej według chronologii. Raczej przywołuje moment tuż po debiucie artysty. Jeśli wierzyć tekstowi Jakuba Banasiaka, Kowalski zadebiutował zaledwie trzy–cztery lata przed graniczną datą, której dotyczy wystawa. Urodzony w połowie lat osiemdziesiątych artysta był wówczas naprawdę młody – obecny już na scenie, ale wciąż na etapie intensywnego formowania języka. I nie chodzi o brak dojrzałości artystycznej, lecz o to, że tak wczesne spojrzenie wstecz nie bardzo przystaje do logiki jego praktyki. Wystawa w Gdańsku, kuratorowana przez Andrzeja Zagrobelnego, nosi po prostu tytuł „Tomasz Kowalski”. Nawet nie „bez tytułu” – tytułem staje się imię i nazwisko artysty. Ten gest można odczytać jako porządkujący i jednocześnie wyciszający narrację. Zamiast narzucać temat czy interpretacyjną ramę, ekspozycja odsyła widza bezpośrednio do praktyki twórczej Kowalskiego, pozostawiając mu przestrzeń na samodzielne wejście w jej język.
Gdy Banasiak pisał te słowa, ja przygotowywałam się do matury. Tym ciekawsze było dla mnie spotkanie z pracami Kowalskiego w GGM – już z wiedzą o kontekście, ale bez sentymentu
Malarstwo Tomasza Kowalskiego już w 2009 roku spotkało się z wyraźnym odzewem krytyki. Jakub Banasiak pisał na łamach „Obiegu”: „Jeśli może istnieć coś takiego jak zbyt dobre malarstwo, to w pewnym sensie jest nim malarstwo Kowalskiego. Od początku osobne. Wyraźne na tle pustki, jaką zostawili po sobie malarze z roczników ’70. To musiało zadźwięczeć. I zadźwięczało”. To mocne słowa, zwłaszcza wypowiedziane pod adresem młodego artysty i przez krytyka tej rangi. Uczciwie przyznaję, że posługuję się tu archiwami. Nie jestem w stanie odtworzyć atmosfery tamtych lat inaczej niż poprzez lekturę tekstów, przeglądanie dokumentacji i wiedzę zapośredniczoną, nabytą przez lata pracy krytycznej. Gdy Banasiak pisał te słowa, ja przygotowywałam się do matury. Tym ciekawsze było dla mnie spotkanie z pracami Kowalskiego w GGM – już z wiedzą o kontekście, ale bez sentymentu.
Wystawa w GGM obejmuje obrazy oraz kilka dokumentacji, między innymi z materiałów prasowych „Gazety Wyborczej”. Zestawienie tych dwóch porządków – malarstwa i wycinków z codziennego obiegu informacji – nie buduje linearnej narracji i nie próbuje rekonstruować lat 2010–2015 w sposób dokumentalny. Raczej dyskretnie przypomina o równoległym istnieniu obrazów i świata, w którym powstawały. Świata języka, nagłówków, medialnych afektów i wizualnego szumu. Te wycinki nie komentują obrazów wprost. Wprowadzają napięcie między autonomią malarstwa a jego nieustannym uwikłaniem w rzeczywistość, która zawsze pozostaje gdzieś w tle.
Obie realizacje pokazują, jak Kowalski gra porządkami – afektywnym i racjonalnym, cielesnym i towarowym – oraz jak z pozornie nieprzystających elementów buduje obrazy codzienności, które są jednocześnie znajome i niepokojąco obce
Kurator wystawy ma wyraźną szansę na grę z różnymi porządkami obecnymi w twórczości Kowalskiego. Ekspresyjne, a jednocześnie figuratywne malarstwo z okresu prezentowanego w Gdańsku wydaje się miejscami wyprzedzać współczesne trendy w sztuce. Pojawia się tu charakterystyczny zoom na detale – także anatomiczne – oraz wpisywanie fantazji w najbardziej praktyczne, przyziemne, a zarazem skrzętnie ukrywane przedstawienia, takie jak szczęka czy zęby. Dziś mają one również wyraźny wymiar klasowy. Towarzyszą im przydymione kolory i niezbyt wyraziste postaci, przez które widz musi się niejako przedzierać, by w końcu odkryć, że patrzy na coś bardzo dobrze znanego z codzienności – na obrazy wynikające z użytkowego funkcjonowania w świecie. Nic dziwnego, jego pierwsze prace, powstałe przed 2010 rokiem, były – jak pisał Bogusław Deptuła – „inspirowane sztuką dawną: Boschem, Brueghem, północnymi manierystami, malarstwem miniaturowym i wieloma innymi momentami w dziejach sztuki. Były dziwne, drobiazgowe, naćkane i dość drażniące. Miały w sobie coś ze sztuki i upodobań licealisty, który przestał mazać po stronach zeszytu do matematyki i postanowił przenieść bazgroły na płótna znacznych formatów. Można było tego nie lubić czy nie rozumieć, ale miało to jakiś sztubacki urok”. Można się dziś zastanawiać, czy po tych inspiracjach wymienionych przez Deptułę pozostał jakikolwiek ślad w pracach pokazywanych na wystawie w Gdańsku. Najbardziej ciekawi mnie jednak to, jak sam Kowalski patrzy dziś na swoje obrazy sprzed dekady. Skoro zdecydował się na tę wystawę, odpowiedź wydaje się raczej pozytywna.
Dla mnie selekcja prac zaprezentowanych w Gdańskiej Galerii Miejskiej stała się okazją do wędrówki po światach wykreowanych przez Kowalskiego i po ich pojedynczych elementach. Obraz „Łazienka”, jeden z niewielu nazwanych, utrzymany w przydymionej, niebieskiej kolorystyce, przedstawia niezidentyfikowaną postać, pozbawioną wyraźnych rysów, myjącą zęby w wannie. Praca ta koresponduje na ścianie z innym obrazem, na którym widzimy postać wychylającą się z ramy płótna, z opuszczoną głową, wpatrującą się w przestrzeń rozciągającą się przed nią. Postaci Kowalskiego, na wpół figuratywne, zdają się nie stawiać oporu wobec okoliczności, w jakich zostały umieszczone. Tkwią zawieszone, nie zawsze zdolne do ruchu, w ramach wyznaczonych im przez artystę. Szczególnie sugestywne są prace przedstawiające ząb wypełniony nie miazgą, lecz wytworem wyobraźni. Zamiast znanych z dziecięcych rysunków bakterii i ubytków pojawia się tam postać złożona w pozycji embrionalnej, z podciągniętymi kolanami, tkwiąca wewnątrz wyrastającego z zadbanego dziąsła kła. Ubrana jest w coś na kształt piżamy. Co symbolizuje? Nerw? Ból? Bezradność? Z otwartej szczęki, namalowanej na obrazie nieopodal, wyrasta natomiast pocztówka przedstawiająca niby-podwodne królestwo. Czy to fantazja o podróży, która mogłaby wydarzyć się wewnątrz ludzkiego ciała? Ta szczęka jest niemal idealna: równe zęby, krwistoczerwona jama ustna, bez widocznych ubytków i zakłóceń. Na tym tle szczególnie interesująco wypadają dwie prace oparte na zestawieniu rysunku i malarstwa na płótnie, które można czytać jako mikroskopijne studia napięć obecnych w całej wystawie. W jednej z nich delikatny, szkicowy zapis kilku postaci zostaje niemal wessany przez gęstą, przyciemnioną materię obrazu. Działa ona jak lepka substancja pamięci – jednocześnie konserwuje i zniekształca przedstawienie. Figury są ledwie uchwytne, zawieszone pomiędzy byciem a znikaniem, podobnie jak bohaterowie innych prac z tego okresu, niezdolni do wyjścia poza narzucone im ramy.
Inna praca, w której realistyczny wizerunek luksusowego zegarka brutalnie nakłada się na ekspresyjny, rysunkowy tłum, wprowadza wyraźny porządek użytkowy i klasowy. Czas, prestiż i przedmiot funkcjonują tu jako znaki władzy, skonfrontowane z anonimowością ciał i gestów. Obie realizacje pokazują, jak Kowalski gra porządkami – afektywnym i racjonalnym, cielesnym i towarowym – oraz jak z pozornie nieprzystających elementów buduje obrazy codzienności, które są jednocześnie znajome i niepokojąco obce. Zwłaszcza gdy przyjrzymy się twarzom postaci umieszczonym na rysunkach, jakby dodanym od niechcenia, niczym zakładki w obrazie.
Prace Tomasza Kowalskiego pozwalają dziś – po dziesięciu, a nawet piętnastu latach od momentu powstania – ustawić się w pozycji osoby oglądającej świat, którego, uczciwie, nie ma
Na innym płótnie fragmenty garderoby, poskładane i pokawałkowane, wyrastające z warstw nałożonych na siebie pastelowych kolorów, kontrastują z obrazem przedstawiającym ćmę (a może jednak nietoperza), który widzi się, gdy odwróci się wzrok w lewą stronę. Zwierzę namalowane jest nasyconą, ceglastą barwą na tle głębokiego granatu, który natychmiast przywodzi na myśl noc i odrealnia całe przedstawienie. Tego odrealnienia jest zresztą znacznie więcej. Kurator sięgnął także po trzy prace z cyklu szmaragdowych postaci – sennych, niemal marzycielskich figur, które wychylają się i zajmują większość płótna. Dominują nad drobnymi postaciami na dalszym planie, zajętymi swoimi sprawami i namalowanymi w intensywnych barwach, jakby zupełnie ignorującymi świat nadrealny. Nadrealny, bo właśnie w ten nurt Jakub Banasiak wpisał Kowalskiego w 2009 roku, w książce „Zmęczeni rzeczywistością”, tuż przed cezurą otwierającą wystawę. Szmaragdowa barwa obecna w tych sennych płótnach powraca także w najnowszych pracach artysty.
Prace Tomasza Kowalskiego pozwalają dziś – po dziesięciu, a nawet piętnastu latach od momentu powstania – ustawić się w pozycji osoby oglądającej świat, którego, uczciwie, nie ma. Brzmi to banalnie, ale wcale takie nie jest, zwłaszcza w czasie, gdy wielu artystów decyduje się na ścieżkę autonarracji. Nie wartościuję żadnej z tych strategii, jednak we mnie, oglądającej w styczniową niedzielę obrazy Kowalskiego, uruchamia się wyraźna tęsknota za fikcją – do czego często, być może egoistycznie, wracam w swoich tekstach. Przeczytałam w jednej z recenzji jego prac z tamtego okresu, że są one pozbawione centrum, dlatego tak wciągają. Być może. Może właśnie o ten brak wypośrodkowania chodzi: o nieskupianie myśli w jednym punkcie, o brak jednego, konkretnego przedmiotu identyfikacji. To malarstwo, które oddala, otwiera dostęp do wielu światów naraz i uruchamia te obszary wyobraźni, które odpowiadają za oderwanie się od rzeczywistości. Myślę zresztą, że właśnie taka funkcja malarstwa jest dziś szczególnie cenna społecznie. Lekki, uczciwy eskapizm, mieszczący się w bezpiecznych granicach. Ucieczka, która nie jest rezygnacją, lecz chwilowym wyciszeniem. Realizacja fantazji o istnieniu innych światów. To wystawa, podczas której niepokój widzki nieustannie negocjuje z ulgą. To bardzo ciekawe – i naprawdę cenne – doświadczenie.
Miejsce: Gdańska Galeria Miejska 2, ul. Powroźnicza 13/15
Czas trwania wystawy: 7 listopada — 25 stycznia
Kurator: Andrzej Zagrobelny
Współpraca: Eryk Romek
_____________________
Anna Pajęcka – ur. 1992, redaktorka działu teatr w „Dwutygodnik.com”. Studiowała w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Publikuje w „Szumie”, „Czasie Kultury”, „Tygodniku Powszechnym”.
_____________________
