Złote płatki, pradawne bóstwa, dewocjonalia i obrazy pełne groteskowych postaci. Wystawa „Orszak w szeregu” w Kamienicy Hilarego Majewskiego łączy różne epoki, techniki i wyobrażenia o sacrum, tworząc wielowątkową opowieść o duchowości i rytuale. Wojtek Grum przygląda się relacji między pracami a bogato zdobionym wnętrzem kamienicy, w którym samo oglądanie sztuki nabiera obrzędowego charakteru.

 

 

 

Nowa wystawa w Kamienicy Hilarego Majewskiego to konstelacja prac, która koresponduje z niełatwym do opanowania wnętrzem w zaskakujący i przekorny sposób. „Orszak w szeregu” prezentuje prace artystek i artysty, nazwanych przez kuratorski opis Magdy Milewskiej formacją w rodzaju rzemieślniczego orszaku, który „nie zważając na mody i obowiązujące tendencje sunie środkiem świata sztuki pod własnym, misternie wyhaftowanym sztandarem”. Wyraźnie podkreślona zostaje rola artystycznych technik, które reprezentowane są na ekspozycji. Istotniejsze jednak jest to, że wszystkie pokazywane prace dotykają tematu duchowości i rytualności. Węgiersko-polski wielogłos nadaje przestrzeni quasisakralny, obrzędowy nastrój, który sprawia, że raczej nie chciałbym tego zestawienia oglądać w innym, mniej hałaśliwym wizualnie miejscu. Ozdobny parkiet, stiukowe ornamenty i roślinne tapety są ośrodkiem, w którym dobrze niesie się myśl o tysiącleciach uduchowienia, obklejonego płatkami złota.

 

 

Węgiersko-polski wielogłos nadaje przestrzeni quasisakralny, obrzędowy nastrój, który sprawia, że raczej nie chciałbym tego zestawienia oglądać w innym, mniej hałaśliwym wizualnie miejscu

 

 

Na wystawie pojawiają się, nierozłączne z Kamienicą, toporne ścianki, jednak tym razem ich obecność nie jest już tak rażąca. Zdaje się, że to zasługa oświetlenia, które dzięki ograniczeniu stłumiło przestrzeń i nadało jej przyjemnej teatralności. Aranżacja współgra i z wnętrzem, i z pracami. Dodatkowo słychać rytualną, prostą melodię wygrywaną na strunowym instrumencie i grzechotkach, która w pewnym momencie przekształca się w ciężkie gitary, perkusję i grzmoty. Na początku źródło dźwięku jest nieznane, ale jego obecność pasuje do prezentowanej w pierwszej sali rzeźby „Bogowie” Katy Tranker.

Dwie małpio-ludzkie postacie leżą zwrócone plecami do siebie. Obok nich trzy mniejsze – ktoś wtapia się w ziemię, ktoś coś niesie do łódki. Hybrydy górują nad ludkami jak posągi pradawnych bóstw. Można też dostrzec tu jakieś dalekie echo nagrobnych renesansowych figur, leżących na marmurowych płytach z podpartymi głowami i ugiętymi kolanami. Faktura i stylizacja postaci odsyłają jednak dalej. Wszystko jest chropowate, jakby zasypane piachem i pyłem, a istoty są niczym ewolucyjni przodkowie homo sapiens albo egipscy bogowie. Pojawiają się rozmaite skojarzenia. W rotacji: wawelski Zygmunt I Stary, sfinks, leżący budda z Bangkoku i etruski sarkofag małżonków (do którego zresztą artystka już odwoływała się w swojej twórczości).

 

otwarcie wystawy, cień mężczyzny, na pierwszym planie duży obiekt


Wernisaż wystawy „Orszak w szeregu", fot. Agnieszka Cytacka 

 

 

W tym miejscu można zaobserwować to, co wydaje mi się jednym z najciekawszych wątków wystawy – spiętrzenie epok. Przewalają się przez siebie prehistoryczne rysunki i kamienne rzeźby, starożytne mitologie, średniowieczne kościoły ze swoimi witrażami i złotym tłem religijnych scen. Do tego jeszcze jakieś (proto)renesansowe obrazy, polska ludowość i dewocyjne, plastikowe figurki. Przelot od początków ludzkości do współczesności. Ale to zaraz.

Niedaleko „Bogów”, w wyciemnionym wykuszu pierwszej sali znajduje się „Samorodek” Moniki Gałaj – nieregularna rzeźba ze styroduru pokryta złotem. Powiększona grudka szlachetnego metalu kieruje uwagę na mechanizmy pożądania i kreowania mitycznej wartości kruszców, a także ich nierozerwalny związek z sakralnością. Co więcej, wskazuje na glebę – nośnik czasu, zapisanego w warstwach minerałów, które znów zwracają nas ku dalekiej przeszłości, w kierunku ewolucyjnego raczkowania gatunku. W towarzystwie tej pracy rzeźba Tranker wydaje się jeszcze uprzedzać „zalanie” złotem, być z czasów sprzed rozbijania samorodków na płatki.

 

Duża złota rzeźba zwisająca z sufitu, w tle witraż

 

Wernisaż wystawy „Orszak w szeregu", fot. Agnieszka Cytacka 

 

 

 

Ten gaistyczny i pradawny klimat zostaje nagle przerwany w drugim pomieszczeniu, gdy poznajemy źródło dźwięku – poklatkową animację Tomasza Kulki pt. „Czarnota”. Tytuł, zaczerpnięty ze staropolszczyzny, odnosi się do brudu. Kolorowy czort na filmie odprawia rytuał, połyka klucz, a tańczące przed nim białe, papierowe ludziki pokrywają się czernią, dotknięte przez wzburzoną chmurę kurzu. Po drugiej stronie pomieszczenia jest wytkana z pociętych fotografii maska Sabriny Komár pt. „Nie wyglądasz na chorą”. W tym kontekście przychodzi na myśl inne staropolskie znaczenie „czarnoty”, czyli ludzka wątłość.

 

 

Ich liczni i drobni bohaterowie walają się po jakichś nizinach, sikają na ognisko, defekują do dołu, uprawiają seks i grillują

 

 

Kolejna zmiana nadchodzi w trzeciej sali, gdzie zgromadzono najwięcej dzieł. Są tu płaskorzeźby, fotografie i obrazy. Prezentowane w pomieszczeniu prace Tomasza Kulki to niewielkie tonda, inspirowane niderlandzkim malarstwem, w szczególności Boschem i jego „Ogrodem Rozkoszy Ziemskich”. Ich liczni i drobni bohaterowie walają się po jakichś nizinach, sikają na ognisko, defekują do dołu, uprawiają seks i grillują. To wszystko faceci – znalazłem jedynie dwie kobiety, które zachowują się raczej normalnie. Za to obok nagiego mężczyzny na obrazie „Kochankowie” stoi postać nibykobieca. To międzygatunkowa mutantka, plująca żółtą cieczą z ptasiego dziobu, podczas gdy facet wkłada jej rękę w pochwę. Przejdźmy dalej.

 

Cześć obrazu, małe ludzki na łonie przyrody, różne czynności, złota okrągła rama

 

Wernisaż wystawy „Orszak w szeregu", fot. Agnieszka Cytacka 

 

 

Oprócz malowanych temperą jajową (sic!) na średniowieczno-wczesnorenesansową modłę obrazów Kulki są tu też płaskorzeźby Katy Tranker. Dwie niewielkie i chropowate szare tafle przedstawiają małpio-kształtną kobietę. Raz z papugą, raz z lwicą. Ich tytuł – „Wspomnienie z Cuixatán” – osadza postać w majańskim kontekście, cofając zegar o kilka tysięcy lat względem typków Kulki. Bohaterka jest spokojna, w bliskim kontakcie z naturą, w tle kilka drzewek lub palm. Nastrój zgoła inny niż u malarza – intymna powaga pramatki wypiera kolorowy cyrk.

 

otwarcie wystawy, mężczyzna fotografuje dwa obrazy, jeden różowy, drugi niebieskii

 

Wernisaż wystawy „Orszak w szeregu", fot. Agnieszka Cytacka 

 

 

W bliskim sąsiedztwie są płaskie prace Moniki Gałaj, wykonane techniką szlagmetalu na sklejce. Złote tafle odbijają światło i zachęcają do ruchu, aby z różnych kątów dostrzegać ich szczegóły. „Nieurodzaj” przedstawia boksera tak, jakbyśmy oglądali go spomiędzy głów na trybunach. W tle majaczy zarys Matki Boskiej jak z ikony – bezpośrednie nawiązanie do sakralnej tradycji pozłacania płaszczyzn obrazów.

Ciekawsze są dla mnie obrazy artystki znajdujące się naprzeciwko. „Tęsknica” i „Skała” to prostsze kompozycje. Pierwsza przedstawia geometryczny dom i łatwą do przeoczenia postać z (chyba) dwoma pieskami. Druga jest portretem, w którym główną rolę odgrywa trzymany w dłoni kamień. Powraca tu wątek ziemi, a ponadto przyjemnie popatrzeć na kreskę rysunku. Chociażby czarne maziaje i spękania w ścianach domu albo drapana faktura kamienia.

 

otwarcie wystawy, mężczyzna fotografuje złoty obraz

 

Wernisaż wystawy „Orszak w szeregu", fot. Agnieszka Cytacka 

 

 

Nieco za gęsta sala mieści jeszcze cztery fotografie Sabriny Komár pt. „Ciężar istnienia”. Obrazy powstały przez połączenie lumen printu, czyli odbitki tworzonej za pomocą naturalnego światła oraz chemiogramu, polegającego na malowaniu odczynnikami po papierze fotograficznym. Artystka stworzyła w ten sposób widmowe krucyfiksy z żółtymi wypaleniami na ciele Chrystusa. W rezultacie na wystawie pojawia się też współczesny wymiar dewocjonaliów – wszechobecnych „Jezusków”, które grawitacja ciągnie w dół.

Pomieszczenie jest przepełnione pracami, które dorzucają kolejne wątki do mieszanki, zmierzając ku wspomnianej wcześniej współczesności. W tym wszystkim wybija się drugi temat wystawy, ściśle powiązany z tym pierwszym – zmienny charakter kultu obrazów i zawarte w nich mity. Prace na wystawie to kakofonia ideologicznej funkcji sztuki, ściśle związanej z sakralnymi dziełami. Stąd np. wątki przestrogi, które stają się tak ważne dla Kulki.

 

Maska z kawałków papieru, obok cień człowieka na wystawie

Okrągły obraz w złotej =ramie. Na nim nagi mężczyzna  ze zwierzęco ludzką postacią

 

 

Zdjęcie górne: wernisaż wystawy „Orszak w szeregu", fot. Agnieszka Cytacka, dolne: Tomasz Kulka, „Kochankowie"

 

 

Ostatnia sala zaprasza do siebie rozświetlonym witrażem malarza, który przedstawia coś na kształt sądu ostatecznego. Tym razem gąszcz sylwetek wchodzi przez otwory do wielkiego, owłosionego ciała albo jest pożerany przez zębatą pochwę poniżej. „Communi Bibulas” przestrzega przed rządzą, a ta przecież często dotyczy obrazów. W końcu ich mitotwórcza funkcja idzie w parze z potrzebą manifestacji bogactwa, utożsamianego z sacrum, władzą i statusem. Nie inaczej jest z wnętrzem Kamienicy – bogate zdobienia to w końcu zwyczajne performowanie wyższości klasy Hilarego Majewskiego, tzw. „flex” i świadectwo dobrego gustu. To ostatnie jest szczególnie ważne, bo z obecnej perspektywy smak tego, kto w historyzującej konwencji tworzy wielostylowy gulasz, może być wątpliwy. Proszę popatrzeć chociażby na te narożne kolumny z koryncką, a jakże, głowicą, które złamane w pół nawet nie dźwigają belkowania!

 

 

 

W zlepku epok i mitów przenikają przez siebie różne wydania kiczu, sakralnej taniości i naśladownictwa stylów, któremu nie zawsze udaje się być czymś więcej niż trickiem

 

 

 

Poza tym, że ściany i sufit, urokiem emanują też niektóre prace – oklejone złotymi płatkami, oprawione w promieniste glorie czy witraż „wykonany w technice tradycyjnej, czyli tak, jak tworzyliby go średniowieczni rzemieślnicy”. Pomimo, że nie wszystkie obiekty mnie przekonują, a niektóre sprawiają wrażenie przesadnie efekciarskich, działa na mnie ich obecność w tym miejscu. W zlepku epok i mitów przenikają przez siebie różne wydania kiczu, sakralnej taniości i naśladownictwa stylów, któremu nie zawsze udaje się być czymś więcej niż trickiem. W rezultacie powstaje przypadkowy i chaotyczny dialog - guilty pleasure wystawy. Trochę tak, jakby toczył się tu nieuświadomiony, upiorny obrzęd słodkości.

Nic nie wskazuje jednak na to, że wystawa zdaje sobie sprawę z bycia zawiniętą w kolorowy, błyszczący papierek. Chyba wpadła w lśniącą pułapkę. W tym procesie na przód wydostają się rzeźby Tranker, zatrzymane w fazie głębokiego, prastarego kultu, jak „Niebiańska krowa” obok witrażu. Małe postacie w ciszy czczą wielką, dumną boginię Nut, niewzruszoną otaczającym ją wdziękiem. Tło ornamentalnych tapet tylko podkreśla jej surowość. Tę powierzchnię trudno byłoby okleić na gładko.

 

Instalacja artystyczna, duża krowa, pod nią małe ludzki, wszystko wykonane z piasku

 

Wernisaż wystawy „Orszak w szeregu", fot. Agnieszka Cytacka

 

 

„Orszak w szeregu” ma zatem największy potencjał tam, gdzie trzeba go sobie odnaleźć samemu. Nie jest to na szczęście trudne – prace wyraźnie wskazują wspólny mianownik, po części przykryty powierzchowną narracją o „gloryfikacji pracy rąk ludzkich”, która jest tu chyba najmniej interesująca. Na wystawie pracuje znacznie więcej bytów niż ludzie – m.in. bóstwa, bożki, mity i obrazy. To prawda, kipią z niej „historyczno-sztuczne” nawiązania, które sprawiają, że część odbiorców może cmokać nad artystyczną reinterpretacją akantu w witrażu i negocjować czy suchy, czy jednak mięsisty. Sam pokusiłem się o kilka referencji – sorry. Wydaje mi się jednak, że najważniejsza jest urocza ceremonia, dlatego zamiast budować orszak z rzemieślniczek, proponuję stworzyć orszak obrzędowy, bo rytuałem staje się tu wszystko – szukanie złota w ziemi, budowanie neorenesansowych kamienic, robienie wystaw, a przede wszystkim oglądanie sztuki.

 



„Orszak w szeregu”, 8.10– 13.12. 2026 r.,  Kamienica Hilarego Majewskiego, Łódź, osoby artystyczne: Monika Gałaj, Sabrina Komar, Tomasz Kulka, Kata Tranker, kuratora: Magda Milewska

 

 

Artykuł opublikowano w ramach zadania "Miej Miejsce w kulturze 2026-2027" dofinansowanego z Programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma" oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach Programu „Łódź pełna kultury ".

 

 

_________________

 

 

Wojtek Grum (2001) – absolwent łódzkiej Historii Sztuki oraz Fotografii i Multimediów. Obecnie student Kultury i Sztuki Współczesnej na UŁ. Zainteresowany sztuką współczesną w teorii i praktyce.

 

 

_________________

 

 

_________________

 

 

Zdjęcie główne: wernisaż wystawy „Orszak w szeregu", fot. Agnieszka Cytacka