Błotnista twarz. Szklane liście. Aria dronów i chór ślepowronów. Wystawa „Kukania” w Galeria Arsenał – elektrownia nie opowiada o wojnie wprost – prowadzi przez bagna, ogrody i sny, w których ucieczka splata się z pamięcią, a trauma osadza w pejzażu jak torf. Na tę podmokłą, wielowarstwową rzeczywistość patrzy się tylko kątem oka – i właśnie z tej perspektywy opisuje ją w swoim tekście Anka Wandzel.
Choć nie z własnej woli
Trafiłeś na to pole
Tu wszystko cieszy się na twój widok
Tu wita cię wschód
Księżyc się uśmiecha
Bo nie zna słowa
Sprawiedliwość
Dana Kavelina, Taki pejzaż, 2024, wideo, 12′01″
praca z wystawy „Kukania”
Błotnista twarz. Druciane kłącza. Szklane liście. Pomarszczona skóra. Ćma, która przysiadła na czyimś uchu. Aria dronów. Chór ślepowronów. Ciała gnijące pośród babcinych jeżyn. Zielony pęd. Stukot czyichś kopyt. Chlupot, chlust i skowyt. Płaczące wierzby, tonący ludzie. Okrągły księżyc. Podmokły namiot. Pognieciony rysunek. Dziecięce obrazki wojenki. Rzeźby z pieluszek, betonu i żywicy. Bukiet bagna. Czarna, lśniąca maź.
Trudno powiedzieć, na co właściwie patrzysz: na wspomnienia? Traumy? Baśnie? Czyjąś codzienność? Kolejne stopnie rytuału dziadów?
Mrugnij, a znikną. Jak nieprzyjemne koszmary albo jesienne duchy. Jak spowszedniałe już sceny cierpienia z Usnarza, Rafah, Chartumu i Buczy. Ile można patrzeć na ludobójstwa, tortury i śmierć, zanim wywołają w nas reakcję obronną: zobojętnienie, wyparcie, podział na nas (bezpiecznych) i ich (straconych).
Dlatego „Kukania” nie opowiada wprost o wojnie. Tylko o bagnach, ucieczkach, ogrodach, lasach i snach, które trauma wiąże z rzeczywistością niczym węgiel z torfowiskiem, rozkładając pojedyncze prace na wystawach, aż te zleją się razem w płodną, żyzną pamięć.
*
Nagle ktoś krzyknął, że ciało. Podeszliśmy tam. To były szczątki, odsłonięta miednica, kości nóg. Pamiętam, że jedna noga była dziwnie podwinięta. Leżał w wykrocie, widocznie chciał się zasłonić przed wiatrem. Głowę miał obróconą na południe, tak jakby łapał ostatnie promienie słońca. Na tej głowie były resztki skóry. Obok leżały rozwleczone rzeczy, co wskazywało, że jadły go zwierzęta. Koło ciała znaleźliśmy futerał od telefonu i rozrzucone zdjęcia. Po nich Abdi został wstępnie zidentyfikowany. (…) Posiedziałam sobie trochę z tymi szczątkami. Czułam, że trzeba tego człowieka jakoś odprowadzić. Zrobiłam mu takie czuwanie. (…) Czułam to przerażające zimno w kościach. Wyobrażałam sobie, jak czołga się do tego wykrotu, jak szuka schronienia. A potem umiera z wychłodzenia.
Bartek Sabela, Kraina obiecana, „Pismo”, 7.08.2024, https://magazynpismo.pl/soczewka/kraina-obiecana/
*
Dawno, dawno temu, tu i teraz, ciągle, nadal, zaledwie 55 kilometrów od siedziby Galerii Arsenał, prawdziwi, żywi ludzie – młodzi, starzy, chorzy i zmęczeni – uciekają na bagna, aby przetrwa
Gdyby „Kukania” była baśnią, a nie wystawą, mogłaby zaczynać się tak:
Dawno, dawno temu, tu i teraz, ciągle, nadal, zaledwie 55 kilometrów od siedziby Galerii Arsenał, prawdziwi, żywi ludzie – młodzi, starzy, chorzy i zmęczeni – uciekają na bagna, aby przetrwać. Przeżyć. Jak przed nimi inni.
Romowie w XVII wieku, Żydzi podczas Zagłady, zwerbowani rok temu ukraińscy żołnierze i nastoletnie Irakijki błądzące z rodzeństwem wzdłuż polsko-białoruskiej granicy – wszyscy tłoczą się w przestrzeni „Kukanii”, połączeni doświadczeniem ucieczki w dzicz przed człowiekiem.
Jedno z bagien było szczególnie duże i bardzo trudno było przez nie przejść. Moje stopy ciągle grzęzły w błocie, ale w lesie czułam się bezpieczna – opowiada na wystawie nastoletnia Noor Hasan, która w 2021 roku przeżyła wraz z rodziną drogę przez polsko-białoruską granicę. Wiedziałam, że jest tam po to, abym mogła się ukryć, i że stara się pomóc mi jak tylko może. Uciekałam z Iraku, gdzie groziło mi niebezpieczeństwo, do lepszego, bezpieczniejszego miejsca.
Drzewa były naszymi zbawcami – opowiadają w artykule Tima Cole’a Ocaleni, którzy przeżyli Zagładę, kryjąc się po polskich i ukraińskich lasach. Zawdzięczamy życie (…) tym mokradłom, bagnom i lasom.
Pejzaż we mnie i ja w pejzażu. Jestem w kamuflażu – śpiewa na wystawie ukraiński żołnierz, bohater animowanego filmu Dany Kaveliny. Step, nasadzenia, pas lasu. Ukryj mnie. Uczyń niewidzialnym dla wroga. Sprowadź mnie do domu.
Historia lubi się powtarzać. Szczególnie ta wyparta, niezapisana, podmokła, nieludzka. Zaklęta w obrazach i krajobrazach. Wyrosła ze wspomnień babcinego ogrodu, który – jak resztę Ługańska – Rosjanie dawno zrównali z ziemią.
Chłopcy, jak Łukasz Radziszewski w dzieciństwie, dalej rysują więc w zeszytach wojenkę. A potem dziewczyny, już dorosłe, jak Kateryna Aliinyk od 2022 roku, malują przydomowe rabatki pokryte mięsem armatnim.
*
Fakty są takie:
Od 24 lutego 2022 do połowy września 2025 roku, w okresie pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, wysoki komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw praw człowieka odnotował wśród ukraińskich cywili ponad 14 tys. ofiar śmiertelnych, w tym 733 dzieci, i 36,5 tys. rannych – w tym niemal 2,5 tys. dzieci. Rosjanie wysadzają też przedszkola, szkoły i tamy, palą lasy i pola, bombardują spichlerze i niszczą banki nasion. Wśród ich licznych zbrodni wojennych coraz częściej wymienia się także ekocyd – zagładę lokalnego środowiska. By nie było z czego żyć ani dokąd uciekać.
Dlatego Różniak-Szabelska woli opowiedzieć nam bajkę. Zanucić kołysankę. Skusić światłem ognika, który zwiedzie nas na manowce. Dopiero brodząc po pas w błocie, pośrodku trzęsawiska, zorientujemy się, co się właśnie stało. A wtedy będzie już za późno
Z kolei według międzynarodowego konsorcjum aktywistycznego We Are Monitoring od sierpnia 2021 roku do połowy października 2025 na polsko-białoruskiej granicy zmarły przynajmniej 102 osoby. Stowarzyszenie odnotowało także ponad 26 tys. wniosków o pomoc skierowanych do organizacji humanitarnych oraz prawie 13 tys. nielegalnych pushbacków – siłowego przerzucania osób w drodze przez pograniczników na stronę białoruską. W międzyczasie polski sejm przyjął ustawę o zawieszeniu prawa do ubiegania się o azyl, która podważa podstawy międzynarodowego prawa humanitarnego. Jednocześnie wzdłuż granicy, na chronionym terenie Puszczy Białowieskiej, trwa budowa wielokilometrowego muru żyletkowego, naszpikowanego elektroniką i przetkanego wieżami obserwacyjnymi, który zamiast zatrzymać zdesperowanych ludzi w drodze, niszczy torfowiska i szlaki migracyjne zwierząt.
Zagładę, według danych Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, przeżyło nie więcej niż 425 tys. polskich Żydów, więc niecałe 13 proc. tutejszej przedwojennej, liczącej niegdyś 3,35 mln osób społeczności.
A europejska arystokracja – o czym opowiadają na wystawie Strachy wierne jak psy Krzysztofa Gila – rzeczywiście polowała w lasach na Romów jak na dzikie zwierzęta.
„Kukania” roi się od takich duchów wielkiej historii. Ale kuratorka Katarzyna Różniak-Szabelska pozwala nam przyglądać im się tylko kątem oka, spod przymrużonych powiek. Wie, że inaczej zwiedzające znów uciekłyby od nieswojego cierpienia wzrokiem. Dlatego Różniak-Szabelska woli opowiedzieć nam bajkę. Zanucić kołysankę. Skusić światłem ognika, który zwiedzie nas na manowce. Dopiero brodząc po pas w błocie, pośrodku trzęsawiska, zorientujemy się, co się właśnie stało. A wtedy będzie już za późno.
I dobrze.
Czasem wystawa, zamiast uczyć, powinna człowieka opętać.
*
Pamiętam taki moment w olsach, który później wiele razy do mnie wracał. Była zima. Styczeń.
Woda w bagnach skuta lodem, ale tylko na powierzchni, tylko z pozoru. No i pośrodku tego wszystkiego, na takiej wysepce, oni. Trzech chłopaków. Ledwo żywych. Idziemy więc do nich. Boimy się, że sami nie damy rady, ale przekonanie strażaków, żeby weszli na skute lodem bagna i pomogli umierającym, graniczy z cudem. Zapadamy się w lodowatej wodzie po pas. Jest środek nocy. Ale ci trzej dziś nigdzie już nie pójdą. Z dwójką nie ma kontaktu, są nieprzytomni. Trzeci jest w stanie kompletnej psychozy. Niesiemy ich przez wodę, do której ciągle wpadają. Wyławiamy ich. Ślizgamy się. Musimy przejść przez piekło lodu i skłębionych pod wodą korzeni. Żeby pokonać metr, potrzebujemy mnóstwa czasu. Ale w końcu zaczyna świtać nadzieja, że ich wyniesiemy, że wyjdziemy. I wtedy odwracam się i widzę, że na tej wysepce w olsie została nasza włączona czołówka. Jasna i czerwona jak oczy upiora z najgorszego horroru. Ten obraz wraca do mnie wielokrotnie w snach. Było w nim coś z opętania.
Monia Matus, aktywistka działająca na granicy polsko-białoruskiej, w wywiadzie z Anką Wandzel do książki Sztuka przetrwania
*
Bagna w przeciwieństwie do nas dobrze tę koszmarną historię polowań ludzi na ludzi pamiętają. Bo zapisały je w ciele. W kolejnych wilgotnych warstwach żywego, żyznego torfu. Złożony z resztek obumarłych roślin torf zapisuje historię ludzkiej relacji z przyrodą za pomocą pyłków i węgla. Ich kompozycja w kolejnych partiach mokradła pozwala ustalić, co i kiedy działo się na jego powierzchni. Badając strukturę bagna, można więc ustalić, kiedy na danym terenie zaczęto wypasać krowy, kiedy wypalano tam trawy, kiedy wycinano drzewa, a kiedy polowano. Także na ludzi. Jak dziś.
Choć akurat pewnie historii dzisiejszej nagonki na osoby w drodze torf w Puszczy Białowieskiej nie zdoła przechować. Bo zmęczony wywołaną przez człowieka suszą zmurszeje i zniknie. Albo zniszczą go koła samochodów wojskowych. Rozjadą i zniwelują koparki Budimexu. Kapsuła czasu, w której natura przechowuje całą wiedzę o tym, co działo się z puszczą aż po pierwszych w niej ludzi i dalej w przeszłość, do samych jej narodzin – pisze w Szkodnikach Dorota Borodaj – może nie przetrwać epoki człowieka.
A wraz z tą wieloepokową, międzygatunkową pamięcią ulotni się z torfu także cały składowany w nim od wieków dwutlenek węgla – miliony, miliardy ton.
I wtedy dopiero zrobi się bagno.
Albo inaczej: wtedy i my w końcu w tym bagnie zatoniemy.
*
W książkach Jewhenii Kuzniecowej, podobnie jak w przestrzeni „Kukanii”, świat nie kończy się z hukiem. Raczej z brzękiem. Bulgotem. Chrobotem. Cichym śmiechem – nie zawsze przez łzy. Wojny – jak tłumaczy jeden z bohaterów powieści Wróżby to rzecz zimowa – niemal tam nie słychać. Niemal – a może po prostu człowiek się przyzwyczaja?
Za oknem nie było już widać nic – ani światełka, ani gwiazdy, ani najmniejszego blasku. Po prostu czarna, zimowa noc.
— No i właśnie — odezwała się Luba. — Mówią, że teraz będą włączać światło rano na trzy godziny. Trzeba iść kupić mak na kutię.
— Przecież już kupiłem — przypomniał Maksym.
— Synku, ja już tym makiem obsypałam kąty przy domu. Nie chcę o tym mówić na noc, ale z okna gabinetu Juchymowycza różne strachy mi się jawią, jak nocą tamtędy przechodzę. A to jakby kobieta stała pod wiśnią. To znowu przebiegło coś jak biały łoś. Może i nie trzeba, jak po dobremu przyszło, to mak nie zaszkodzi. A złego nie wpuści…
— Też racja — powiedział Maksym spokojnie.
(…) Wieczory długie, prądu nie ma, internetu też, są świece. Można wróżyć do woli.
Chodząc po „Kukanii”, zastanawiam się, jaką przyszłość nam wywróży?
Jaką przyszłość wymodlimy sobie z niej same?
___________________
5.09 – 9.11.2025 r.
Galeria Arsenał elektrownia
Koordynacja: Urszula Dąbrowska
___________________
Anka Wandzel - pisarka, eseistka, antropolożka, matka. Autorka zbioru esejów "Sztuka przetrwania" wydanego w 2025 nakładem Karakteru. Współpracowniczka „Dwutygodnika”, „Miesięcznika Znak”, „OKO.press”, „Przekroju” i "Zwykłego życia". Pisze o zmianach klimatu, kulisach polskiej kultury, niewidzialnej pracy opiekuńczej oraz o miejskich chaszczach, chwastach i roślinach ruderalnych. Od 2022 roku należy do Spółdzielczej Farmy Miejskiej MOST na Siekierkach, gdzie razem z innymi próbuje uprawiać przyszłość u gruntu. W 2026 roku weszła w skład rady programowej Art Inkubatora Goyki3 w Sopocie.
___________________
