„Paradoks polega na tym, że za mój ekstremizm uznano po prostu moją działalność kuratorską”. Olga Mzhelskaya w rozmowie z Michaliną Sablik opowiada o białoruskiej scenie artystycznej, protestach 2020 roku, emigracji i pracy kuratorskiej między Białorusią a Polską. Mówi też o artystach, którzy zostali w kraju, i o tym, jak dziś pracować, kiedy za działalność kulturalną można zapłacić bardzo wysoką cenę.

 

 

Jak zaczęła się twoja droga kuratorska? Nie masz klasycznego wykształcenia historyczki sztuki – studiowałaś dziennikarstwo i komunikację. Jak trafiłaś do świata sztuki współczesnej i kuratorstwa? 

To dość typowe dla białoruskich kuratorów, nawet tych uznanych międzynarodowo. Wielu z nich zdobyło wykształcenie specjalistyczne dopiero po zrealizowaniu znaczących projektów kuratorskich. Zresztą w Białorusi nie ma miejsc, gdzie można studiować kuratorstwo.

Jako mała dziewczynka wyobrażałam sobie, że zostanę artystką. Dużo czasu spędzałam w Muzeum Narodowym w Mińsku. Organizowałam nawet improwizowane oprowadzania dla przyjaciół. Ale mój ojciec chciał, żebym została sportsmenką, więc przez 10 lat grałam zawodowo w tenisa, a po poważnej kontuzji barku rozpoczęłam studia na wydziale dziennikarstwa. Moja droga do sztuki nie była oczywista. Po zajęciach sportowych w końcu mogłam budować relacje z ludźmi, którzy mnie interesowali — z poetami i artystami, a  na studiach wszystkie moje projekty i praca magisterska dotyczyły sztuki, zwłaszcza fotografii. Sama zajmowałam się fotografią i brałam udział w kilku wystawach.

Po studiach zaczęłam współpracę z popularnym magazynem dla młodzieży KYKY.ORG, poświęconemu sztuce współczesnej i kulturze. Na początku zajmowałam się PR-em, później zaczęłam pisać teksty i przygotowywać wydarzenia edukacyjne poświęcone muzyce, projektowaniu, organizacji festiwali i działalności kulturalnej. Te wydarzenia gromadziły po kilkadziesiąt, a nawet ponad sto osób. Z czasem zajęłam się zarządzaniem projektami artystycznymi, a później kuratorstwem. Najwięcej nauczyłam się przez praktykę.

 

 

 

      Niestety o wielu sprawach nie mogę mówić, ponieważ mogłoby to być niebezpieczne dla osób, które są na Białorusi

 

 

 

Jakie były twoje pierwsze projekty, które można już było nazwać kuratorskimi? 

Jednym z moich pierwszych projektów kuratorskich była technologiczna instalacja poświęcona twórczości Chaima Soutine’a, zorganizowana w Muzeum Narodowym w Mińsku około 2014 roku. Zależało mi na przypomnieniu białoruskiej publiczności artysty, który urodził się na terenach dzisiejszej Białorusi, a jednocześnie był częścią międzynarodowego środowiska. Większość osób kojarzyła z paryską szkołą tylko Marca Chagalla. Zbiegło się to z działalnością Belgazprombanku kierowanego przez Viktara Babarykę. Bank kupił wówczas kilka dzieł Soutine’a i angażował się w działania związane z ochroną białoruskiego dziedzictwa kulturowego. Z perspektywy czasu ten projekt nabrał jeszcze większego znaczenia. Babaryka został później głównym rywalem Łukaszenki w wyborach prezydenckich w 2020 roku i trafił do więzienia. Zyskał też na znaczeniu sam Soutine, którego twórczość stała się na Białorusi symbolem. Jego portret „Ewa”, pochodzący ze skonfiskowanej kolekcji, stał się jednym z rozpoznawalnych obrazów towarzyszących protestom, obok biało-czerwono-białej flagi.

Moją misją było budowanie mostu między sztuką a publicznością. Wiele osób na Białorusi bało się wchodzić do galerii, zwłaszcza sztuki współczesnej, ponieważ nie wiedziało jak ją interpretować i jak na nią reagować. Miałam łatwość opowiadania o trudnych rzeczach, dlatego zaczęłam prowadzić popularny na Instagramie blog Little Hedonist, który był poświęcony kulturze i sztuce i pomagał oswajać sztukę współczesną. W jego ramach realizowałam także projekty edukacyjne i wycieczki do pracowni artystów itp.

 

kobieta ubrano na czarno obok artysty ubranego w biła koszulkę z napisem, artysta pokazuje na swoje dzieło namalowane na ścianie

 

Wystawa Igor Tishin, "Dom, w którym rozpadają się ściany. Pomiędzy dwiema chwilami", Muzeum Wolnej Białorusi, fot. Kanaplev+Leidik

 

 

 

Chciałabym zapytać cię o niezależną scenę białoruską po 2016 roku, kiedy, jak wspominałaś, nastąpiło wyraźne ożywienie działalności kulturalnej – rozwijały się niezależne przestrzenie artystyczne, scena muzyczna, klubowa i performatywna. Wielu rozmówców mówi o tym okresie jako o czasie intensywnej mobilizacji, która w pewnym sensie przygotowała grunt pod protesty 2020 roku, a jednocześnie została przez nie brutalnie przerwana. Jak ty patrzysz na ten proces? Co było najważniejsze dla tej sceny i jaką rolę sama w niej odgrywałaś?

Niestety o wielu sprawach nie mogę mówić, ponieważ mogłoby to być niebezpieczne dla osób, które są na Białorusi.W tym okresie reżim Łukaszenki nieco poluzował kontrolę. To była raczej decyzja polityczna, ponieważ Łukaszenka próbował wówczas poprawić relacje z Zachodem i stworzyć sobie większe pole manewru. Chciał pokazać, że Białoruś się zmienia, co mogło przełożyć się na większe możliwości współpracy.

 

 

 

W kwestiach ekonomicznych czy politycznych? 

Przede wszystkim ekonomicznych. W tym czasie zaczęła rozwijać się ulica  Kastrychnickaja (w języku polskim „październikowa”), która wcześniej była właściwie opuszczoną przestrzenią poprzemysłową. Zaczęły pojawiać się tam kawiarnie, bary, kluby muzyczne, a później także małe galerie i niezależne przestrzenie, takie jak galeria CEH  czy popularny bar i klub Huligan. Później dołączyła do tego galeria Ў, która wcześniej działała w niewielkiej przestrzeni w centrum miasta. 

Równolegle Babaryka, o którym już wspominałam, uruchomił na Kastrychnickaja inicjatywę OK16. Było to centrum przeznaczone dla projektów artystycznych, teatralnych i kulturalnych. Zarządzała nim Maria Kalesnikawa, która później odegrała jedną z kluczowych ról podczas protestów. Żadna z tych osób nie przebywa obecnie w Białorusi. Otwarcie galerii lub klubu, zorganizowanie festiwalu w dowolnym kraju europejskim to powszechna praktyka, ale w kontekście Białorusi ci ludzie byli bohaterami, którzy wiele ryzykowali.

 

 

 

       Otwarcie galerii lub klubu, zorganizowanie festiwalu w dowolnym kraju europejskim to powszechna praktyka, ale w kontekście Białorusi ci ludzie byli bohaterami, którzy wiele ryzykowali

 

 

 

To był wspaniały czas. Po raz pierwszy od dawna można było naprawdę oddychać. Oczywiście nie oznaczało to pełnej wolności słowa – kontrola państwa nadal istniała. Władza uznała ludzi kultury za potencjalnie niebezpiecznych, ale pozwoliła im funkcjonować w jednej, stosunkowo łatwej do obserwowania przestrzeni. Dobrze pokazuje to historia mojego męża – dziennikarza politycznego Fyodara Pauluchenka. Po wyborach w 2010 roku musiał uciekać z Białorusi – wyjechał przez granicę ukryty w bagażniku samochodu i przez sześć lat mieszkał w Wilnie. Kiedy wrócił w 2016 roku, był w szoku, jak bardzo Mińsk się zmienił. Panowała atmosfera euforii. Po 2020 roku wszystko zostało zniszczone. Represje na Białorusi nie ustały – trwają do dziś. 

 

 

kobieta z czerwonymi liliami pozuje na tle niebeskiej foli

 

                                                                                           Olga Mzhelskaya,  fot. Kanaplev+Leidik

 

 

 

A jak Ty przeżyłaś rok 2020 osobiście, ale też zawodowo? 

Nie mogę opowiedzieć o wszystkim, ale jednym z najważniejszych projektów, które zrealizowaliśmy jeszcze przed protestami, wspólnie z moim mężem – redaktorem naczelnym „Reform News” – był projekt „Emancypacja”. Organizowaliśmy spotkania z białoruskimi kobietami, między innymi z pływaczką Aliaxandrą Herasimenią, mistrzynią olimpijską, która później stała się jedną z ikon protestów. Najważniejsze było dla mnie to, że wiele z tych kobiet nie dostrzegało własnej siły i znaczenia. Później wiele z nich trafiło do więzienia albo zostało zmuszonych do emigracji. Dziś ich historie brzmią zupełnie inaczej, ale wtedy często mówiły o sobie z ogromną skromnością.

 

 

 

       W 2020 roku, podczas protestów, ludzie nagle zaczęli masowo interesować się sztuką. Chodzili na wystawy, uczestniczyli w oprowadzaniach, odwiedzali pracownie artystów. Sztuka stała się formą psychicznego przetrwania

 

 

 

W 2020 roku, podczas protestów, ludzie nagle zaczęli masowo interesować się sztuką. Chodzili na wystawy, uczestniczyli w oprowadzaniach, odwiedzali pracownie artystów. Sztuka stała się formą psychicznego przetrwania.Kultura odegrała ogromną rolę także dlatego, że w Białorusi od dawna trwa proces poszukiwania tożsamości – odpowiedzi na pytania o to, czym jest białoruski naród, język i kultura. Nastąpiła nowa fala zainteresowania białoruskimi korzeniami, historią i kulturą ludową. Początkowo nie nazwałabym tego jeszcze zwrotem dekolonialnym. To był przede wszystkim protest przeciwko dyktaturze Łukaszenki, którego reżim konsekwentnie osłabiał wszystko, co wiązało się z białoruską tożsamością, wzmacniając orientację prorosyjską. Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę widać wyraźnie pojawienie się w sztuce białoruskiej perspektywy dekolonialnej. Artyści sięgają dziś po motywy ludowe czy tradycję, często robią to już z pełną świadomością rosyjskiego kolonializmu i potrzeby odzyskiwania własnej kultury. 

 

 

 

                                                                                              Olga Mzhelskaya,  fot. Kanaplev+Leidik

 

 

 

Po protestach razem z Fyodorem musieliście wyjechać z Białorusi i osiedlić się w Warszawie. W którym momencie stało się jasne, że nie możecie już zostać?

Wyjechaliśmy w maju 2021 roku. Oboje byliśmy już przesłuchiwani. Współpracowałam z Eduardem Babaryką, synem Viktara, przy projekcie „Ulej” - niezależnej platformie crowdfundingowej wspierającej projekty społeczne i kulturalne, wydawanie białoruskich książek, m. in. noblistki Swietłany Aleksiejewicz. Mój mąż zdążył wylecieć ostatnim samolotem na trasie Mińsk–Warszawa. Ja wyjechałam miesiąc później z naszą córką, która nie miała jeszcze trzech lat.

 

 

 

Czy znałaś wcześniej Warszawę? Dlaczego zdecydowaliście się właśnie na nią?

Mój wyjazd do Warszawy był bardzo trudny. Nigdy nie należałam do osób, które chciały wyjechać z Białorusi, bo uważały, że „tu nic nie ma”. Wręcz przeciwnie – zawsze myślałam, że jestem jedną z tych osób, które powinny budować białoruską kulturę na miejscu. Dlatego decyzja o emigracji była dla mnie dramatyczna. Jednak kiedy pojawiło się realne zagrożenie więzieniem dla mnie i mojego męża, a mieliśmy małe dziecko, odpowiedź była oczywista.

 

 

 

Wtedy zrozumiałam, jak ważna dla emigracji jest sztuka jako przestrzeń wspólnoty

 

 

 

Warszawa przyjęła mnie bardzo dobrze. Udało nam się znaleźć mieszkanie w pięknej dzielnicy, a poczucie normalności, które dawało mi codzienne życie w nowym miejscu, pozwoliło mi trochę odetchnąć. Znałam tu właściwie tylko jedną osobę – Martę Skowrońską z działu edukacji Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Spotkałyśmy się na kawie i od tego zaczęła się moja współpraca z MSN-em. Prowadziłam oprowadzania dla białoruskiej społeczności i na każde z nich przychodziło wiele osób. Wtedy zrozumiałam, jak ważna dla emigracji jest sztuka jako przestrzeń wspólnoty. Od początku starałam się budować kontakty między białoruskim i polskim środowiskiem. Nie wiedziałam, jak długo zostaniemy w Polsce, ale czułam, że trzeba tworzyć relacje, które przetrwają i będą podstawą przyszłej współpracy. Aby nawiązywać kontakty chodziłam po warszawskich instytucjach, w towarzystwie mojej przyjaciółki, która dobrze mówiła po polsku. Ona wtedy urodziła dziecko, więc chodziłyśmy w trójkę: nie mówiąca po polsku migrantka i kobieta z dzieckiem przy piersi. Teraz z perspektywy czasu myślę, że mogłyśmy wyglądać tak, że trudno nam było odmówić, haha. 

Myślę o kulturze, można  zadać sobie pytanie: gdzie jest luka w systemie? Kiedy przyjechałam do Warszawy, zobaczyłam, że białoruskie środowisko nie ma kontaktów z polskimi instytucjami. Dlatego zaczęłam organizować spotkania z kuratorami, dyrektorami muzeów i menedżerami kultury. Zależało mi na tym, żeby były to spotkania partnerskie, z których mogą wyniknąć realne współprace. Jednocześnie łączyły osoby ze środowiska muzycznego, teatralnego czy filmowego, które wcześniej się nie znały i dzięki temu zaczynały działać interdyscyplinarnie. Współtworzę też z Karoliną Szczypek projekt Język Kultury, wspierający migrantów w nauce profesjonalnego języka polskiego i odzyskaniu sprawczości zawodowej.  

 

 

 

Równocześnie tworzysz programy na rzecz artystów, którzy zostali na Białorusi.

Trudno mi o tym otwarcie mówić. Jeszcze do kwietnia tego roku współpracowałam z artystami, którzy pozostali. Wielu z nich nie wyjechało dlatego, że mieli chorych rodziców, byli związani z miejscem, albo po prostu uznali, że to jest ich kraj i nie chcą go opuszczać. Emigracja bez możliwości powrotu do domu jest czymś bolesnym, przypomina żałobę. Zwłaszcza dla starszych artystów decyzja o wyjeździe była niezwykle trudna. Ci, którzy zostali, praktycznie nie mają możliwości normalnego funkcjonowania. Istnieją czarne listy artystów, których nie wolno pokazywać w instytucjach publicznych. Niezależne wystawy odbywają się czasem w prywatnych mieszkaniach, na wsiach, w odosobnionych miejscach. Kiedy bierze się udział w wystawach za granicą, często trzeba pozostać anonimowym lub posługiwać się pseudonimem. Dlatego starałam się wspierać tych twórców różnymi sposobami. Dziś jednak nie mogę już tego robić. Pod koniec kwietnia zostałam oficjalnie uznana na Białorusi za członkinię organizacji ekstremistycznej, co oznacza, że współpraca ze mną jest dla osób mieszkających na Białorusi realnym zagrożeniem. Paradoks polega na tym, że za mój „ekstremizm” uznano po prostu moją działalność kuratorską.

 

 

 

        Pod koniec kwietnia zostałam oficjalnie uznana na Białorusi za członkinię organizacji ekstremistycznej, co oznacza, że współpraca ze mną jest dla osób mieszkających na Białorusi realnym zagrożeniem. Paradoks polega na tym, że za mój „ekstremizm” uznano po prostu moją działalność kuratorską

 

 

 

Miałaś okazję prezentować białoruską sztukę w Polsce, zwłaszcza w Warszawie. Jakie projekty udało ci się zrealizować?

Czekaj, muszę na chwilę przerwać, bo piekę chleb i muszę go wyjąć z piekarnika.

 

 

 

[Olga idzie do kuchni, słychać odgłosy krzątania się.]

Łukasz Radziszewski dał mi osiemdziesięcioletni zakwas, który trafił na Podlasie z terenów dzisiejszej Białorusi. Regularne pieczenie tego chleba przypomina mi dom. 

Wracając do naszej rozmowy – jedną z pierwszych wystaw w Warszawie zrobiłam w Muzeum Wolnej Białorusi. Pokazywałam tam prace Igora Tishina w 2022 roku. Jest on jedną z najważniejszych postaci białoruskiej sztuki współczesnej lat dziewięćdziesiątych. Od wielu lat mieszka w Brukseli, ale jest ikoną sztuki zaangażowanej i protestu. Później zrealizowałam wystawę w HOS Gallery, gdzie pokazywałam prace młodszego artysty, Romana Kaminskiego, który dziś mieszka w Paryżu. 

Z czasem coraz ważniejsze stało się dla mnie to, że nie pracuję już wyłącznie z białoruskimi artystami. Mieszkam w Polsce od pięciu lat, dlatego moja praktyka kuratorska naturalnie zaczęła obejmować również polskich artystów i polski kontekst instytucjonalny. Po pięciu latach od rewolucji mam świadomość, że wiele rzeczy po prostu mi umyka. Nie jestem już na miejscu, więc nie mogę mówić o tym, co dzieje się na Białorusi z perspektywy osoby, która codziennie uczestniczy w tamtejszym życiu. Mogę o tym opowiadać raczej z dystansu, który ma też swoją wartość, bo pozwala zobaczyć pewne rzeczy z innej perspektywy. 

 

 

 

To może być też trochę blokujące – jesteś bardzo mocno kojarzona z białoruską sztuką i białoruskim kontekstem.

Kiedy dostajesz etykietę „białoruska kuratorka” albo „kuratorka migrantka”, wiele osób automatycznie zakłada, że możesz zajmować się wyłącznie tymi tematami. A przecież moje zainteresowania są znacznie szersze. Dlatego bardzo ucieszyła mnie propozycja współpracy przy wystawie ekologicznej „Rewilding: oddech pełznących cieni”  zorganizowaną z okazji 25-lecia WWF Polska w BWA Warszawa. To był dla mnie ważny moment, bo mogłam pokazać inny obszar swojej praktyki. 

W przyszłym roku planuję wystawę poświęconą pracy artystycznej jako pracy. Punktem wyjścia będzie doświadczenie białoruskich artystów funkcjonujących w Polsce. Interesuje mnie to, co dzieje się z twórcą, który miał ugruntowaną pozycję na Białorusi, a tutaj musi zaczynać od nowa. Co oznacza praca artystyczna na emigracji? Jak wygląda codzienność artysty po pięćdziesiątce, który traci swoje dotychczasowe środowisko? 

Praca z polskimi artystami jest dla mnie równie ważna. Białoruskie środowisko jest stosunkowo niewielkie – mamy jedną akademię, bardzo konserwatywną, i ograniczoną liczbę artystów. W Polsce skala i różnorodność jest ogromna. Mogę budować projekty wychodząc od własnych pytań i szukać artystów, którzy myślą o podobnych problemach. Lubię tworzyć wystawy zbiorowe z udziałem artystów białoruskich i polskich. Jest w tym również pewna strategia. Natomiast wspólne projekty pozwalają docierać do szerszego grona odbiorców. Mimo że Polska stała się po 2020 roku jednym z głównych miejsc emigracji białoruskich artystów, oni wciąż są słabo widoczni w instytucjach kultury i rzadko zapraszani do dużych projektów. 

Zdarzają mi się też trudne doświadczenia. Czasem instytucja zaprasza cię do projektu, rozmawiacie przez wiele miesięcy, wydaje się, że wszystko jest ustalone, a potem nagle okazuje się, że projektu nie będzie. Takie sytuacje spotykają również polskich kuratorów, ale kiedy jesteś osobą migrancką, odbierasz je znacznie mocniej. Nie masz tego samego poczucia zakorzenienia i bezpieczeństwa zawodowego.

 

 

 

Nad czym chciałabyś teraz pracować? Co najbardziej cię interesuje?

Coraz bardziej interesuje mnie polsko-białoruskie pogranicze i zachodnia Białoruś, skąd pochodzi moja rodzina. Fascynuje mnie ten region z perspektywy historii, polityki, ekologii i pamięci. W zeszłym roku zrealizowałam wystawę „Un-packing: Luki w pamięci” w Teatrze Dramatycznym – wspólny projekt artystów białoruskich i polskich, wsparty przez takich artystów jak Janek Simon, Agnieszka Polska, Rafał Bujnowski, Aleksandra Czerniawska, Marta Ojrzyńska. Zależało mi na tym, żeby rozmawiać o trudnej historii Podlasia po II wojnie światowej wspólnie, a nie równolegle. 

Otrzymałam też półroczne stypendium Gaude Polonia, podczas którego pracowałam nad projektem poświęconym jezioru Świteź. Interesowała mnie jego historia, ekologia, polityczność, ale też rodzinna pamięć związana z tym miejscem. Na pograniczu takich tematów znajduje się również Puszcza Białowieska. Interesuje mnie zarówno polska perspektywa, jak i to, co dzieje się po stronie białoruskiej, gdzie reżim prowadzi intensywną eksploatację lasu, a do pracy przy wyrębie wykorzystywani są więźniowie polityczni. To jest nie tylko katastrofa ekologiczna, ale też niszczenie pamięci i tożsamości ludzi związanych z tym miejscem.

Podobnie myślę o Polesiu. Przez lata było ono przedstawiane w sposób egzotyzujący, często poprzez inscenizowane fotografie. Chciałabym opowiadać o nim inaczej – jako o przestrzeni naznaczonej również katastrofami ekologicznymi, przemocą i złożoną historią.

 

młoda kobieta w galerii pokazuje na obraz z napisem po białorusku, dziwne światło

 

Wystawa "Un-packing: Luki w pamięci", praca Alexey Lunev, foto Alexander Vasukovich

 

 

 

Na koniec chciałam zapytać o nowe miejsce w Warszawie, które współtworzysz z Fiodorem i zespołem Reform News. Czy będzie tam również przestrzeń dla sztuki?

Projekt nazywa się Redakcja. Zrodził się z praktycznej potrzeby. Coraz trudniej było utrzymać niezależne media wyłącznie z grantów, a niemożliwe jest utrzymywanie się z reklam w Białorusi, więc postanowiliśmy stworzyć miejsce, które będzie jednocześnie knajpą i przestrzenią wspierającą działalność reform.news. Dochód będzie pomagał finansować pracę redakcji i dziennikarskie śledztwa. Redakcja powstaje niedaleko placu Zbawiciela (Marszałkowska 21/25) i od początku myślimy o niej jako o miejscu otwartym – nie tylko dla Białorusinów. Chcemy organizować spotkania, debaty, premiery książek, rozmowy o kulturze i polityce. Sztuka nie tylko białoruska na pewno będzie tam obecna. Będzie miejsce na projekty dotyczące wolności słowa i relacji między sztuką a językiem. 

 

 

 

Artykuł opublikowano w ramach cyklu „Wywiady z kuratorkami sztuki współczesnej”, realizowanego w ramach zadania „Miej Miejsce w sztuce 2026”, dofinansowanego z programu MKiDN „Sztuki wizualne”. 

 

 

____________________

 

 

Olga Mzhelskaya — kuratorka i menedżerka kultury białoruskiego pochodzenia, mieszkająca w Warszawie. W swojej praktyce pracuje z lukami -- w historii, pamięci kulturowej i infrastrukturze kultury. W szczególności interesuje ją sposób, w jaki polityka i procesy ekologiczne splatają się z pamięcią o terytoriach i doświadczeniem ich zamieszkiwania. Kuratorka wystaw i projektów artystycznych realizowanych na Białorusi, w Polsce i Danii, współpracująca zarówno z białoruskimi, jak i polskimi artystkami i artystami. Ważną częścią jej praktyki jest tworzenie międzynarodowych rezydencji, laboratoriów i programów edukacyjnych opartych na wymianie doświadczeń, trosce oraz wspólnym podejmowaniu złożonych kontekstów politycznych i społecznych. W Warszawie współpracowała m.in. z Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Staromiejskim Domem Kultury i Warszawskim Obserwatorium Kultury. Jest współtwórczynią projektu „Język Kultury”, którego celem jest rozwijanie profesjonalnej komunikacji i współpracy między białoruskimi i polskimi osobami działającymi w kulturze. Uczestniczka dekolonialnego laboratorium badawczego „Mycelium”. Laureatka stypendium artystycznego m.st. Warszawy (2025) oraz stypendium programu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP „Gaude Polonia” (2026).

 

 

____________________

 

 

Michalina Sablik – historyczka sztuki, badaczka, autorka tekstów i kuratorka wystaw oraz programów publicznych. Traktuje sztukę jako narzędzie krytyczne i spekulatywne, pozwalające mierzyć się z przyszłością. Od 2018 roku zrealizowała ponad 20 wystaw w Polsce i za granicą. Współpracuje z licznymi instytucjami, galeriami, organizacjami pozarządowymi i magazynami artystycznymi. Członkini Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA). Pracowała m.in. w Galerii Promocyjnej i Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie, a także w Instytucie Adama Mickiewicza/Culture.pl. Obecnie kończy doktorat na Uniwersytecie Warszawskim.

 

 

____________________

 

 

 

 

____________________

 

Zdjęcie główne: Olga Mzhelskaya