Po co właściwie społeczeństwu artyści i artystki? Czy ich wartość można mierzyć wyłącznie rynkowym sukcesem, czy może przynoszą korzyści, których nie da się łatwo wpisać w tabelę zysków i strat? Agata Czarnacka przygląda się ekonomicznym, społecznym i politycznym argumentom za wspieraniem twórczości.

 

 

Emergence AI, firma zajmująca się budową krytycznej i kontrolnej infrastruktury w architekturze sztucznej inteligencji, zainicjowała eksperyment, w ramach którego stworzyła cyfrowe środowiska-światy, których zarządzanie powierzyła różnym modelom AI. Grok-4.1 Fast jako pierwszy zakończył zaplanowany na 15 dni proces — świat „rządzony” przez agentów opartych na tym modelu załamał się już po czterech dniach.

Choć dokładne wytyczne algorytmów nie są znane, wiemy, że Grok „wyznaje“ taki sam darwinizm społeczny („przetrwają najsilniejsi i najlepiej radzący sobie na rynku“), co jego twórca Elon Musk. Światopogląd ten podzielają politycy rozmaitych Konfederacji, np. Sławomir Mentzen, ale także hiperliberał Ryszard Petru. To właśnie te głosy z miejsca odrzucają pomysł zabezpieczenia społecznego artystów i nadają ton atakom na projekt Ministerstwa Kultury. Petru oświadczył, że wyłamie się z koalicji i będzie głosował przeciwko: „Wiem, że niektóre zawody mają bardziej pod górę niż inne, ale to nie może oznaczać, że inni podatnicy mają do nich dopłacać“.  W optyce Petru, który swoją karierę spędził w drzwiach obrotowych między bankami a polityką, uprawianie sztuki sprowadza się do zarobkowania. Według Mentzena jest jeszcze gorzej – artyści nie chcą robić ładnych rzeczy, za które „sami będziemy chcieli płacić“, bo „traktują z wyższością“ „ciężko pracujących ludzi“. Wystarczyłoby jednak trafić w popularny gust, i nikt by nie potrzebował żadnych dopłat. Kłopot z tą wizją jest taki, że ten sam wolny rynek, który wychwalają obaj cytowani krasomówcy, czerpie zyski nie tylko z obrotu sztuką, ale także z trudniejszych do wyceny owoców pracy osób artystycznych. A państwo, które w ich opinii powzięło trudny do zrozumienia plan „dopłacania do darmozjadów“, w rzeczywistości w bardzo skromnym zakresie realizuje po prostu to, co znakomicie sprawdziło się gdzie indziej, przynosząc i zyski, i mniej kwantyfikowane korzyści innym krajom.

 

 

 

      Tymczasem wspieranie artystów po prostu opłaca się całemu społeczeństwu

 

 

 

 

Gentryfikacja, klasa kreatywna i miasto

 

Tymczasem wspieranie artystów po prostu opłaca się całemu społeczeństwu. Słynny pilotaż z Irlandii pokazał, że wypłacanie artystom dochodu podstawowego przyniosło wymierne korzyści nie tylko samym twórcom, lecz także gospodarce. Każde zainwestowane w program 1 Euro średnio w czasie trwania pięcioletniego programu wygenerowało 1,39 Euro zysków dla wspólnoty – od wytworzonych w tym okresie dodatkowych dzieł i podatki od ich sprzedaży przez oszczędności na zasiłkach po wartość kulturalną udostępnianą publiczności. Warto przy tym dodać, że pierwsze lata pilotażu wychodziły na zero, ale już w ostatnim roku 1 Euro wkładu przynosiło 1,75 Euro zysków. Program ten pokazał coś, co społecznym darwinistom najwyraźniej nie mieści się w głowach — a może po prostu mają je zbyt małe. Zdjęcie z barków tej konkretnej grupy społecznej podstawowego ciężaru przetrwania sprawia, że wszyscy na tym zyskujemy.

 

Często słyszymy, że kultura jest motorem wzrostu, ale co to właściwie oznacza? Socjolożka i urbanistka Jane Jacobs w swoich badaniach nad miastami zauważyła, że „typy artystyczne“ lubią się gromadzić, często w niedrogich i zaniedbanych dzielnicach, które przeobrażają się pod wpływem zawiązujących się tam kreatywnych wspólnot. Okazało się, że jest to proces, który da się wywołać: jeśli chcesz, by twoje nieruchomości w kiepskiej części miasta zyskały na wartości, zaproś tam artystów i daj im kilka lat, a okaże się, że dysponujesz najlepszymi lokalizacjami na rynku. To przypadek warszawskiego Powiśla czy Nowej Pragi, odzyskiwanego śródmieścia Łodzi czy Berlina po zjednoczeniu i jego zapyziałych wschodnich dzielnic. Podobnie jak w Irlandii, korzyści z tych procesów są wymierne i nie trafiają tylko do kieszeni twórczej braci. Wręcz przeciwnie. Opublikowane w 2002 r. „Narodziny klasy kreatywnej“ Richarda Floridy potwierdziły to, co instynktownie przeczuwamy – chcemy mieszkać tam, gdzie ludzie twórczy. W przedmowie autor pisał: „Moja książka dowodzi, że w naszych czasach kluczową jednostką organizacyjną społeczno-gospodarczą, jest miejsce. To właśnie miejsce rozwiązuje problem jajka i kury, dopasowując ludzi do miejsc pracy i odwrotnie - miejsca pracy do ludzi. Miejsce zapewnia ‘obfity’ i płynny rynek pracy, który ułatwia znalezienie ludziom odpowiedniego zajęcia. Miejsce jest podporą „rynku matrymonialnego", który umożliwia ludziom znalezienie życiowych partnerów. Miejsce zapewnia ekosystem, który wykorzystuje ludzką kreatywność i zamienia ją w wartość ekonomiczną“.

 

Obecność „bohemy“ to jeden z trzech czynników, które Florida skwantyfikował jako wyznaczniki jakości takich miejsc. Udowadniał, że kreowanie przestrzeni dla wykształcenia się klasy kreatywnej, to pierwszej wagi zadanie dla polityków: „prawdziwym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Ameryki jest nie terroryzm, lecz to, że kreatywni, utalentowani ludzie mogą przestać chcieć tu przyjeżdżać“. Podobnie jak Jacobs zwracał też uwagę, że nie chodzi jedynie o odizolowane znakomite talenty, które „świetnie radzą sobie na rynku“, ale o różnorodną społeczność, która te talenty szlifuje i pomaga im rozbłysnąć. Teoria miejsca Richarda Floridy potwierdza się też w drugą stronę. Podobnie jak w Polsce w wielu miejscach na niemieckiej prowincji (zwłaszcza we wschodnich landach) brakuje krytycznych zawodów, np. lekarzy, ale też wykształconych rzemieślników czy inżynierów. Dane są bezlitosne: choć ilościowo lekarzy w Niemczech nie brakuje, ale nie chcą jechać do pracy (nawet przy wyraźnie wyższych pensjach) tam, gdzie będą się nudzić… 

 

Ten rysunek przedstawia dwie postacie niosące monetę o nominale 1 złoty, co jest nawiązaniem do historycznej zabawki optycznej zwanej fenakistiskopem.

 

Ilustracja: Zuzanna Szor

 

 

 

 

„Europejska Dolina Krzemowa“ i… K-pop

 

Kiedy prezydent Emmanuel Macron postanowił zbudować we Francji nową „Dolinę Krzemową“, na początku okazało się to kłopotliwe. Paryż to trudne, przeludnione i bardzo drogie do życia miasto, a jednocześnie sami Francuzi zarzekali się jeszcze niedawno, że poza Paryżem nie ma życia… To spadek po kilku stuleciach centralizacji i kultywowania polaryzacji między prowincją a stolicą. Rozwiązaniem okazały się ogromne inwestycje kulturalne: m.in. Lyon przekształcono w centrum festiwalowe, do którego z połowy Europy ściągają tłumy miłośników komiksu, teatru eksperymentalnego czy ulicznego, tańca, literatury czy współczesnej muzyki. Jeszcze większe inwestycje kulturalne włożono w Bordeaux, miasto znane jeszcze dekadę temu jako francuska „śpiąca królewna“ (la belle endormie). Na terenie dawnego kompleksu wojskowego powstał między innymi „miejski ekosystem” Darwin — inkubator przedsiębiorczości, przestrzeń coworkingowa, gigantyczna galeria street artu, wspólny ogród, centrum aktywistyczne, sale koncertowe i wiele innych miejsc oraz inicjatyw. Dzięki tej i innym inwestycjom Bordeaux ożyło i faktycznie zaczęło ściągać także firmy technologiczne: dziś to światowe centrum nowych technologii innowacyjnie sięgających po sztukę i kreatywność.

 

To wszystko nie wydarzyłoby się jednak bez artystów, którzy byli gotowi pojawić się w nowym miejscu i swoją obecnością nadać mu znaczenie oraz wiarygodność. Od osób, które w poszukiwaniu podstawowego bezpieczeństwa bytowego zatrudniły się w korpo, trudno oczekiwać, że z dnia na dzień rzucą swoją posadę, bo gdzieś pojawiła się możliwość zagrania koncertu czy nawiązania projektowej współpracy. Szczęśliwie Francja od wielu dekad posiada rozbudowany system wspierania artystów i autorów. Obejmuje on nie tylko granty na działalność twórczą czy miejskie pracownie, lecz także ubezpieczenie zdrowotne powiązane z rejestracją w organizacji zawodowej oraz specjalne systemy emerytalne. Artyści płacą w nich obniżone składki, a pozostałą część finansują wystawcy (w przypadku sztuk wizualnych), wydawcy i nadawcy (w przypadku twórców rozliczających się z praw autorskich), a także państwo.

 

 

 

Do tego działa KOCCA — rządowa agencja traktująca kulturę jak przemysł strategiczny, z budżetem około 17 miliardów złotych rocznie“

 

 

 

Ale z pustego nawet Salomon nie naleje. W polskiej debacie obecny jest przykład Korei Południowej, której ogromne inwestycje w kulturę pozwoliły przebić się na światową arenę z takimi zjawiskami jak K-pop czy K-series (muzyka i seriale). Ale najpierw wyciągnięto tam wnioski z wydarzenia, które wstrząsnęło opinią publiczną. Jak pisze pisarka i prawniczka Monika Mosiewicz: „W 2011 roku scenarzystka Choi Go-eun zmarła z głodu i chorób spowodowanych skrajnym ubóstwem. Znaleziono przy niej niewysłany list do sąsiadki z prośbą o ryż i kimchi. Była utalentowana, pracowita i nie miała systemu który by ją ochronił między projektami — w tym niewidzialnym czasie gdy artysta tworzy ale jeszcze nie zarabia. (…) Korea zareagowała. Powstał Artist Welfare Act, którego wykonaniem zajmuje się Korea Artists Welfare Foundation z budżetem przekraczającym 300 milionów złotych rocznie — i robi to nieprzerwanie od 2011 roku. Do tego działa KOCCA — rządowa agencja traktująca kulturę jak przemysł strategiczny, z budżetem około 17 miliardów złotych rocznie“.

 

Takich Choi Go-eun Polska miała sporo – oczywiście Cypriana Norwida, zmarłego w paryskim przytułku mimo znakomitych zdolności organizacyjnych polskiej emigracji, ale także, o czym mało kto pamięta, Katarzynę Kobro i Władysława Strzemińskiego. Kobro, dziś jedna z najwyżej cenionych polskich rzeźbiarek, zmarła w skrajnym ubóstwie w 1951 r. Strzemiński, przez chwilę guru środowiska i pupil powojennych władz, współzakładał uczelnię artystyczną w Łodzi (dziś ASP jego imienia), ale w 1950 r. wypadł z łask. Dostał zakaz pracy jako przeciwnik socrealizmu i w ciągu dwóch kolejnych lat umarł w biedzie na gruźlicę. Oboje wybitni, choć przykład Kobro jest tym dotkliwszy, że nie ma prostego wyjaśnienia politycznego.  Ich losy pokazują, że aktualne trendy i zapotrzebowania mogą się mieć nijak do wybitności. Co z tego, że poświęcili całe swoje życie na eksplorowanie i poszerzanie naszego sposobu widzenia i rozumienia świata poprzez sztukę niefiguratywną – zmienił się wiatr historii i to, co wcześniej się podobało, uznane zostało za bezwartościowe. Strzemiński przed wojną miał łatkę „bolszewika“, ale w powojennej Polsce uznano go za… reprezentanta „zgniłego Zachodu“. Tymczasem przez cały czas po prostu robił swoje. Rynek, który karmi się modą i zmianami trendów, a wielu branżach są one najważniejszym motorem ekonomicznego wzrostu, bywa pod tym względem gorszy od polityki. Zwłaszcza gdy mówimy o polityce demokratycznej.

 

Szkic wykonany niebieskim długopisem przedstawia dwie osoby siedzące przy stole, na którym obok talerzy i kieliszków leżą instrumenty muzyczne, w tym gitara oraz miniaturowa klawiatura.

 

Ilustracja: Zuzanna Szor

 

 

 

 

Co miał na myśli JFK, kiedy mówił o artystach?

 

„Niewiele widzę spraw ważniejszych z punktu widzenia przyszłości naszego kraju i cywilizacji, aniżeli uznanie w pełni ważności artysty. (…) Wierzę w Amerykę, która nagradzać będzie osiągnięcia artystyczne tak samo, jak osiągnięcia w biznesie i polityce. Wierzę w Amerykę, która budzić będzie na świecie szacunek nie tylko dla swojej siły, ale i dla cywilizacji, jaką zbudowała“ – mówił w 1963 r. prezydent John Fitzgerald Kennedy. Kultura była jednym z filarów jego programu politycznego – chciał nawet zainaugurować federalny odpowiednik ministerstwa kultury, choć kończyło się na utworzeniu Krajowej Rady Sztuki (1962), a później wielkich Funduszy – National Endowment for Arts i National Endowment for Humanities. Było to zarazem zupełnie inne rozumienie sztuki i kultury niż przytoczone wcześniej pojmowanie pełnych życia twórczych kolektywów jako „tkanki łącznej“ społeczeństwa przez Jacobs czy Floridę. Dla Kennedy’ego było oczywiste, że twórczość to „soft power“, którą należy wykorzystać jako sposób na kreację narodowej tożsamości i odpieranie obcych wpływów. W książce „Polityka kulturalna Stanów Zjednoczonych“ Frederick Martel precyzował: „…w warunkach zimnej wojny … Już w latach pięćdziesiątych nie szczędzono sił na działalność w tej dziedzinie, a za Kennedy’ego podwojono wysiłki. Organizowano objazdy artystów, choreografów i pisarzy po całym świecie. To jednak przestało wystarczać, odkąd ZSRR mianował się ojczyzną intelektualistów i artystów. W tej sytuacji Kennedy musiał zareagować, korygując ten obraz i dodając, że prawdziwą wolnością artysta i poeta może cieszyć się jedynie pod słońcem Ameryki. Obrona twórczości stała się w Ameryce koniecznością – jako broń międzynarodowego zasięgu w walce z sowiecką propagandą“.

 

Są więc państwa, które wspierają wybrane, jedynie słuszne nurty twórczości, ale są też takie, dla których wolność twórcza jest wartością samą w sobie, wpisującą się w demokratyczną tożsamość i dającą jej namacalny, widoczny wyraz. „Państwo“ zarządzane przez Groka-4.1, zapewne kierującego się przekonaniami podobnymi do wielu polskich polityków, upadło. Być może nie dlatego, że nie wspierało artystów, ale z całą pewnością dlatego, że Grok nie zauważył, jak ważne dla dla wspólnego funkcjonowania są takie niematerialne spoiwa jak sztuka. Bardziej wyrafinowani obrońcy rynkowej wizji twórczości artystycznej widzą wagę jej wspierania, ale podnosząc przykład Stanów Zjednoczonych, chcieliby pozostawić je w gestii podmiotów prywatnych: filantropii wielkiego biznesu.

Wspieranie kultury i sztuki jest w Europie tradycyjnie zadaniem państwa. Na państwo można patrzeć jako gospodarza swojego kraju. Tu odpowiedzmy sobie na pytanie, czy w Polsce jesteśmy gotowi za takich gospodarzy uznać miliarderów i wielkie korporacje? Czy mamy, tak jak to było w USA w pierwszej połowie XX wieku, wystarczające narzędzia presji moralnej i społecznej, by można było na bogaczach w jakimkolwiek stopniu polegać? Filantropia zrodziła się w konkretnym miejscu i czasie, wśród protestantów wciąż pamiętających purytańskie ideały skromności i w ścisłych, wtrącających się do (nie)swoich spraw społecznościach dawnych pionierów. Takich sieci społecznych tam już nie ma, a w Polsce wręcz nigdy ich nie było. Oddanie korporacjom i miliarderom wspierania ekspresji naszej kolektywnej tożsamości w zamian za (kolejne) ulgi podatkowe wydaje się strzelaniem owej tożsamości w stopę. Chyba lepiej, by państwo efektywnie ściągało od korporacji podatki z przeznaczeniem na kulturę, w tym dobrostan artystów…

 

 

 

Oddanie korporacjom i miliarderom wspierania ekspresji naszej kolektywnej tożsamości w zamian za (kolejne) ulgi podatkowe wydaje się strzelaniem owej tożsamości w stopę.

 

 

 

 

Sztuka to nie tylko rynek sztuki

 

Artyści nie tylko przyczyniają się do wzrostu dobrobytu, ale także wpływają na dobrostan społeczny, sprawiając, że w danym kraju po prostu chce się żyć. Niekończące się, rozgałęzione debaty, które twórcy prowadzą między sobą i z publicznością, mają wartość trudną do przecenienia — pomagają nam orientować się w tym, kim właściwie jesteśmy, oraz metabolizować zachodzące wokół nas przemiany społeczne.

 

Jednocześnie warto przypominać o czymś, co dla osób twórczych jest oczywiste — że działalność rynkowa stanowi ważną, ale nie największą część praktyki artystycznej, która z natury ma charakter bezinteresowny i przez to różni się od niemal każdego innego sektora. To choćby wielokrotnie wspominana droga artystycznego znajdowania głosu i doskonalenia się, nierzadko trwająca więcej niż połowę życia; to konieczność chodzenia własnymi ścieżkami, niezależnie od wpisywania się w trendy rynkowe; to edukacja, upowszechnianie i oprowadzania; to wreszcie potrzeba funkcjonowania wspólnie, z nastawieniem na dyskusję i konwergencję. To wszystko nie da się łatwo wycenić — jest bezcenne, także, jak wykazali Jacobs, Florida i wielu innych, dla całego społeczeństwa.

 

Miej miejsce – wpieraj artystów.

 

 

 

Artykuł opublikowano w ramach zadania "Miej Miejsce w kulturze 2026-2027" dofinansowanego z Programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Czasopisma" oraz z budżetu Miasta Łodzi w ramach Programu „Łódź pełna kultury ".

 

 

 

____________________

 

 

Agata Czarnacka (ur. 1981), filozofka polityki, tłumaczka, feministka i publicystka. Stale współpracuje z portalem Tygodnika Polityka, a także z OKO.Press, Miesięcznikiem Kino, Magazynem Szum i innymi tytułami prasowymi. Stypendystka m.st. Warszawy.

 

 

____________________

 

 

____________________

 

 

Ilustracja główna: Zuzanna Szor