O jednym z najbardziej niezwykłych ogrodów w Zagłębiu Dąbrowskim, budowaniu z dostępnych materiałów, podróżach starą Jawą oraz granicy między majsterkowaniem a sztuką — z Krystyną i Januszem Meszkami rozmawia Maciej Cholewa.
Maciej Cholewa: Mieliśmy rozmawiać o ogrodzie, ale od pół godziny cała rozmowa krąży wokół Państwa białego Wartburga. Panie Januszu, właściwie cały czas go Pan naprawia?
Janusz Meszek: Tak. Teraz chciałem zawieszenie wymienić, bo dostałem prawie nowe. Ktoś miał powypadkowego Wartburga, ale tył został dobry. Kupiłem części za trzysta złotych.
Krystyna Meszek: Mąż od zawsze wszystko przy nim robi, ale ostatnio ja też naprawiałam!
Zna się Pani na tym?
Krystyna: Skąd! Ja siedziałam w bagażniku. Mąż kazał mi wejść do środa i trzymać jakąś śrubę. Podłożył mi drewniany klocek, więc weszłam i trzymałam.
Brzmi jak pomysł na udane małżeństwo.
Krystyna: No bo właśnie na takich rzeczach małżeństwo polega.
Nie było prądu na budowie, ale mieliśmy starą Warszawę. Zdjąłem oponę, tył postawiłem na klockach, na felgę założyłem pas i zrobiłem mieszarkę. Zapalałem Warszawę, jedynka i chodziło
Pani Krystyno, powiedziała mi Pani kiedyś o mężu, że to: „facet bez zawodu, ale co weźmie w ręce, to zrobi”.
Krystyna: No bo to prawda! Facet bez zawodu, ale potrafi zrobić wszystko. Prawie cały ten dom jest jego robotą.
Janusz: Chciałem iść do szkoły lotniczej, miałem już papiery w rękach. Ale rodzice i brat od razu: „Co ty będziesz latał?”. Po wojsku przyjechałem więc tutaj, do Zagłębia, do pracy. Zawsze jako kierowca. Woziłem węgiel, żwir, asfalt. Robiliśmy też lotnisko w Pyrzowicach, kiedy przejmowano je od wojska.
A później zaczęliście budować tutaj dom?
Krystyna: Wprowadziliśmy się w 1975 roku. Nie było wtedy tak jak teraz, że firma przyjeżdża i robi dom pod klucz. Nie było wody, prądu, wszystkiego się szukało. Na materiały się czekało i brało się takie pustaki czy płytki, jakie akurat były.
Janusz: Nie było prądu na budowie, ale mieliśmy starą Warszawę. Zdjąłem oponę, tył postawiłem na klockach, na felgę założyłem pas i zrobiłem mieszarkę. Zapalałem Warszawę, jedynka i chodziło. Paliwo było tanie. I tak wymieszaliśmy beton na dom.
Krystyna: A za domem mieliśmy pole. Ziemniaki, zboże, truskawki. No i czym to zaorać? Koń nie wszędzie wejdzie, a dużym traktorem to już tym bardziej.
Janusz: Zrobiłem swój traktorek. Silnik był z motopompy, jednocylindrowy. Skrzynia biegów, tylny most. Trzeba było to wszystko połączyć. Żeby się po polu nie ślizgał, zdjąłem opony i na felgach przyspawałem kątowniki.
Krystyna: I tak ze wszystkim. Jak nie było ciepłej wody, to też kombinował. Ja mogłam wejść do Pogorii i się umyć, ale mąż potrzebował ciepłej.
Janusz: Wziąłem wkład z bojlera, nalałem wody i wystawiłem, żeby się nagrzewała od słońca. Prysznic był na dworze, więc jak ktoś przechodził, trzeba się było kryć, a potem dalej prysznic.
Samochód wjeżdżał kołem na blachę i brama się otwierała. Jeden facet przyjechał, stanął, a tu mu się nagle brama otwiera. Szamotał się, nie wiedział, co się dzieje. Nawiedzony dom!
Krystyna: Mąż robił takie rzeczy wcześniej niż inni. Ocieplenie domu, okna, pierwszą automatyczną bramę w Sarnowie. Dwuskrzydłową! Samochód wjeżdżał kołem na blachę i brama się otwierała. Jeden facet przyjechał, stanął, a tu mu się nagle brama otwiera. Szamotał się, nie wiedział, co się dzieje. Nawiedzony dom!
Janusz: Zrobiłem też taką niby antenę satelitarną. One wtedy dopiero zaczęły się pojawiać. Przy budowie szpitala wyrzucili uszkodzony kapelusz od lampy. Wziąłem go, dorobiłem elementy, wyciągnąłem na słup i ustawiłem w stronę drogi.
Krystyna: Sąsiad przyszedł i pyta, ile to kanałów odbiera.
Janusz: Powiedziałem, że na razie trzy.
Im dłużej Państwa słucham, tym mniej widzę granicę między wynalazkami koniecznymi do codziennego funkcjonowania, a tym, co obecnie dzieje się w ogrodzie. Czy da się wskazać jakiś konkretny moment, w którym jedno przeszło w drugie?
Krystyna: To nie stało się tak od razu. Powoli. Pierwsze były te kręcone krzewy przed domem, potem chyba koń. I proszę koniecznie napisać: to nie jest bukszpan. To jest ligustr! Różne rzeczy powstawały. Potem część została wycięta, bo krzew rośnie, trzeba go ciągle przycinać. A lata lecą, ręce bolą.
Wiele rzeczy w ogrodzie ma źródło w tym, co zobaczyli Państwo podczas podróży. Sporo jeździcie tą piękną Jawą 250. Z którego ona jest roku?
Janusz: Z 1959. Mam ją od 1970 roku. Jeździłem nią do pracy.
Krystyna: Kiedyś jeździliśmy też ze starszym synem, ale potem samochody weszły i motor został odstawiony. Później znowu do niego wróciliśmy.
Pierwsze były te kręcone krzewy przed domem, potem chyba koń. I proszę koniecznie napisać: to nie jest bukszpan. To jest ligustr!
I zaczęliście nim jeździć bardziej turystycznie?
Krystyna: Tak. Zwłaszcza jak już oboje mieliśmy więcej czasu. Najpierw bliżej, później coraz dalej. O, mam tu taki zeszyt, wszystko zapisuję. Bo człowiek myśli: „Byliśmy tam pięć lat temu”, patrzę do zeszytu, okazuje się, że dziesięć. Pszczyna, Olsztyn, Mirów, Bobolice, Ogrodzieniec, Ojców. W wielu miejscach byliśmy po kilka razy. Do Częstochowy jechaliśmy motocyklem na zlot. Do Lelowa na święto żydowskie, gdzie jedliśmy czulent.
Janusz: Bez żadnej nawigacji w telefonie. Przed wyjazdem ewentualnie sprawdzam mapę z wnukiem. W drodze po prostu jadę przed siebie, obserwuję znaki i drogę.
Czyli te podróże są ważne nie tylko ze względów wypoczynkowych. Pan cały czas patrzy i zastanawia się co by tu zrobić?
Janusz: No oczywiście. Coś zobaczę i później zrobię.
Właśnie przeglądamy sobie spore archiwum zdjęć z tych podróży. Pana realizacje są robione na ich podstawie?
Janusz: Niekoniecznie. Jak mam zdjęcie, to patrzę. Ale czasami po prostu widzę, jak coś wygląda, i robię to z pamięci.
Krystyna: On wiele pamięta. Naszych ulubionych, Pata i Mata zrobił z telewizji. Ubrania i czapki kupujemy im w ciucholandzie. Jak chciałam Maję i Gucia, poszłam do biblioteki, żeby mi wydrukowali, jak wyglądają. Ale mąż i tak robi po swojemu: tu drucik, tu oko z czegoś, coś dorobi.
Styropianową Jawę też zrobił Pan z pamięci?
Krystyna: Przecież on nią tyle lat jeździ, że zna ją całą dokładnie, każdy szczegół.
Jak wygląda proces pracy nad rzeźbami? Najpierw pojawia się pomysł, a może inspiruje się Pan jakimiś konkretnymi materiałami?
Janusz: Raczej pomysł. Najpierw pomysł. Ja to widzę i wiem, z czego zrobić. Ale czasem też materiał. Kiedyś poszedłem na grzyby, samochodem byłem. Leżał pień wyrwany z ziemi, taki spróchniały. Patrzę, głowa. Dwa takie wystawały jak uszy. Wziąłem go do samochodu. Tutaj trochę oczyściłem, podorabiałem.
Krystyna: Ucho już mu odpadło.
Janusz: No, trzeba naprawić. O, albo było takie drzewo, które ściąłem tam przy płocie i przyniosłem na plac. Miało iść do pieca na spalenie. Dopiero jak zacząłem je rąbać i obróciłem ten pień do góry nogami, bo tak jak rosło, to nie było widać, nagle zobaczyłem, że sęki układają się w nogi.
Krystyna: Ja mówię: przecież z tego człowiek wyjdzie!
Janusz: I wyszedł. A miał iść do spalenia. Szkoda by było.
Krystyna: On już robił ze wszystkiego. Ze słomy, z brzozy, z wikliny, ze styropianu.
Janusz: Ptaki czasami dziobią mi ten styropian. Jeden im bardziej smakuje, drugi mniej.
Krystyna: W Chorwacji widzieliśmy przy winiarni taką dużą dłoń. Mąż zrobił podobną tutaj. Miała wszystkie palce, pazurki. Ptaki tak ją obdziobały, że została właściwie ręka bez palców. W końcu ją wyrzucił i zrobił mniejszą.
On już robił ze wszystkiego. Ze słomy, z brzozy, z wikliny, ze styropianu
Bardzo lubię w tym ogrodzie, że często się zmienia. Obiekty wchodzą ze sobą w interakcje albo zaczynają się ruszać. Był bocian, który poruszał nogami i dziobem, była jeżdżąca żaba, no i sikający pies!
Janusz: Pies stał przy furtce.
Krystyna: Panie przyszły z dziećmi oglądać ogród, a mąż je przy furtce zatrzymał.
Janusz: Do butelki lałem czystej wody i pompowałem powietrze. Robiło się ciśnienie i drugą rurką szła woda pod brzuch psa. Jak ktoś wchodził, to pies sikał. Wszyscy się śmiali.
Krystyna: A potem mąż woził te dzieci po podwórku własnoręcznie zbudowanym trójkołowcem.
Był jeszcze policjant, prawda? Bardzo mi się podobał.
Janusz: Postawiłem go na grubej sprężynie z amortyzatora, zakopanej w ziemi. Od policjanta szła żyłka aż do naszej ławki. Jak słyszałem samochód, pociągałem i policjant zaczynał się ruszać.
Krystyna: Teraz prawie nikt nie chodzi, wszyscy jeżdżą. My czasem mówimy, że wyjeżdżamy po to, żeby zobaczyć, jak homo sapiens wygląda, bo tutaj człowieka na drodze prawie nie ma. Kierowcy zwalniali jak widzieli tego policjanta. A jeden nawet ukradł mu lizak! Podjechał eleganckim samochodem. Myślałam, że będzie zdjęcie robił. Wysiadł, złapał lizak, wsiadł i pojechał.
Janusz: To zrobiłem drugi.
Krystyna: No i tak jest ze wszystkim. Zepsuje się, zrobi następne. Rozbierze, zobaczy, co jest w środku. Jedno przerabia, drugie składa.
Janusz: Jak coś się zrobiło i już mi się znudziło, to można rozebrać. Materiał zawsze się przyda.
No i tak jest ze wszystkim. Zepsuje się, zrobi następne. Rozbierze, zobaczy, co jest w środku. Jedno przerabia, drugie składa
A proszę powiedzieć dla kogo właściwie są te wszystkie rzeczy? Ogród jest oczywiście Wasz, ale jednocześnie działa trochę jak galeria przy drodze.
Janusz: Robię to dla siebie. Dla nas.
Krystyna: Myśmy w ogóle nie myśleli, że to jest dla ludzi. Mąż coś zrobił, postawił, następne zrobił. Dopiero ludzie nam pokazali, że im się to podoba. Byli nawet goście z zagranicy! Stają, robią zdjęcia. Jak widzę, że ktoś zatrzymuje się przy płocie i patrzy, to mówię: proszę wejść, bo z tyłu jest jeszcze więcej. Ostatnio facet był rowerem. Powiedziałam, niech pan rower zostawi i idzie zobaczyć ogród!
Janusz: Jak komuś się podoba, to dobrze.
Krystyna: My jesteśmy zadowoleni, jak ktoś patrzy, śmieje się, robi zdjęcia.
Państwa ogród przez lata przechodził kolejne metamorfozy. A jak w tym czasie zmienił się Sarnów?
Krystyna: Kiedyś jak człowiek szedł na autobus i słyszał, że ktoś jeszcze idzie, to poczekał. Szło się razem, gadało. Teraz wszyscy jeżdżą samochodami. Budują się kolejne osiedla, a w każdym domu dwa samochody. Kiedyś ludzie jechali tutaj za chlebem. Teraz budują się u nas głównie ludzie z miast.
Pani Krystyno, niedawno powiedziała Pani, że ktoś poprosił męża o przycięcie żywopłotu, a przecież to „jak zlecić Matejce malowanie przedpokoju”. Wielokrotnie nazwała go Pani artystą.
Krystyna: Tak. Uważam, że ma dar. Tego się nie da całkiem nauczyć. Może mieć człowiek szkoły, studia, ale jak nie ma tutaj logiki i wyobraźni, to nic nie zrobi. Mąż jest po prostu skromny i sam o sobie tak nie powie. Zresztą mąż ma to chyba po mamie. Teściowa też taka była. Na wsi trzeba było po wykopkach zbierać ziemniaki, człowiek cały czas schylony. To zrobiła sobie coś na długim stylu i chodziła wyprostowana, zbierała ziemniaki na stojąco. To jest właśnie rozum.
Panie Januszu, a Pan sam siebie nazwałby artystą?
Janusz: Nie.
A jak nazwałby Pan to, co Pan robi?
Janusz: Nie wiem. Hobby albo taka moja własna twórczość ludowa. Robię to dla przyjemności.
Bywali Państwo też w dużych galeriach sztuki współczesnej. Jak wspominają Państwo te wizyty?
Krystyna: Bardzo podobało nam się w Katowickim Szybie Wilson. W tym samym mieście, kiedyś poszliśmy na taką wystawę w kopalni, gdzie wszystko było obłożone czarną folią. Takie czarne worki, poskręcane, pozwijane i rozwieszone pod sufitem. Spoglądamy na to z mężem i pytamy panią z obsługi, o co w tym chodzi, co to ma przedstawiać. A ona nam mówi, że trzeba sobie samemu stanąć i pomyśleć, co by to mogło być!
Janusz: Ani diabeł, ani wydra, ani pies. Ale ten, co to robił, pewnie miał jakąś swoją wizję.
Hobby albo taka moja własna twórczość ludowa. Robię to dla przyjemności
Jedna z Pana rzeźb mój portret z aparatem w skali 1:1 — była już prezentowana na wystawie „Widzenie peryferyjne” w Galerii Szarej w Warszawie. Pana ogród pojawił się też w odcinku solo.show, a część realizacji pokazywałem w internecie. Wyobraża Pan sobie, że więcej tych rzeczy wychodzi z ogrodu i trafia do galerii?
Janusz: Jak ktoś chce, to czemu nie.
Krystyna: Ale on tego nie robi na handel! Nie jest tak, że usiądzie i będzie produkował dziesięć takich samych.
Janusz: Zrobiłem, jest. Potem mogę zlikwidować i zrobić coś innego.
To ciekawe. W galerii zwykle zależy nam, żeby praca przetrwała. A tutaj może zarosnąć, zgnić, zostać zjedzona przez ptaki albo Pan ją po prostu rozbierze. Nie żal Panu?
Janusz: No przecież nie będę wszystkiego trzymał. Gdzie? Już teraz jest pełno.
Ostatnio powiedział Pan jednak, że trochę się Panu nie chce. Pamiętam wcześniejsze wizyty, ciągle coś nowego. Jak przychodziła zima i śnieg, nie mógł Pan usiedzieć na miejscu i robił ogromne rzeźby ze śniegu. Kryzys twórczy?
Janusz: Nie wiem, czy kryzys. Po prostu już się zrobiło dużo. Jak już zrobiłem, to po co mam znowu robić? Czasami coś rośnie i sam jeszcze nie wiem, co z tego będzie. Tam, miał być taki grzyb, ale nie wyszedł. Teraz robię z tego sowę.
Czyli jednak ciągle Pan coś kombinuje.
Janusz: No coś tam. Mam taki pomysł, żeby użyć mechanizmu ze szpitalnego łóżka. Taki silniczek z tłokiem, elektryczny. Chciałbym zrobić, żeby ta Jawa ze styropianu się podnosiła nad płot.
Maciej: Cały motor?!
Janusz: Tak. Na wysięgniku. Naciskasz i jedzie do góry. Tylko trzeba zrobić dobrą podstawę, obciążyć, żeby wiatr tego nie obrócił.
Krystyna: I jeszcze ustalić, gdzie to będzie stało.
Z Panią?
Krystyna: Oczywiście.
________________
Maciej Cholewa – artysta wizualny i adiunkt w Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. W swojej twórczości koncentruje się na peryferiach, lokalności i mikronarracjach małych miejscowości. Pochodzi z Radzionkowa, a jego prace – jak cykle Furtki czy Make Radzionków Great Again – są refleksją nad tożsamością i widzeniem z peryferii.
________________
________________