Na postawione w tytule pytanie odpowiedź doskonale znają artystki i aktywistki. Znają, bo wspólne działanie praktykują. Gorzej jest z urzędnikami, którzy nie tylko rzadko wspierają mało spektakularne, oddolne inicjatywy, ale często nawet ich nie zauważają. A co, gdyby działanie na rzecz miasta i jego mieszkanek odbywało się w realnej współpracy? Czy możliwe są kolektywy urzędniczo-artystyczne? Jak robić coś razem a nie przeciwko wzajemnym interesom? Zapraszam na przebieżkę przez kolektywne inicjatywy miejskie, aby zastanowić się nad specyfiką pracy razem. 

 

 

Na stykach jest głośniej

O mieście możemy pomyśleć jako o sieci przecinających się, często w sposób nieprzewidywalny, szlaków, procesów i potrzeb. Żyjąc w złożonym, miejskim organizmie możemy te przecięcia ignorować, usiłując zawsze wydobywać na wierzch „nasze”. Możemy też zacząć zauważać styki i poddać się ich rozbrajającemu potencjałowi. Wtedy szybciej spostrzeżemy, że własne wyobrażenia i przekonania nie zawsze przystają do praktykowanej rzeczywistości. Działania kulturalne i artystyczne, szczególnie te niskobudżetowe, są nieodzownie zatopione w społecznej codzienności i to ona wyznacza dla nich granice i zmusza do kompromisów. To rodzaj automatycznej weryfikacji. Inicjując coś dla innych artystki, artyści, społeczniczki i społecznicy mówią „sprawdzam”. Często to oni jako pierwsze i pierwsi testują rozwiązania, które po latach wdrażane są oficjalnie przez włodarzy miast. Zazwyczaj bez zająknięcia się o oddolnym źródle tych pomysłów. A może dałoby się wykorzystać ten już istniejący model współzależności, aby świadomie budować wspólnoty? Nie te wygodne, w których spoiwem jest wspólny światopogląd czy cel, ale takie, które wynikają ze zderzenia różnych, może nawet skrajnych przekonań.

 

 

        Inicjując coś dla innych artystki i społecznicy mówią „sprawdzam”. Często to oni jako pierwsze i pierwsi testują rozwiązania, które po latach wdrażane są oficjalnie przez włodarzy miast. Zazwyczaj bez zająknięcia się o oddolnym źródle tych pomysłów

 

 

W kolektywnej pracy widzę tyle potencjałów, co zagrożeń, choćby tych, związanych z wykluczaniem i powstawaniem enklaw. Na potrzeby tego tekstu skupię się jednak tylko na jasnych stronach współpracy, która może być antidotum na zmęczenie samodzielną pracą, formą wsparcia i odciążenia przez rozłożenie zadań i zobowiązań – w tym finansowych – w grupie, praktyką dzielenia się umiejętnościami, wiedzą i kapitałem kulturowym, a także sposobem na uzyskanie rozgłosu dla społecznie czy indywidualnie istotnych kwestii. Spróbuję przy tym pokazać, że samo zawiązywanie grup, bez zewnętrznego wsparcia, nie wystarczy. Ale jednocześnie, że sam kapitał związany z pozycją w strukturach władz lokalnych jest równie niewystarczający bez doświadczeń zebranych w byciu blisko ludzi i badaniu ich potrzeb, często z wykorzystaniem narzędzi z pogranicza sztuki.  

 

 

Miejskie ekologie*

Pytanie o skuteczność sztuki zadawano już wiele razy, a zagadnienie zostało dobrze opracowane w zbiorze tekstów pod redakcją dr. Tomasza Załuskiego. Przyglądając się artystycznej mocy wpływania na rzeczywistość, często trudno oddzielić sztukę od aktywizmu, a nazywanie aktywizmu rodzajem praktyki (post)artystycznej jest niezwykle kuszące. Jednym z nurtów takiego działania na granicy jest ogrodnictwo. Nie ma tu miejsca na rozstrzyganie, na ile może być ono formą sztuki. Pewne jest natomiast, że na dobre weszło do świata artystycznego i pielęgnowane jest jako praktyka zarówno instytucjonalna (por. permacultural institutions) jak i niezależna. Przykładem mogą być ogrody społecznościowe** i inicjatywy na ogródkach działkowych. W ten sposób od 2014 roku działa CentrumCentrum, oddolna instytucja Łukasza Jastrubczaka i Małgorzaty Mazur, która swoją siedzibę ma w ogródku na szczecińskim ROD „Przyjaźń”. Oprócz zaangażowania w międzynarodowe projekty, tworzą lokalnie, prezentując na działkach słuchowiska i wystawy, organizując spacery, performując czy tłumacząc teksty.  Zaraz obok, na Wyspie Grodzkiej, ciekawą formę współpracy zainicjowały Agaty Siubijak i Danieli Weiss. Celem artystek było powołanie na ogródkach działkowych Zielonego Domu Kultury – Wspólna grządka. Wyspa, niezamieszkana i skomunikowana z pozostałą częścią miasta mostem dopiero od 2015 roku, jest atrakcyjnym terenem dla miasta i inwestorów. Przykładem niech będzie plaża z beach barem na jej południowej części. Tymczasem, wystarczy spojrzeć na zdjęcia satelitarne, by zobaczyć, że to druga, północna część wyspy – ta, gdzie od lat 40. XX wieku znajdują się działki – tętni życiem. Takim życiem, które wydarza się, kiedy człowiek schodzi na drugi plan. Projekt Wspólna grządka to dobry przykład działania wspólnego, które służyć ma nie tylko ludziom, ale też ochronie przyrody. To alternatywa wobec proponowanych przez włodarzy Szczecina projektów „przywrócenia wyspy miastu”. Zakłada kompromis: otwarcie ścieżek na ROD w ciągu dnia dla spacerowiczów, przy pozostawieniu obecnego zagospodarowania wyspy. Właśnie takie działania, nieobliczone na masowy odbiór, których sukces nie jest mierzony frekwencją, a utrzymaniem spokoju i bioróżnorodności, powinny nadawać kierunek wspólnej pracy w obliczu kryzysu klimatu. Siubijak i Weiss zaprosiły do rozwijania pomysłu rezydujących na wyspie od lat działkowców i działkowczynie. Artystki zostały nagrodzone w konkursie Młode Wilki 2023.

 

IMG 2444a

Łukasz Jastrubczak i Małgorzata Mazur, Centrum Centrum, fot. Marcin Polak


 

Baza dla utopii

Lokalną działalność na działkach prowadzi też warszawski SAM Rozkwit czy wrocławski Ołbiński Ogród Otwarty. To pierwsze, Stowarzyszenie Aktywności Miejskich „Rozkwit”, działa od 2017 roku na terenie różnych ogrodów działkowych w Warszawie. Jak sami jego członkowie i członkinie piszą, prowadzone przez nich aktywności sytuują się „na styku sztuki, projektowania, integracji społecznej i miejskiego aktywizmu”. Warsztaty z land artu, Ogrodowy Klub Seniora, cykl wykładów i zajęć praktycznych o zmianie klimatu, wystawa na ogródkach działkowych, tworzenie modeli ogrodów społecznościowych czy program integracji seniorów poprzez wspólne gotowanie – to niektóre z realizowanych przez Rozkwit pomysłów. Śledząc ich działania nie można mieć wątpliwości, że wspólna praca przynosi zmianę krajobrazu miejskiego. Nie tylko przyrodniczego, ale przede wszystkim społecznego. Pytanie, czy dzieje się to jedynie za sprawą kolektywności. Niewątpliwie Rozkwit wypracował sobie zaufanie miasta jak i samych działkowców. Ich inicjatywy są wspierane m.in. przez Zarząd Zieleni, Biura Pomocy, Biuro Pomocy i Projektów Społecznych m.st. Warszawy i Okręgowy Zarząd Mazowiecki Polskiego Związku Działkowców. Świadczy to w równym stopniu o pracy u podstaw wykonanej przez samo stowarzyszenie, jak i o zrozumieniu i przychylności samych urzędników i osób zarządzających terenami miejskimi.

 

dzien dzialkowca fot marta sobala 26 of 57

Ołbiński Ogród Otwarty, Dzień działkowca, fot. Marta Sobala




Podobna inicjatywa, ulokowana we Wrocławiu na ROD „Lepsze jutro” i działająca od tego samego roku co stołeczne stowarzyszenie, nie miała tyle szczęścia. Ołbiński Ogród Otwarty – zakończył wiosną 2023 roku swoją działalność na ogródkach działkowych. Nowy zarząd wypowiedział umowę użyczenia działki wolontariacko działającej grupie i na powrót zamknął teren ogródków działkowych, które wcześniej, dzięki inicjatywie stały się miejscem dostępnym również dla osób nie posiadająych swojego ogródka. Nie miało znaczenia poparcie społeczności, zaangażowanie i zasługi. Decyzja nowego zarządu „Lepszego jutra” zapadła bez uzasadnienia i, mimo odwołań, nie została do tej pory cofnięta.

    

 

Kartonem i błotem

„Akcja została zorganizowana zupełnie niezależnie, bez żadnych zezwoleń, nielegalnie, z budżetem 0 PLN” – czytamy w opisie inicjatywy społeczno-artystycznej Modraszek Kolektyw, powołanej w 2011 roku w celu ratowania krakowskiego Zakrzówka przed zabudową mieszkalną. Artystki i aktywistki zaangażowane w zainicjowany przez Cecylię Malik i Justynę Koeke protest, użyły kartonowych skrzydeł by zwrócić uwagę na wyjątkowość terenów Zakrzówka***, jako siedliska zagrożonych wyginięciem gatunków: obok modraszka telejusa i modraszka nausitous, to m.in. trzmiele, traszki, ważki i nietoperze. Choć od zakończonej sukcesem – zmianą planu zagospodarowania i wycofaniem się inwestora – akcji minęła przeszło dekada, Zakrzówek, od 2018 roku będący użytkiem ekologicznym, wciąż nie jest bezpieczny. W momencie, kiedy piszę ten tekst zapada wyrok – jeszcze nieprawomocny – Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie, który podtrzymuje ważność uchwały o ustanowieniu użytku ekologicznego, którą wcześniej – nie bez związku z planowaną przez dewelopera budową bloku na tym terenie – próbował unieważnić wojewoda małopolski. Czytając w uzasadnieniu wyroku, że „sąd uznał, że interes publiczny przeważa nad interesem właścicieli działek i że dobro wspólne ma pierwszeństwo nad interesem osobistym właścicieli”, jestem przekonana, że do takiego postrzegania przyczyniły się działania kolektywu Modraszek. Przywołuję tu Modraszek Kolektyw jako modelową wręcz formę wywierania nacisków na osoby, kształtujące miejski krajobraz i przypominania włodarzom, że „miasto to nie firma”. Choć rzadko zakończone podobnym sukcesem, kolektywne inicjatywy zazwyczaj funkcjonują w podobny sposób: bez zaplecza finansowego i prawnego, napędzane bezinteresownym zaangażowaniem ludzi, którym zależy na wspólnym dobru.

 

 

      Fundacja Fenomen dokonuje rocznie ponad 300 interwencji. Większość z nich ma formę mało spektakularnych medialnie pism i wniosków, ale lwia część kończy się sukcesem. Piszę o tym, bo przy całej atrakcyjności i medialności artystycznych gestów, mających zwrócić uwagę władz na problemy w mieście, nie należy zapominać o żmudnej i niewidocznej, ale za to prowadzonej bez ustanku i z efektami, pracy organizacji pozarządowych

 

 

W sprawnie funkcjonujących miastach takie działania są tym, czym być powinny – ulepszającą warstwą kładzioną na podstawę, budowaną przez opłacanych w tym celu urzędników. W większości miast w Polsce jest odwrotnie. Akcje artystyczno-aktywistyczne są reakcją na podstawowe braki i nieprawidłowości w zarządzaniu miastem. Przyjrzyjmy się Łodzi. Jest rok 2010, nikt z decydentów nie zwraca uwagi na błotne klepisko, wyjeżdżone przez nielegalnie zaparkowane samochody. Nie sposób go jednak nie widzieć, bo znajduje się w reprezentacyjnym punkcie miasta, tuż obok Pałacu Poznańskiego. Wtedy Miej Miejsce – wówczas jeszcze nie internetowa gazeta kulturalna, a nieformalna grupa aktywistyczno-artystyczna – organizuje Festiwal Błota. Dopiero rzut kaloszem w kałużę, skate błoting i błotne zapasy przyciągnęły uwagę urzędników. Niemal natychmiastowo ogłoszono plan na uporządkowanie i zagospodarowanie terenu. Mniej więcej w tym samym czasie działa w Łodzi Zebra Bomber i Grupa Pewnych Osób. Notabene we wszystkie te grupy zaangażowany był wówczas redaktor Miej Miejsce, Marcin Polak. Ci pierwsi pod osłoną nocy odświeżają wytarte przejścia dla pieszych, malują koperty parkingowe, a nawet odmalowują choinkę na ścianie jednego z pustostanów. GPO również zajmuje przestrzeń publiczna, jej estetyka, funkcjonalność i dziedzictwo architektoniczne. Sięgają po narzędzia z pola sztuki i typowe dla ruchów miejskich: guerilla gardening, happening, akcja bezpośrednia. Weźmy choćby opakowanie toalety szpecącej Plac Wolności niczym prezent świąteczny, kondukt pogrzebowy dla Fabryki Biedermana albo rozdawanie trawnika na kawałki. Ponad dekadę temu Grupa Pewnych Osób przysłużyła się do rewitalizacji ulicy Lipowej czy wypracowania Standardów Rowerowych. Dziś o te same sprawy, może z mniejszym poczuciem humoru i wykorzystując narzędzia bliższe gestom obywatelskim niż artystycznym, dopominają nadal te same osoby: prowadząc media kulturalno-społeczne czy organizacje pozarządowe. W czołówce plasuje się Fundacja Normalne Miasto Fenomen, w centrum zainteresowania której jest komunikacja i transport – zbiorkom, regulacje transportu samochodowego oraz infrastruktura piesza i rowerowa. Tylko w sprawie tej ostatniej Fenomen dokonuje rocznie ponad 300 interwencji. Większość z nich ma formę mało spektakularnych medialnie pism i wniosków, ale lwia część kończy się sukcesem. Piszę o tym, bo przy całej atrakcyjności i medialności artystycznych gestów, mających zwrócić uwagę władz na problemy w mieście, nie należy zapominać o żmudnej i niewidocznej, ale za to prowadzonej bez ustanku i z efektami, pracy organizacji pozarządowych.

 


Festiwal Błota, Miej Miejsce

 

 

Na szkolnym korytarzu

Wspólna praca w mieście nie dotyczy jedynie przestrzeni publicznej. Dla Dudilli zawiązanie grupy stało się sposobem na wyrażenia potrzeb związanych ze szkolną codziennością. Kolektyw tworzą uczennice szkół średnich w Szczecinie, pod okiem artystki i nauczycielki, tegorocznej absolwentki Akademii Sztuki, Krystyny Julii Brodowskiej. Dziewczyny, posługując się medium filmu, wyrażają swoje doświadczenia związane uczęszczaniem do szkoły. Ich najbliższe środowisko, środowisko szkolne, trudno jest zmieniać akcjami bezpośrednimi, protestami czy petycjami. W publicznych placówkach nadal uczeń i uczennica ulokowani są w ścisłej hierarchii, a ich głosy milkną w konfrontacji ze skostniałymi strukturami. Film, ale przede wszystkim zawiązanie kolektywu dającego rówieśnicze wsparcie i zrozumienie, daje uczennicom z Dudilli możliwość dzielenia się tym, co dla nich ważne. Mówią, nie tylko przez słowa, ale też obrazami, często poetycko, nie czekają na danie im głosu. Ich filmy trafiają na konkursy, a sama grupa została zaproszona do uczestnictwa w zeszłorocznym Forum Przyszłości Kultury. Można zaryzykować stwierdzenie, że w tym przypadku, ważniejsza od zmiany jest sama możliwość działania.

 

Dudilla 3

Kadr z filmu „Co w tym jest, że to takie haszące?”, kolektyw Dudilla 

 

 

Pomysł z tramwaju

Skoro mówimy już o możliwości działania, należy wspomnieć o takich artystycznych inicjatywach, które zawiązują się z braku tej możliwości w oficjalnych ramach instytucjonalnych. Przykłady znajdziemy w każdym z większych miast w Polsce, w którym prężnie działające ośrodki sztuki współczesnej zostały przejęte przez nową – na szczęście już starą – władzę. Przyjrzyjmy się jednak Wrocławiowi. Pod koniec listopada 2023 roku odbyła się tu pierwsza edycja Wrocław Off Gallery Weekend. Trudno nie zauważyć, że był to rodzaj odpowiedzi na kondycję Muzeum Współczesnego. Nie był to jednak zwykły reakcyjny gest, co potwierdziła kolejna zeszłoroczna edycja. Warto dostrzec i drugą, moim zdaniem ciekawszą i w dłuższej perspektywie bardziej owocną, stronę medalu – samoorganizację, potrzebę działania i umiejętność współpracy w dużej skali. Pomysł na WOGW narodził się w tramwaju. Jak opowiedziała mi jedna z inicjatorek, Julia Szoblik z mieszczącej się na strychu starego domu Galerii Nicponiej, potrzeba została wypowiedziana w podróży do radia na nagranie w audycji o kulturze. W drodze powrotnej okazało się, że pomysł kiełkował już wcześniej w głowach innych osób: Jerzego Kosałki, Pawła Baśnika z Kościoła Nihilistów czy Katarzyny Banasiak z Galerii Pracowni Serwis. Ostatecznie program WOGW zbudowało sześć niezależnych galerii, trzy przestrzenie z pracowniami artystycznymi i dwa kolektywy. Bez funduszy, bez odgórnego zarządzania, bez nastawienia na komercyjny sukces. Po dwóch edycjach można już śmiało powiedzieć, że zauważenie przez szerszą publiczność inicjatyw działających bez stałego finansowania zaowocowało wzmocnieniem programów wsparcia, m.in. zwiększeniem ilości dotacji dla niezależnych inicjatyw artystycznych w programie Off Space, finansowanym przez miasto, a zainicjowanym przez BWA Wrocław. 

 

Kościół Nihilistów - "Dark Academia", fot. Wojciech Chrubasik

 

 

 

Kapitał i kapitał

Zatrzymajmy się jeszcze na moment przy pracowniach artystycznych, zupełnie innym sposobie pracy razem. Podyktowane względami praktycznymi, wspólne wynajmowanie przestrzeni nie zawsze musi oznaczać zawiązywania kolektywów, ale często – obok zaspokajania potrzeb lokalowych, nieosiągalnych indywidualnie – prowadzi do „efektu ubocznego” w postaci powstawania kreatywnych hubów. Przykłady można tu mnożyć. Od dzielonych pracowni rękodzielniczych, gdzie koszt specjalistycznego sprzętu rozkłada się na wiele osób, co umożliwia każdej z nich tworzenie, przez artist-run-spaces funkcjonujące jednocześnie jako miejsca pracy i przestrzenie wystawiennicze, po całe budynki adaptowane pod studia artystyczne. Takie miejsca – jak choćby krakowski Skład Solny**** – bardzo często zmieniają krajobraz swojego najbliższego otoczenia. Pojawiają się w niezagospodarowanych budynkach, wprowadzając życie do wcześniej mniej atrakcyjnych dzielnic i okolic. Powstaje coś, co można nazwać przygodną zmianą – taką, która zachodzi, nawet jeśli nie jest nadrzędnym celem jej inicjatorów. To wartość, którą miejscy włodarze chcieliby wytwarzać samymi remontami nazywanymi rewitalizacją, a która wydarza się poprzez stykanie się z nowym, angażującym, z braku lepszego słowa – twórczym – środowiskiem. Wartość symboliczna jest często traktowana jako podrzędna wobec tej, mierzonej w złotówkach, choć wszyscy wiemy, że to właśnie ta nieuchwytna wartość „pracuje” na późniejsze korzyści finansowe. Konflikt interesów pomiędzy budowaniem wspólnego dobra a kapitalizowaniem zysków z gruntów pokazuje znowu, jak ważna jest współpraca nie tylko w gronie działaczek i artystek, ale przede wszystkim ta, między wszystkimi aktorami miejskich organizmów.

 

 

stanbaranski sklad rmk WEB 05

Protest w sprawie Składu Solnego, fot Stan Barański

 

 

Korki ze wspólnoty

Kolektywna praca nie jest więc cudownym rozwiązaniem problemów, z którymi borykamy się żyjąc w mieście. Brak stałego finansowania, skończone zasoby do pracy wolontariackiej, problemy lokalowe, konieczność polegania na niepewnych dotacjach czy w końcu zwykła niechęć władz miasta czy innych grup interesów to kwestie, które pewnie łatwiej rozwiązywać w grupie, ale często okazują się nie do przeskoczenia. Aby wpływać na okoliczności miejskich habitatów i to jak odbijają się one na dobrostanie ludzi (zdrowie fizyczne i psychiczne) i całych ekosystemów, wiele czynników musi zbiec się w czasie. Podstawą może być wspólne działanie – długofalowe, oparte na budowaniu więzi, wzmacnianiu poczucia podzielanego celu, dbaniu o dobra wspólne. Czasem może się nawet okazać kluczowe, przyjmując moc masy krytycznej. Jednak w większości przypadków, powodzenie kolektywnych inicjatyw miejskich zależy od polityki i ogólnej świadomości wartości dóbr wspólnych. W tym kontekście, ciekawym tropem, który warto w przyszłości rozwinąć, jest koncepcja słabego oporu, której korzeni można szukać w eseju Vaclava Havla Siła bezsilnych, i którą klarownie przedstawiła w swoim artykule Słaby opór. Obraz, wspólnota i utopia poza paradygmatem heroicznym prof. Ewa Majewska*****. Być może takie właśnie zwrócenie się ku marginesom, odrzucenie heroicznego pryzmatu, przez który mamy tendencję postrzegać działanie ukierunkowane na zmianę, i poszukanie sprawczości w niespektakularnej konsekwencji opresjonowanych grup, dałoby bardziej adekwatny obraz okoliczności przedsięwzięć artystycznych i aktywistycznych w mieście. Być może wtedy, zamiast cynicznej gentryfikacji, normą stałoby się godzenie się ze stratą najatrakcyjniejszych działek i wprowadzenie systemowego wsparcie dla osób, które zbudowały ich znaczenie.

 

 

       Aby wpływać na okoliczności miejskich habitatów i to jak odbijają się one na dobrostanie ludzi (zdrowie fizyczne i psychiczne) i całych ekosystemów, wiele czynników musi zbiec się w czasie. Podstawą może być wspólne działanie – długofalowe, oparte na budowaniu więzi, wzmacnianiu poczucia podzielanego celu, dbaniu o dobra wspólne

 

 

Wizja magistratów konsultujących decyzje z artystami czy aktywistów szanowanych przez polityków może wydawać się utopijna, dlatego dobrze doceniać niewielkie kroki czynione w stronę porozumień, czy choćby kompromisów. Takim małym krokiem jest uznanie potencjału działań artystycznych jako narzędzia obrazowania kryzysów i problemów oraz wymyślania i prototypowania możliwych na nie reakcji i rozwiązań. Kolejnym krokiem mogłyby być obowiązkowe warsztaty polityczno-artystyczne ze wskazówkami jak działać razem. Po latach debat, petycji i licznych apeli przedstawiciele łódzkiego środowiska kultury doczekali się reakcji władz miasta. Dzięki ich determinacji udało się przekonać urzędników do zwiększenia nakładów na kulturę w Łodzi. W tym roku na konkurs dla organizacji pozarządowych „Łódź pełna kultury” przeznaczono dodatkowe 2 miliony złotych, na stypendia artystyczne przyznano o 220 tysięcy złotych więcej, a instytucje kultury otrzymają wsparcie zwiększone o 32 miliony złotych. Zmodyfikowano też regulaminy konkursów, czyniąc je bardziej sprawiedliwymi, a urzędnicy konsultowali ze środowiskiem wybór nowego dyrektora Wydziału Kultury. Niemożliwy przez lata dialog środowiska z władzami wreszcie przyniósł efekty. Oby nie jednorazowe – oby słuchanie osób działających w kulturze i rozpoznawanie wartości ich działań stało się praktyką, a nie pozostało jedynie precedensem. 

 

 

* Podtytuł jest ukłonem w stronę projektu Ekologie Miejskie, realizowanego w latach 2011-2013 w Muzeum Sztuki w Łodzi z inicjatywy Katarzyny Słobody i Aleksandry Jach. Więcej: http://ekologiemiejskie.msl.org.pl

 

** Ogrody społecznościowe działają w wielu miejscach. Przykładem może być Motyka i Słońce. Zlokalizowana w mekce wspólnotowych działań – na warszawskim Jazdowie – grupa ogrodnicza zaprasza chętne osoby do uprawiania ziemi w centrum stolicy. Warszawskie ogrody społecznościowe zostały zmapowane dzięki programowi Bujna Warszawa, tworzonemu jako pokłosie inicjatywy Zarządu Zieleni m.st. Warszawy. Mapa i informacje: http://bujnawarszawa.pl/ogrody/

 

*** Kompleksowy obraz walorów przyrodniczych i historii inwestycji na Zakrzówku znajdziesz artykule Mariusza Waszkiewicza, w miesięczniku „Dzikie życie”: https://dzikiezycie.pl/archiwum/2020/marzec-2020/zakrzowek-bez-ceglowek-za-to-z-siatka

 

**** Podczas pisania tego tekstu ważyły się losy Składu Solnego. Ostatecznie, w grudniu 2024 roku podczas komisji kultury Rady Miasta Krakowa, dzięki nieugiętości działających tam grupy i osób, zapadła decyzja że Skład Solny będzie działał dalej w dotychczasowym miejscu. Miejscu zagrażała zmiana funkcji – Krakowskie Biuro Festiwalowe miało stworzyć tam Centrum Literatury i Języka Planeta Lem. Dla działających w Składzie Solnym osób wiązałoby się to z przymusowym przeniesieniem. Spontanicznie, oddolnie działające inicjatywy, miały zostać zastąpione oficjalnym biletowanym centrum kultury. Skład Solny to 11 artystek, 15 artystów, 2 galerie, 5 organizacji pozarządowych, 3 kolektywy, 11 kapel i wiele inicjatyw. Tworzące to miejsce organizacje i kolektywy to: Akcja Ratunkowa dla Krakowa, Centrum Sztuki Współczesnej Wiewiórka, Fundacja Kalina (Zupa dla Ukrainy), Fundacja Otwarty Plan, Galeria Skład Solny, GetADarkroom (ciemnia fotograficzna, studio), Kolektyw Siostry Rzeki, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny (kolektyw), MuseLab (produkcja muzyczna), Outpost (szkoła produkcji muzycznej), Piotr Bryła (lutnik), Rock House, Stowarzyszenie Mosaic. Z artystami/tkami ze Składu Solnego: https://miejmiejsce.com/sztuka/nie-myslimy-o-tym-jak-sie-spakowac-rozmowa-z-artystami-ze-skladu-solnego/

 

***** E. Majewska, Słaby opór. Obraz, wspólnota i utopia poza paradygmatem heroicznym [w:] „Praktyka Teoretyczna” 

 

____________

 

Joanna Glinkowska – kulturoznawczyni, redaktorka, krytyczka sztuki. Absolwentka Kulturoznawstwa (specjalności: Nowe Media i Promocja Sztuki) oraz Międzynarodowych Studiów Kulturowych na Uniwersytecie Łódzkim. Fundatorka i była prezeska Fundacji Obszar Wspólny. Publikowała teksty z zakresu współczesnej kultury i sztuki w czasopismach naukowych i popularnonaukowych, m.in. „Sztuka i dokumentacja”, „Miejsce. Studia nad sztuką i architekturą polską XX i XXI wieku” czy „Kalejdoskop kultury”. Stała współpracowniczka redakcji portalu MiejMiejsce.com. W przeszłości związana z Muzeum Sztuki w Łodzi i Teatrem im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Obecnie pracuje w BWA Wrocław, gdzie zajmuje się komunikacją.

 

____________

 

Zdjęcie główne: Kolektyw Modraszek protestuje w obronie Zakrzówka przed Urzędem Miasta Krakowa, fot. Aleksander Hordziej

 

 

Patronite