Mam naturę poszukującą, lubię badać niewiadome, wchodzić w procesy, których finał jest niepewny – mówi Marta Ryczkowska w rozmowie z Sylwią Hejno. Kuratorka i krytyczka opowiada o pierwszych krokach w artystycznym świecie, nocnym pisaniu blogów oraz o tym, że potrzebujemy pozytywnych treści.
Pamiętasz pierwszą wystawę, której byłaś kuratorką?
Tak, to była wystawa Agnieszki Polskiej w galerii Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Lublinie, która mieściła się na Rybnej 4. Malutka galeria, dwa białe pokoje. Byłam tak zestresowana, że miałam na kartce napisany tekst kuratorski i przeczytałam go podczas wernisażu, żeby niczego nie uronić. Agnieszka była początkującą artystką, ale już miała bardzo wyraźny plan na siebie. To jest bardzo ciekawe, bo teraz przed wystąpieniami publicznymi, wystawami czy debatami nie lubię się specjalnie przygotowywać. Wolę być w takim świeżym trybie, w gotowości na to, co się wydarza.
W 2000 roku odbywał się w Lublinie pierwszy międzynarodowy festiwal sztuki performance Artkontakt. Miałam szesnaście lat i z zapartym tchem uczestniczyłam w nim jako wolontariuszka razem z przyjaciółkami z liceum
Mam wrażenie, że u ciebie wszystko zaczęło się od performance. Jakbyś wróciła pamięcią do dawnych lat, jakie artystyczne wydarzenia kształtowały twoją wyobraźnię?
W 2000 roku odbywał się w Lublinie pierwszy międzynarodowy festiwal sztuki performance Artkontakt. Miałam szesnaście lat i z zapartym tchem uczestniczyłam w nim jako wolontariuszka razem z przyjaciółkami z liceum. Pomagałyśmy artystom, wspierałyśmy festiwal organizacyjnie i tłumaczeniowo. Wydaje mi się, że to był moment przełomowy, w którym zdecydowałam, że chcę zawodowo współtworzyć kulturę, być blisko festiwali, sztuki. Na studiach i później regularnie uczestniczyłam w festiwalu EPAF (European Performing Art Festival) w Lublinie i w Warszawie. Pisałam blogi festiwalowe, robiłam wywiady z artystkami i artystami, pisałam recenzje.
Prowadziłaś także bloga Strefa Zrzutu.
On był miejscem na krótkie formy, swobodne relacje z wystaw i wydarzeń artystycznych. Byłam świeżo po studiach z historii sztuki KUL i po grafice na Wydziale Artystycznym UMCS. Gdy miałam ochotę zrzucić akademicki gorset, wprawiałam się w różnych autorskich formach, część z nich lądowała na blogu, niektóre teksty zapowiadały wystawy, inne stawały się kanwą artystycznych reportaży. Sporo tych tekstów jest nadal zarchiwizowanych w internecie. Byłam wtedy bardzo zainteresowana dziennikarstwem gonzo i łączeniem różnych wątków z życia, z kultury, blogowanie było dla mnie wprawką do zawodowego pisania.
Do pisania blogów festiwalowych podchodziłaś bardzo sumiennie.
Zgadza się. Pierwszy Europejski Festiwal Sztuki Performance odbył się w Lublinie w 2004 roku, potem zaczął gościć także w Warszawie. To był bardzo intensywny czas dla Ośrodka Sztuki Performance i dla Fundacji Sztuki Performance, która się z niego wkrótce wykluła. Tworzyliśmy zespół z Martą Bosowską, Igą Gosiewską, Pauliną Kempisty, Tomkiem Majerskim zainicjowany przez Waldka Tatarczuka. Pracowaliśmy nad festiwalem, na początku organizacyjnie, potem również merytorycznie, moją rolą było przede wszystkim pisanie blogów festiwalowych, przeprowadzanie wywiadów z artystami i artystkami. Ostatnio to wspominałam jako wejście w dorosły świat sztuki, to było wspaniałe doświadczenie, pokazujące ocean możliwości, który wydawał się wtedy fascynujący i niezmierzony.
Tworzyliśmy zespół z Martą Bosowską, Igą Gosiewską, Pauliną Kempisty, Tomkiem Majerskim zainicjowany przez Waldka Tatarczuka
O performansie nie najłatwiej się pisze, szczególnie na żywo, to nie transmisja z meczu.
Pamiętam pierwsze zlecenie codziennych relacji online z festiwalu Performance Arsenał w Białymstoku. Jakie to były emocje i ciężar tego zobowiązania. Towarzyszyła mi świadomość, że muszę obejrzeć wszystkie performanse, a było ich dużo i zaczynały się po południu, a potem wieczorem usiąść do pisania relacji. Uznałam, że nie ma sensu pisać banalnych notatek z tego, co się wydarzyło, więc starałam się to wszystko przemyśleć, skontekstualizować i napisać naprawdę solidny tekst na temat każdego wystąpienia. Siedziałam przy komputerze całą noc i nad ranem, kiedy już wszyscy zaczynali dzień, ja się kładłam na chwilę, żeby potem wstać i znowu ruszać do roboty. I tak trzy dni pod rząd. Ostatniego dnia pozwoliłam sobie, aby dołączyć do wspólnej imprezy z artystkami, pod pretekstem robienia wywiadów do tekstów. Byłam zachwycona tą pracą i mam wrażenie, że mnie to zasilało o wiele bardziej niż drenowało.
Jakie to miało znaczenie dla twojego patrzenia na sztukę?
Chyba najważniejsze było dla mnie to, że performance jest szeroki i dużo rzeczy jesteśmy w stanie w nim zmieścić, dobrze oddaje bezmiar sztuki. Nigdy się specjalnie nie odnajdywałam w takim dyscyplinarnym ujęciu. Dla mnie istotne jest to, żeby sztuka dawała przestrzeń, rozsadzała konwencje. Ważne jest też dla mnie jej osadzenie w kontekście społecznym, w jakimś miejscu, wydarzeniach, w problemach, w potrzebach, żeby nie była wyizolowana i sama dla siebie.
Napisałaś doktorat o Beyusie, który dostał prestiżową nagrodę jego imienia, a potem ukazał w Bęc Zmianie pod tytułem „Joseph Beuys a sztuka polska. Afiliacje i procesy równoległe”.
Na pomysł z Beuysem wpadła moja pani profesor Małgorzata Kitowskiej-Łysiak, z którą miałam ogromną przyjemność pracować na samym początku mojego doktoratu. Ona zasugerowała mi Beyusa, widząc moje związki z performance, intuicyjnie wyczuła, że to będzie dla mnie dobry temat. Niestety nie dane nam było dużo czasu, zdążyłam z nią omówić samą ideę i pierwsze przymiarki do tego zagadnienia. I to było w ramach seminarium o reinterpretacji zachodniego idiomu w sztuce polskiej i w sztuce centralnej Europy. Powstało kilka takich prac doktorskich dotyczących tego tematu, m.in. Karolina Zychowicz napisała o Fernandzie Légerze, a Kamila Dworniczak o wystawie fotograficznej „The family of man”. Ja przyznam szczerze, na początku trochę błądziłam po omacku.
Polska literatura o Beuysie była dosyć nikła.
Były dwie dość kanoniczne książki po polsku, był Polentransport, czyli dar Beuysowski w postaci magicznej, wędrownej skrzyni, która znajduje się w Łodzi, ale tak naprawdę o samym Beuysie nie było wiele wiadomo, oprócz tego, że bardzo wielu artystów i artystek wspominało, że artysta wywarł na nich ogromny wpływ. Słyszałam bardzo często, że coś jest inspirowane Beuysem, ale gdy próbowałam drążyć, sprawa się komplikowała. Powstała z tego fascynująca podróż, to była prawdziwa, precyzyjna praca badawcza sprzed czasów AI, polegająca na szperaniu w archiwach, wyciąganiu strzępków z rozmów, układaniu rozsypanych wspomnień, refleksji, teorii. Odwiedziłam archiwum Beuysa w Schloss Moyland, odbyłam kilka podróży studyjnych. Napisanie tej książki zajęło mi sporo czasu. Drugie tyle trwało wydanie jej, bo zależało mi na tym, żeby miała dosyć szeroką dystrybucję. Miałam to ogromne szczęście, że nawiązałam współpracę z Bogną Świątkowską z Fundacji Bęc Zmiana, a książka zyskała piękną oprawę dzięki kolektywowi Kilku.com.
Dla mnie najważniejsze było to, że Beyus potrafił sztukę połączyć z życiem w bardzo wyjątkowy sposób. Różne rzeczy, które mu się przytrafiały i które były trudne, potrafił przepuścić przez filtr sztuki. I to dotyczyło bardzo różnych sfer życia: ekologii, polityki, edukacji, szeroko pojętej sztuki, która okazało się, że może się bardzo tak hybrydowo łączyć z innymi dziedzinami i wywierać na nie wpływ.
To jest dla mnie zawsze ciekawe, że można się znaleźć w różnych miejscach z różnymi ludźmi i nie trzeba mieć zawsze gotowego scenariusza
Jeśli popatrzymy na twoją pracę kuratorki, to jest ona bardzo różnorodna. Masz na koncie wystawy malarskie, jak „Chłodne spojrzenie” czy „Kompleksy i frustracje”, projekty bardziej interdyscyplinarne, społeczne czy miejskie, realizowane m.in. z Otwartą Pracownią, festiwal Landartu czy wystawy dziecięce.
To jest dla mnie zawsze ciekawe, że można się znaleźć w różnych miejscach z różnymi ludźmi i nie trzeba mieć zawsze gotowego scenariusza. Mam naturę poszukującą, lubię badać niewiadome, wchodzić w procesy, których finał jest niepewny. Chociaż wydaje mi się, że w mojej pracy kuratorskiej są wspólne mianowniki, bycie blisko człowieka, poszukiwanie humanistycznych modeli funkcjonowania, projektowania relacji ze sobą i z otoczeniem. Festiwal Landart, jak go wspominam, też był bardzo o relacjach: z ziemią, z naturą, z ludźmi, z rzeką. To było takie naprawdę niesamowicie jednoczące doświadczenie na różnych poziomach, zawiązała się wokół tego wspólnota. Takie doświadczenia zawsze dawały mi dużo radości.
Przełomowy był rok 2021. Wtedy Stowarzyszenie Otwarta Pracownia, którą współtworzysz obchodziło dziesięciolecie.
To był po prostu fenomen, bo my wtedy zrobiliśmy ponad dwadzieścia wystaw w ciągu jednego roku, a w tym dziesięć dużych wystaw w przestrzeniach niegaleryjnych. Przygotowaliśmy cykl wystaw witrynowych w okienku zakładu fotograficznego. Dokumentacje można zobaczyć na stronie Otwartej Pracowni.
Powstawały też wystawy w różnych miejskich przestrzeniach, nie zawsze do tego przeznaczonych, pamiętam nocne zwiedzanie pałacu Lubomirskich i pomieszczenia po dawnym banku.
„10 x 10” to był cudowny projekt, który zrealizowałyśmy z członkiniami i członkami Otwartej Pracowni ogromnym nakładem sił, bo nie jest łatwo robić wystawy, kiedy nie ma się podstawowej infrastruktury. Mieliśmy wystawę w m.in. w pałacu Lubomirskich, przed remontem Muzeum Ziem Wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, gdzie znajdowały się cudowne przestrzenie pałacowe z żyrandolami. W tym miejscu odbyła się wystawa performerska, podczas której odbywały się nocne, performatywne oprowadzania po ciemnych wnętrzach pałacu, naznaczonych mikrodziałaniami, instalacjami, nagraniami, dźwiękami. W jednej z najmniejszych sal powstała camera obscura, przenosząca do wnętrza odwrócony widok na plac Litewski.
Poszukiwałyśmy z Agnieszką Chwiałkowską spektakularnego miejsca na wystawę finałową “10 x 10” i znalazłyśmy. Dogadałyśmy z właścicielem firmy, do której należała kamienica mieszcząca się niedaleko Bramy Krakowskiej, który zaufał nam i przekazał nam całe piętro i podziemia kamiennicy na trzy miesiące bez żadnych opłat. Tam odbywały się różne wystawy, w tym ta główna, jubileuszowa „Ad Extremum. Ciekawe przypadki odpadania głowy”, do której tytuł wymyślił Szymon Popielec, członek naszego stowarzyszenia i też tam pokazał swoje prace. Mieliśmy do dyspozycji pokoje po dawnym banku, miejsce ochrony z kamerami, całe piętro pomieszczeń.
…a w nich ściany z barankiem i dawny skarbiec.
To była trudna przestrzeń, która trochę sypała, z klitkami, lampkami sufitowymi, ale fakt, że ona była w takim stanie, był dla nas też zasobem i my naprawdę zrobiliśmy z tego coś niezwykłego, plus wykorzystaliśmy skarbiec jako miejsce performansu Jerzego Norkowskiego. Sztuka w starym banku z lat dziewięćdziesiątych, to jest po prostu coś niesamowitego. Najbardziej niezwykłe w tym projekcie było właśnie definiowanie przestrzeni na nowo, pozwalanie, aby sztuka wybrzmiewała w nich zupełnie inaczej.
Jak się doświadcza sztuki pozawzrokowo? Ten temat też cię bardzo interesuje. Opowiedz proszę o „Strefie Półcienia”.
Ten cykl realizowałyśmy wspólnie z Agnieszką Chwiałkowską. Dotyczył działań otwierających sztukę dla osób, które mają problem z jej zobaczeniem, działań dla ludzi niewidomych i słabowidzących. Chodziło o to, aby uruchomić i uzewnętrznić te jakości w sztuce, które są pozawizualne. Ten cykl służył więc nie tylko osobom niewidzącym, ale też wszystkim, którzy są zmęczeni, przebodźcowani i czują potrzebę skupienia się na innych zmysłach: na słuchu, dotyku, zapachu, smaku, równowadze i czuciu ciała. To nie była to typowa wystawa, gdzie ktoś przynosi gotowe prace i wychodzi. To był efekt wielomiesięcznych, wielogodzinnych warsztatów, praca wspólnotowa.
Ta wystawa była bardzo bogata i ciągle przyrastała…
Wzięło w niej udział mnóstwo osób. Doskonale pamiętam reliefowe obrazy Piotra Korola, pracochłonne robienie papieru z Basią Mydlak. Przekształciliśmy salę prób Centrum Kultury w pracownię pełną niezbędnych przedmiotów. Powstawała tam masa rzeczy – od produkcji papieru po najróżniejsze rzeźby, cała technologia w jednym miejscu. Były też warsztaty z Justyną Olszewską, doktorantką astronomii i artystką, o dźwiękach z kosmosu. Swoje prace pokazywał też Sasza Adamow, białoruski artysta, dysydent, który prowadził rzeźbiarskie warsztaty i podczas wystawy eksplorował trudny, ważny wątek ucieczki z kraju reżimowego. Ta hybrydowość, otwartość na osoby z różnymi potrzebami i możliwościami sprawiła, że cała wystawa zadziałała łącząco. Objawił się także samorodny talent: jedna z naszych niewidomych uczestniczek, Kaja, zafascynowała się graniem na kieliszkach z wodą i podczas wernisażu zagrała przepiękny koncert.
To było też łączenie sztuki z życiem, bo moja córka Natalka miała wtedy kilka lat i ja tę drogę przechodziłam trochę razem z nią. Ona była taką moją pierwszą testerką tematów warsztatowych i technik artystycznych
Kuratorowałaś też wiele wystaw dziecięcych. Są one traktowane trochę po macoszemu, rzadko można przeczytać jakieś teksty na ich temat. Dla ciebie to zawsze był obszar pełnoprawny, na równi z „dorosłymi” wystawami.
Początek mojej pracy zawodowej w Centrum Kultury w Lublinie był mocno związany z warsztatami dla dzieci. To było też łączenie sztuki z życiem, bo moja córka Natalka miała wtedy kilka lat i ja tę drogę przechodziłam trochę razem z nią. Ona była taką moją pierwszą testerką tematów warsztatowych i technik artystycznych. Z czasem te działania stały się szersze. Razem z Agnieszką pracowałyśmy w Karuzeli Sztuki i wystawy dziecięce były dla nas niesamowicie odkrywcze. Tworzyłyśmy przestrzenie od zera. Pamiętam, jak poszłyśmy do Centrum Spotkania Kultur, aby zrealizować wystawę dla dzieci i pokazano nam zimną, betonową, podziemną salę. A po kilku tygodniach wydarzyła się tam bogata, barwna, pełna energii wystawa „Życioopowieści”. Na koniec wystawy dyrekcja mówiła nam: „zostawcie ją nam, chcemy, żeby była tutaj na zawsze!”.
Te wystawy dla dzieci były zawsze bardzo immersyjne i haptyczne, działały na różne zmysły.
Kolejne wystawy zrobiłyśmy w Centrum Kultury. „Podróż do wnętrza obrazu” odbyła się w oratorium, pokazałyśmy obiekty, obrazy, instalacje a całość spinał wizualnie przepiękny mapping Barta Wolniewicza. Pamiętam te światy, które całkowicie wchłaniały widza. Celebrowałyśmy dziecięcość jako wspólne doświadczenie nas wszystkich. Ludzie nie chcieli stamtąd wychodzić. Był tam tunel z pluszaków, w którym dorośli uwielbiali siedzieć tak samo jak dzieci, bazy i domki robione przez Pawła Korbusa, obrazy do domalowania Tomka Bielaka. To było wspólnotowe doświadczenie pełne energii i wiary, że wszystko jest możliwe. Spotykam czasem rodziców, których kiedyś chodziły do nas na warsztaty i mówią: „te warsztaty ukształtowały estetycznie nasze dzieci”. To piękne usłyszeć coś takiego.
Tego typu pozytywnych wystaw brakuje. Czy dotykamy przekonania, że sztuka musi być czymś trudnym i kontrowersyjnym?
Myślę, że czasem potrzebujemy również ukojenia. Czegoś, co nie zmusza nas do ciągłych poszukiwań. Ostatnio podczas Warsaw Gallery Weekend szukałam malarstwa, potrzebowałam tradycyjnego obrazu. Sztuka nie musi być skomplikowana i wymagać przeczytania piętnastu książek, żeby ją zrozumieć. Czasami wystarczy podstawowy, żywy kontakt.
„Open Form. Wileńska” to jedno z wielu działań poruszających temat Hansenowskiego dziedzictwa w Lublinie. Targ na Wileńskiej nie narzeka na brak artystycznego zainteresowania, tylko pawilony tak jak były, wciąż są w koszmarnym stanie.
To świetne pytanie. W aplikacji lubelskiej Europejskiej Stolicy Kultury pojawił się projekt „Myślenie architekturą”. To projekt badawczy i edukacyjny, który twórczo przetwarza dziedzictwo Hansena a sercem jest Muzeum Osiedli Mieszkaniowych na targu przy ul. Wileńskiej. Tam właśnie osadziła się wystawa „Open Form. Wileńska”, wykorzystując jako ramę przestrzeń zastaną, we współpracy ze społecznością tego miejsca. Targ już był nadgryziony zębem czasu, woda przeciekała przez plandeki. Nie mieliśmy specjalistycznego zaplecza, więc zrobiliśmy wystawę w oparciu o to, co zastaliśmy. Znaleźliśmy się w tym punkcie pośrednim między destrukcją a trwaniem, próbując zachować to, co się da, wydobyć najcenniejsze jakości, zarchiwizować wypowiedziane słowa.
To już nie jest czysta praca kuratorska, a wkroczenie obszar policy-making, czyli szykowania gruntu pod realne zmiany i transformacyjne działania
Pojawił się też ciekawy wątek nieistniejącego artysty, który pociągnęłaś.
Był taki artysta, który zgłosił się w naborze otwartym, nadesłał świetne portfolio, po czym okazało się, że taka osoba w ogóle nie istnieje. Stworzyłam potem pracę nawiązującą do tego „pana Nikt”, tablicę ze sznurkami łączącymi punkty jak w filmach kryminalnych. Świetną pracę zrobił Michał Żyszkiewicz, który notował autentyczne dialogi, słowa i historie wypowiadane przez ludzi na targu, a potem wieszał te kartki z kalendarza w różnych zakamarkach targu. Targ stał się swobodną przestrzenią wystawienniczą, w której działaliśmy twórczo z tym, co zastaliśmy - z relacjami międzyludzkimi, choreografią codzienną, zmienną pogodą, architekturą w stanie powolnego rozkładu.
Pracujesz teraz przy Europejskiej Stolicy Kultury, odpowiadasz za relacje międzynarodowe. Czy masz jeszcze czas na pracę kuratorską, czy zostaniesz urzędniczką?
Choć to może nie jest czysto kuratorska rola, mam teraz moment, żeby wrócić do myślenia o poczuciu wpływu, trochę w duchu Josepha Beuysa. W ramach ESK zajmuję się kuratorsko projektem „Społeczna przestrzeń odporności”, w ramach którego badamy, w jaki sposób kultura może wzmacniać odporność społeczności i wspierać nas w indywidualnym rozwoju i jak my jako sektor kulturalny możemy zadbać o siebie, żeby być w dobrej formie. To już nie jest czysta praca kuratorska, a wkroczenie obszar policy-making, czyli szykowania gruntu pod realne zmiany i transformacyjne działania.
Czyli sztuka faktycznie zmienia rzeczywistość?
Tak, powoli, ale myślę, że tak jest. Nie chcę uderzać w zbyt górnolotne tony, ale sztuka ma ogromne znaczenie. Może nas uratować i dać sens w świecie, w którym te sensy nam się gubią. Twórczość, kreatywność i ekspresja to coś, co warunkuje nasze przetrwanie i trzyma nas przy życiu, kiedy trudno dostrzec jasne punkty oparcia.
______________________
Marta Ryczkowska – dr historii sztuki, krytyczka, kuratorka, koordynatorka wydarzeń artystycznych, wykładowczyni akademicka na UMCS, facylitatorka procesów twórczych, członkini Rady Kuratorskiej Centrum Kultury w Lublinie. Prezeska Stowarzyszenia „Otwarta Pracownia” w Lublinie, członkini rady Fundacji Sztuki Performance. Laureatka medalu prezydenckiego z okazji 700-lecia Miasta Lublin i międzynarodowej nagrody Joseph Beuys Research Prize w 2022 roku. Pracuje na obrzeżach dyscyplin łącząc strategie artystyczne, kuratorskie, krytyczne i tendencje akademickie z zamiarem dekonstrukcji form tworzenia i obiegu wiedzy.
______________________
Sylwia Hejno – dziennikarka, redaktorka, krytyczka. Autorka licznych publikacji z zakresu kultury i sztuki współczesnej.
______________________
______________________
Zdjęcie główne: po prawej Marta Ryczkowska, fot. Konrad Drobek