STREET ART PO NIEWŁAŚCIWEJ STRONIE BARYKADY.

Dalszy brak dbałości o kontekst lokalny będzie znakiem, że naprawdę chodzi nie o niepokorną, egalitarną i wolną sztukę ulicy lecz o starą dobrą dystynkcję – stworzenie czegoś modnego, co w aurze „fajności” ściągnie aspirujących bywalców z wypchanymi portfelami. Tego mogą chcieć władze lokalne, zawsze spragnione żeby małym kosztem poprawić wizerunek miasta, w którym umiera się najmłodziej. Ale Wy Urban Forms nie idźcie
w tę stronę.

 

Murale, które powstały dzięki Fundacji Urban Forms we współpracy z magistratem są słusznie chwalone jako  wielki sukces wizerunkowy i turystyczny, ratujący markę Łodzi, miasta o bardzo złej reputacji, szarego, biednego i zniszczonego. Fundacja nawiązuje kontakty z cenionymi na świecie twórcami murali, w konsultacji z władzami i właścicielami nieruchomości odnajduje dla nich ściany, dba o to żeby na całe przedsięwzięcie znalazły się pieniądze i tak aktualnie mamy już tych murali prawie trzydzieści. Praca Fundacji jest bardzo profesjonalna, upiększa miasto i każdy w Łodzi zna chyba kogoś kto przyjechał tu tylko żeby obejrzeć ich galerię. Na czym więc polega problem?

Mimo wszystkich pozytywów, do ogródka UF wpada coraz więcej kamyczków. Pierwszym było w ubiegłym roku zamalowanie zniszczonego źle widocznego muralu pamiętającego czasy PRLu i zastąpienie go pracą Aryza. Przedstawiciele Fundacji tłumaczyli, że artysta postanowił wejść z dialog z poprzednią pracą, a tamta i tak była w bardzo złym stanie, więc może lepiej na jej miejscu umieścić coś w rodzaju hołdu. Zadziałał mechanizm „nowe zastępuje stare”, są pieniądze na nowy mural, ale na odnowienie starego już nie. Była to decyzja dyskusyjna, chociaż dla mnie nie bulwersująca. Sprawa skomplikowała się w tym roku przy okazji pracy Intiego na retkińskim bloku, ale o tym za chwilę.

Najpierw kilka ogólniejszych uwag. Murale Fundacja nazywa galerią, co sugeruje, że są to dzieła na miarę tego, co można obejrzeć w Muzeum Sztuki. Tymczasem nie ma się co oszukiwać, murale na pewno nie są sztuką wysoką, są bliższe popkulturze, ale nie ma w tym nic złego: tak ma być. Street art to zjawisko, które wypłynęło na fali postmodernistycznego zainteresowania low brow, twórczością subkultur, języku wyrazu artystycznego osób znajdujących się poza kulturą oficjalną, grup marginalizowanych.  Dlatego ma w sobie antysystemowy ładunek. „Legalne graffiti nic nie mówi”, co oznacza mniej więcej tyle, że tylko ten, kto działa wbrew nieludzkim, ogłupiającym prawom systemu może powiedzieć coś ciekawego. Z tej właśnie pozycji, wskazującej, że prace robione na zamówienie władz to rodzaj streetartowego kiczu, krytykowano już zresztą "oficjalne" murale w innych miastach Polski. Z tego też powodu ambiwalentne emocje budzi handlowanie street artem w obiegu galeryjno-aukcyjnym.

Jeszcze ważniejszą cechą street artu jest jego związek z przestrzenią miejską, która należy do jej użytkowników bez względu na ich kompetencje kulturowe. Sztuka ulicy jest przestrzennie egalitarna, a więc antygaleryjna. Galeria, w tradycyjnym ujęciu i we wciąż wpływowej koncepcji białego sześcianu, jest czymś pomiędzy świątynią a probówką na sztukę. Sztuka jest tam oddzielona od społeczeństwa jak za laboratoryjnym szkłem. Sam gest nazwania murali „galerią”, wydaje się niewinny, ale prowokuje wykrojenie ich z tkanki miasta. Zachęca żeby patrzeć na „genialne obrazy”, a ignorować „przypadkowe tło”. Prace stają się „wielką atrakcją” zamiast współtworzyć codzienność, są odrębne zamiast wrastać w miasto. Ludzie przyjeżdżają czy przychodzą żeby je obejrzeć, ale nie żyją z nimi. Bo w galerii relacje są hierarchiczne – widzowie przychodzą tu podziwiać wielkie dzieła, sami pozostają tylko powściągliwymi odbiorcami, na dowartościowanie ich indywidualności nie ma tam miejsca.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ramy, w których pracuje Urban Forms nie pasują do street artu. Sztuka ulicy ma radykalnie inną naturę – być blisko, działać bezpośrednio, dać możliwość wypowiedzi artystycznej każdemu, bez reguł wstępnej selekcji. To przestrzeń odzyskiwania głosu i kultury przez tych, którzy nie mieszczą się w grupie konsumentów kultury wysokiej, których nie uświadczysz grzecznie oglądających obrazy w galeriach. Murale w ich okolicy mogłyby stać się elementem ich codziennego doświadczenia, pomóc im doświadczyć czym jest twórczość, sztuka, kultura, działania symboliczne i jaka jest z nich przyjemność, a przez to podnieść ich jakość życia.

Przyglądając się działalności Urban Forms trudno uwierzyć, że to naprawdę możliwe. Przy okazji powstawania muralu na Retkini do mediów przedostał się głos mieszkańców, którzy byli niezadowoleni z braku konsultacji w sprawie obrazu. Raziło ich podobieństwo przedstawionej postaci do tradycyjnych przedstawień Chrystusa. Fundacja na to, że nie ma obowiązku konsultować niczego z lokatorami, że uzgodnienia z władzami mają zaliczone, a poza tym wielu lokatorom się podoba. Nie było w niej empatycznego dialogu z lokatorami o sposobach interpretacji pracy.
Ta odpowiedź jest niepokojąco bliska złej tradycji łódzkich urzędów, które prześcigają się w lekceważeniu mieszkańców,  dobitnie pokazuje, że Urban Forms znaleźli się po niewłaściwej stronie barykady. Potwierdzają to też wypowiedzi dyrektora artystycznego Michała Bieżyńskiego, które padły na dyskusji o przestrzeni miejskiej  w Instytucie Filozofii UŁ (dn.8.10.2013): „ Nie powinniśmy skupiać się na współpracy z mieszkańcami”. Priorytetem jest „w pełni wolność artystyczna” a angażowanie mieszkańców, to „odgrzewany kotlet – błąd, który pojawia się w innych miastach”*. Punktem odniesienia dla Fundacji jest „kategoria wizytówki miasta”, a „to, co najbardziej wartościowe wypływa z artystów”.

Ta sytuacja przypomina mi ewangeliczną parabolę o nowym winie i starych bukłakach (m. in. Łk 5,37-39). Świeży pomysł i wybór street artu, wciąż zbyt rzadkiej w Polsce praktyki włączania, pluralizmu i emancypacji wtłoczone w stare ramy porządku galeryjnego z dodatkiem skolonizowanej mentalności („zapraszamy tak znakomitych artystów, że głupio nam coś im sugerować”) grozi tym, że młode wino rozsadzi stare bukłaki i zarówno jedno jak i drugie pójdzie na zmarnowanie.

Ustalenia Łódzkiego Regionalnego Kongresu Kultury jasno rekomendują: wszystkie siły mają iść w kierunku partycypacji i kształcenia publiczności, bo z tym jest u nas naprawdę źle. Jest zaskakujące, że Fundacja działająca w wspólnej przestrzeni, tworząca sztukę (prawie) dla każdego nie podejmuje tych tematów. Jak widać z powyższych wypowiedzi nie jest to przypadkowe, przyświeca im inna idea: stawiająca wyżej geniusz artysty i wizerunek miasta. 

Po trzech latach sukcesów, działalność Fundacji nieco spowszednieje łodzianom. Pojawia się zniecierpliwienie czy rozdrażnienie, któremu mój znajomy dał wyraz na facebooku: „Fundacja Urban Forms zamaluje nawet wolną ścianę w twoim kiblu ”, inni mówią o muralach: „masówka”. To sygnał do zmian. Dalszy brak dbałości o kontekst lokalny będzie znakiem, że naprawdę chodzi mniej o niepokorną, egalitarną i wolną sztukę ulicy lecz o starą dobrą dystynkcję – stworzenie czegoś modnego, co w aurze „fajności” ściągnie aspirujących bywalców z wypchanymi portfelami. Tego mogą chcieć władze lokalne, zawsze spragnione żeby małym kosztem poprawić wizerunek miasta, w którym umiera się najmłodziej.

Urban Forms, nie idźcie w tę stronę. Jeśli chcecie coś zrobić dla Łodzi niech to nie będzie wizytówka-wydmuszka, za którą zieje pustka i niezrozumienie, nawet pod płaszczykiem ogólnego entuzjazmu. Wybierzcie nowoczesną mediację, włączenie mieszkańców w prace koncepcyjne, bezpośredni udział w tworzeniu czy towarzyszące warsztaty. W walce o miasto nie stawajcie nawet mimowolnie po stronie władzy i powierzchownego wizerunku, ale pomóżcie mieszkańcom. Jeśli nie twórcami, niech staną się koneserami street artu, a nie biernymi, pozbawionymi głosu figurantami w skansenie dla przyjezdnych z mitycznego wielkiego świata. Zaraźcie ich swoją pasją i pokażcie jak pełniej, świadomiej i bardziej twórczo korzystać z dobrodziejstw kultury. Skorzystajcie z kontaktów z osobami czy organizacjami, które mają doświadczenie w podobnych działaniach. Poczytajcie nie tylko o estetyzujących muralach, ale o innych, idących w głąb wspólnot strategiach street artu. Nowe wino trzeba lać do nowych bukłaków. 

 

*
Sformułowanie „odgrzewany kotlet – błąd, który pojawia się w innych miastach” padło w ożywionej dyskusji dotyczącej partycypacji i stosowania w muralach motywów odnoszących się do historii i tożsamości lokalnej (miejskiej). Michał Bieżyński precyzuje, że to sformułowanie („odgrzewany kotlet – błąd, który pojawia się w innych miastach”) odnosiło się nie do aspektu partcypacyjnego lecz do konieczności odnoszenia się przez artystów tworzących murale do motywów lokalnych, co nie zostało przeze mnie odnotowane.

 

ANNA N. NAWROT
Historyczka sztuki i psycholożka, doktorantka w Katedrze Historii Sztuki UŁ. Publikowała teksty krytyczne w „Formacie“, „Arteonie“ i na www.obieg.pl.

 

 

 

W odpowiedzi na tekst pani Anny Nawrot.

Opublikowany w Miej Miejsce (twórcom winszujemy pięknej inicjatywy) tekst Anny Nawrot „Urban Forms jak ZDiT?” jest przedziwnym pomieszaniem niepełnej informacji ze spóźnionymi receptami. Jako założycielka Fundacji Urban Forms czuję się w obowiązku kilka istotnych spraw w nim poruszonych wyjaśnić.

1. Sektor pierwszy czy trzeci?

Autorka tekstu dwukrotnie akcentuje istotną rolę władz miasta w tworzeniu projektu Galeria Urban Forms: po raz pierwszy, gdy pisze o muralach powstałych „we współpracy z miastem”; po raz drugi, gdy pisze o „pracach robionych na zamówienie władz”.

Fundacja Urban Forms jest podmiotem trzeciego sektora (pozarządowym), co oznacza, że środki na realizację celów statutowych pozyskuje w konkursach dotacyjnych, od sponsorów oraz w ramach działań określanych mianem ekonomii społecznej (prowadzimy działalność gospodarczą).

Realizując kolejne projekty musimy uzyskać zgody organów miasta odpowiedzialnych za przestrzeń miejską, pozyskujemy też od nich informacje o dostępności ścian, ale nie ma tu mowy o zamawianiu u nas prac przez „miasto”. Przyjmowanie zadań do realizacji jest czymś odmiennym od postępowania w zgodzie z przepisami, które narzucają nam uzyskanie pozwoleń czy pozytywnej opinii dla zaplanowanych prac.

Podobnie rzecz się ma z kwestią częściowego dofinansowania naszych projektów z budżetu miasta Łodzi. Środki te pozyskujemy w otwartych konkursach na realizację konkretnych zadań, co więcej ich wysokość to tylko część kosztów, które ponosimy.

Nie działamy zatem „na zlecenie władz miasta”, z pewnością jednak działania nasze cechuje dbałość o naszego miasta wizerunek. I jest to postawa typowa dla wielu łódzkich organizacji trzeciego sektora. Tak, zależy nam na Łodzi. Tak, zależy nam na sztuce miejskiej. W jakim stopniu nam to wychodzi, przekonać się można obserwując nasz fanpage na facebooku. Zapraszamy.


2. Galeryjny charakter łódzkich murali.

Zdziwiona jestem uwagami autorki dotyczącymi „elitarnego” charakteru łódzkich murali tworzonych w ramach Galerii Urban Forms. Obruszać się w XXI wieku, w czasach, gdy na ulicach miasta królują Galeria Łódzka oraz dziesiątki „galerii” i „salonów” łazienek, na elitarny charakter tego terminu, to praktyka co najmniej zastanawiająca. Zarzucanie twórcom łódzkich murali UF „wyższościowej postawy” zastanawia tym bardziej, że „nasza” galeria podoba się znacznej części łodzian, stanowi dla nich punkt identyfikacji z miastem (nawet u tych spośród łodzian, którzy aktualnie przebywają na emigracji), o czym przekonujemy się każdego dnia w kontaktach z mieszkańcami. Przyjmując nazwę Galeria Urban Forms braliśmy pod uwagę słowo „galeria” nie w znaczeniu „przestrzeni świętej, wieży z kości słoniowej” (co stara się przypisać nam autorka), lecz w sensie nadania przestrzeni charakteru niepowtarzalnego, osobistego. Galeria UF to miejsce, choć rozproszone, miejsce osobistych doświadczeń łodzian. To jest też prawdziwa przyczyna, dla której uruchomiliśmy program wycieczek szlakiem murali - wycieczek cieszących się niesłabnącym, zaskakującym nawet nas powodzeniem. Ludzie najzwyczajniej w świecie chcą oglądać, dotykać, doświadczać tych ściennych malowideł, ich malowideł.

3. Czyje murale?

Domyślać się można, że autorka wspomniane wycieczki traktować będzie jako widomy znak sztuczności i wydmuszkowego charakteru naszego projektu. „Ludzie przyjeżdżają, żeby oglądać murale, ale nie żyją z nimi”. Zastanawia mnie, skąd autorka o tym wie? Czy zadała sobie trud przeprowadzenia rozmów z mieszkańcami łódzkich kamienic i bloków, na których widnieją murale naszej Galerii? Fundacja bowiem stara się słuchać opinii mieszkańców, a w bieżącym roku, w sierpniu i wrześniu, przeprowadziliśmy we współpracy z Uniwersytetem Łódzkim badania (pięćset wywiadów pogłębionych na miejscu, „pod” muralami), których wyniki dały nam sporo do myślenia. Okazało się bowiem, że łodzianie traktują murale jako coś swojego, jako stały element miejsc, jako przestrzeń bardzo osobistych doświadczeń. Ba! Niektórzy wprost przyznają, że planują swe codzienne marszruty tak, aby przejść obok jakiegoś muralu. Wyniki wspomnianych badań opublikujemy z początkiem przyszłego roku, w specjalnie przygotowywanym wydawnictwie (podsumowującym siłą rzeczy dotychczasowe nasze działania w przestrzeni miasta).

4. Profetyzm czy epigonizm?

Anna Nawrot zachęca nas, byśmy porzucili przyjętą, niewłaściwą drogę postępowania i wkroczyli na ścieżkę prawdy. Czytając uwagi autorki, zachodziłam w głowę, jak to jest możliwe, że przygotowując tekst wprost odnoszący się do konkretnej Fundacji, autorka nie zapoznała się dokładnie z działaniami tejże. W kwietniu 2013r., czyli w trakcie zaawansowanych już przygotowań do pierwszej edycji Festiwalu Galeria Urban Forms, w wywiadzie mówiłam:  

„Do tej pory artyści dostawali fotografie obiektów i przyjeżdżali do nas z gotową koncepcją artystyczną. Teraz będą cały czas pracowali z wybranym dla nich miejscem, z ludźmi z tą przestrzenią związanymi. Mają tworzyć dzieło
w bezpośredniej reakcji na to, co zastają. Spędzą w Łodzi cały okres festiwalu”.

Kto miał ochotę uczestniczyć w tegorocznych działaniach naszej „Galerii”, ten doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jak dużym stopniu artyści tworzący murale weszli w dialog z mieszkańcami okolicy. Autorka z chęcią przywołała uwagi z kuriozalnego tekstu w Dzienniku Łódzkim, w którym dziennikarz oddał głos dwojgu niezadowolonym mieszkańcom wieżowca na Wyszyńskiego. Czy była Pani na miejscu, gdy INTI przez tydzień tworzył ów słynny mural? Czy rozmawiała Pani z pozostałymi mieszkańcami wieżowca? Czy doświadczyła Pani realnego, żywego dialogu INTIego z mieszkańcami osiedla? Bo my tak i dzięki temu wiemy, gdzie leży prawda, a gdzie jej pozór. Pikniki i spotkania artystów tworzących murale Galerii Urban Forms z mieszkańcami okolicznych kamienic to codzienność naszych działań. Nie zliczę, ile godzin nasi muraliści przegadali z zaangażowanymi „tubylcami”, ile rowerów i ścian spontanicznie pomalowali z czystej chęci współ-pracy i współ-działania. Aby się o tym dowiedzieć, wystarczyło wykonać minimalny wysiłek: przyjść, poobserwować, porozmawiać...

Jakkolwiek jednak sprawy się mają, dziękujemy za pełne troski, choć odrobinę spóźnione, uwagi na temat kierunku naszych działań. Z radością odnotowujemy każdą inicjatywę popularyzującą nasze projekty. Jako, że jednym z celów statutowych naszej fundacji jest „skupianie wokół idei Fundacji szerokiego lobby twórców, krytyków sztuki, przedstawicieli sfery kultury, oświaty i edukacji, prawa i nauki oraz mediów”, serdecznie zapraszamy do żywszego, aktywniejszego niż tylko za pośrednictwem Internetu, obserwowania prac i współdziałania z naszą Fundacją.

TERESA LATUSZEWSKA-SYRDA
Założycielka i wiceprezes Fundacji Urban Forms

 

Patronite