W pierwszej odsłonie cyklu „Sprawy wspólne” Przemysław Pilarski, dramatopisarz i autor „Geja ze wsi”, oraz Patryk Różycki, malarz nominowany do Paszportów „Polityki”, rozmawiali o awansie społecznym jako doświadczeniu formującym ich biografie. Punktem wyjścia stały się dorastanie na wsi, wstyd klasowy i trudne powroty do miejsc pochodzenia. Spotkanie odbyło się w ramach cyklu „Sprawy wspólne”, a rozmowę prowadziła Izabella Adamczewska-Baranowska.
Izabella Adamczewska-Baranowska: Tematem naszej rozmowy są aspiracje i presje. Przemysław Pilarski będzie występował w niej nie jako twórca bestsellerowej „Sztuki obsługi penisa” i dramatów, ale jako autor memuaru zatytułowanego „Gej ze wsi”, napisanego na stypendium artystycznym prezydentki Łodzi. Jeszcze nie został wydany, ale już go przeczytałam i jestem zachwycona. Wreszcie mamy w własnego, polskiego geja ze wsi, a nie żadne tam Eribony czy inne Louisy. Zresztą powstający komiks Patryka Różyckiego też mógłby nosić tytuł „Powrót do Dąbrowic Starych”.
Zacznę od przedstawienia waszych biogramów klasowych. Jest takie pojęcie „autoklasobiografia”. Biogram awansowy Przemysława mam przed sobą, albowiem Przemysław jest współzałożycielem, razem z Renatą Bożek, Związku Pisarzy ze Wsi, takiej subwersywnej grupy literackiej. ZPzW ma na koncie trzy antologie, pierwsze były „Kwiatki polskie”, potem „Włoski polskie”, a w tym roku PIW opublikował „Ptaszki polskie”. Mam przed sobą „Włoski”, które kończą biogramy autorów opowiadań.
A więc: „Przemysław Pilarski, urodzony w 1979 roku, wychował się w Kwasówce w województwie lubelskim. Rodzice prowadzili gospodarstwo, pracując jednocześnie w spółdzielni kółek rolniczych. Jako chłopiec pomagał w polu i chodził do szkoły. Najpierw do szkolnego punktu filialnego w Kwasówce, już nieistniejącego, a od czwartej klasy do podstawówki w Drelowie, wtedy jeszcze imienia miejscowego komunisty, a teraz już Unitów Drelowskich, jak wszystko w tych rejonach. Po ukończeniu liceum imienia Kraszewskiego w Białej Podlaskiej studiował polonistykę na UJ, doprawioną po latach kursem scenariuszowym w Warszawskiej Szkole Filmowej. Eksperymentował też w laboratorium nowych praktyk teatralnych”.
Patryku, zaprezentuj nam, proszę, swój biogram awansowy. Urodzony w 1992 roku w Kole… No właśnie, czy to jest twoja miejscowość formacyjna, czy jednak Dąbrowice Stare – wieś, do której przeniosłeś się z rodziną jako dziecko?
Patryk Różycki: - Absolutnie punktem wyjścia jest Koło, to tam spędziłem pierwszych dziewięć lat życia z krótką przerwą.
Mam trudne zadanie, bo Przemysław swój biogram napisał wcześniej, a ja muszę go ukręcić na szybko.
Ale jak założycie Związek Malarz ze Wsi, to będziesz już miał gotowy.
Patryk Różycki: - Urodziłem się w Kole, w wielodzietnej rodzinie. Moi rodzice byli po awansie. Głównie ojciec, wtedy przewodniczący związków zawodowych. Wspaniałe dzieciństwo: co tydzień wakacje nad morzem, na Śląsku u naszej rodziny, która na dziko zeskładała jakiś pałac poniemiecki. Wszystko było fajnie, aż do momentu, w którym zmarła moja siostra. A potem ojciec zachorował na raka, przeszedł operację. Nasza sytuacja się skomplikowała, trafiliśmy na wieś.
Bardzo się bałem, jak na mnie, chłopaka z miasta, zareagują osoby z nowej szkoły. Oni pochodzili z rodzin rolniczych, my po prostu mieszkaliśmy na wsi, w domu po babci. Te dzieci miały mnóstwo obowiązków, których ja z kolei nie miałem. Przemysław pomagał w polu, ale ja mogłem kopać piłkę całymi dniami, tata niczego ode mnie nie wymagał, miałem się uczyć. Chodziłem do szkoły na wsi, w sensie w gminie, w Kościelcu. Później chciałem uciec stamtąd do szkoły sportowej w Koninie. w której znowu spotkałem się z jakimś wykluczeniem, tym razem dlatego, że byłem ze wsi. Wróciłem do szkoły na wieś z poczuciem wstydu, że moja ucieczka się nie powiodła, bo wytrzymałem w szkole sportowej tylko parę miesięcy - czując się totalnie odrzucony, bez dostępu do komputera, Gadu Gadu i tak dalej.
Kiedy poszedłem do liceum plastycznego, moje relacje z tzw. wiejskimi kolegami się zupełnie rozpadły, więc próba awansu była kosztem relacji.
Studiowałeś w Gdańsku, a teraz mieszkasz w Warszawie. Przemysław – w Łodzi, kiedy rozmawialiśmy dla Wyborczej przed premierą spektaklu „Wracaj”, do którego napisał tekst, mówił: „Nigdy nie będzie mnie stać na mieszkanie w centrum Warszawy, a w łódzkim śródmieściu owszem. Tu jest luz. Pracuję w domu, dużo jeżdżę. Kiedy tylko wysiadam na Dworcu Fabrycznym, czuję się o 15 kilo lżejszy. Nikt wokół mnie nie goni. Mogę odetchnąć”. Biorąc to pod uwagę, można powiedzieć, że odniosłeś większy sukces.
Przemysław Pilarski: - Też mieszkałem w Warszawie! Przeprowadziłem się do Łodzi, co jest może ekscentryczne, ale tak wyszło.
Czy uważacie się za uciekinierów ze wsi? Bo powroty, nie do Reims, tylko do Kwasówki i Dąbrowic Starych, są wyraźnie obecne w waszej twórczości.
Przemysław Pilarski: - Tak, ja się uważam za uciekiniera, nie mam żadnych sentymentów. Ale to dlatego, że dorastałem w rodzinie dysfunkcyjnej, więc moja ucieczka była podwójna. I nie do końca się udała, bo rodzina nadal jest i ta wieś też istnieje. Nie trzeba tam jeździć, ale to nie jest takie proste, że można sobie zamknąć rodzinę i powiedzieć do widzenia. Owszem, nigdzie nie jestem u siebie, ale nie czuję się, tak jak się to zdarza w literaturze francuskiej, zdrajcą swojej klasy.
Myślałem sobie, że jeśli nikt stąd nie wyjedzie i nie opowie tej historii, jakoś nie usprawiedliwi ich bycia i tego, ze są właśnie tacy, jacy są, będzie można uznać, że to ich wina. Że się po prostu za mało postarali
Nie da się przyłożyć książek Eribona czy Louisa do Polski, no bo jakie klasy po pięćdziesięciu latach komunizmu…
O właśnie, zanim oddam głos Patrykowi, zacytuję fragment „Zmiany: metody” Edouarda Louisa, czyli spowiedzi 26-latka, który przeżył wszystko i „uciekł przed losem” – przemocą, ciężką pracą, biedą. Louis pisze, że czytał Platona, Kanta, Derridę, Beauvoir i wymyślił sobie nowy sposób gestykulacji i mówienia. Opłaciło się. „Spotykałem się z najbogatszymi ludźmi świata. Kochałem się z mężczyznami, u których w salonach wisiały obrazy Picassa, Moneta, którzy podróżowali wyłącznie prywatnymi samolotami i zatrzymywali się w hotelach, gdzie noc, jedna noc, kosztowała tyle, ile w czasach dzieciństwa zarabiała rocznie cała moja siedmioosobowa rodzina. Byłem blisko z arystokracją, bywałem na kolacjach w domach książąt, jadałem z nimi kawior […]”
Przemysław Pilarski: - Kawior to można sobie teraz kupić w markecie
W „Geju ze wsi” nie używasz narracji pierwszoosobowej, tylko piszesz o sobie per „chłopak”. Jest tam takie zdanie życzeniowe, kiedy właśnie dokonuje się to wyjście ze wsi: „Dostałby inną tożsamość, inne życie, ale w pakiecie z tym, że jest to prawdziwy on, że to jest jego, że dotychczasowe było błędem kogoś, kto go na przykład źle obsadził”. Natomiast Patryk namalował obraz zatytułowany „Ja w wieku dwudziestu lat, jest 2012 rok, tuż przed wyjazdem na studia patrzę w pole przed sobą, przestrzeń, którą zostawiam. Patrzę na to z nadzieją, że tam gdzie wyjadę zbuduję sobie lepsze życie”. Dlaczego to twoje życie nie było na tyle dobre, żeby cię satysfakcjonować?
Patryk Różycki: - Słuchając Przemysława, zastanawiałem się, czy ja uciekłem, a jeśli tak, to od czego. Myślę, że od trudu emocjonalnego, który narósł przez te wszystkie problemy i doświadczenia, które przez które przychodziła moja rodzina. Ciekawe, że pomyślałem, że to oni przez to przychodzili, a nie ja, że ja byłem jakoś od tego oddzielony, jakbym był w jakimś swoim świecie, zupełnie odseparowany.
Odpowiem na pytanie anegdotą. Wczoraj byłem w Katowicach i leżałem sobie na łóżku hotelowym, oglądając telewizję. Leciał odcinek „Rodzinki.pl”, tej nowej. Przypomniało mi się że nie lubiłem tego serialu, kiedy byłem nastolatkiem, bo widziałem coś, czego nie mam w domu. Nie dość, że były tam piękne mieszkania i ludzie, którzy ze sobą rozmawiają, rodzeństwo, które ma ze sobą relacje, to jeszcze rodzice byli czuli. Kiedy wczoraj oglądałem nowe odcinki, znowu poczułem tę samą złość na nich. Dlaczego ja tak nie mam? Bo Rodzinka.pl jest teraz o tym, że synowie są dorośli i mają świetne relacje między sobą i z rodzicami. Czuję złość, że to zostało odebrane mojej rodzinie. A ja chciałem tak żyć, kultura cały czas generowała we mnie takie potrzeby. W serialach i filmach widziałem rzeczy, których w domu nie miałem, bo rodzice byli bezsilni, bo system pozostawił ich samych sobie. Myślę, że uciekałem po prostu do tego lepszego świata, który widziałem w telewizji. Wydawało mi się, że – wow! – jak już będę w tym innym świecie, to kiedyś sam zbuduję taką rodzinkę.
Przemysław Pilarski: - Ja już byłem dorosły, jak zaczęli emitować Rodzinkę.pl, ale czytałem dużo książek i oglądałem filmy, był taki cykl Kocham Kino. Po latach to mnie zostało. Kolega zawsze mówił, że może dzisiaj obejrzymy jakiś film o dziwnym chłopcu, który dorasta w dziwnej rodzinie i chce się stamtąd wyrwać. Na przykład „Co gryzie Gilberta Grape’a”. To była ważna figura w latach 90 w kinie amerykańskim. Teraz mi przychodzi do głowy Billy Elliot, który był dużo później, ale to jest mniej więcej tego typu narracja. Druga rzecz to książki, czytałem wszystko, co było w bibliotece wiejskiej w Drelowie.
Ale kiedy byłem dziesięciolatkiem, wyznacznikiem aspiracji był dla mnie Rocky Balboa. Utożsamiałem się z tym: bokser z Filadelfii nagle dostaje złotą szansę, wykorzystuje ją, walczy, jego status się polepsza. Traci dom, ale, jak wiadomo, w czwartej czy piątej części wraca do tej Filadelfii. Albo film „Wielkie nadzieje”… W tej historii też widziałem siebie: jest chłopak, który fajnie rysuje, robi karierę, wyjeżdża do Nowego Jorku.
Patryk Różycki: - Być może z powodu rozmaitych ówczesnych predyspozycji nie myślałem o sobie jako bokserze, raczej o dziwnym chłopcu.
A czy twoja szkoła sportowa nie była próbą wpisania się w dominujący dyskurs męskości? Nie chciałeś być silnym facetem?
Patryk Różycki: - Chodziło raczej o piłkę nożną, oglądaliśmy rankiem Magazyn Ligi Mistrzów, gdzie pokazywali chłopców ze szkółek piłkarskich typu Ajax Amsterdam, czy tam PSV Eindhoven, albo z Ekwadoru, z Peru. Osiągają sukces, wracają jako szesnastolatkowie na swoje wsie, budują rodzinom domy. Też tak chciałem!
Przemysławie, a tymczasem bohater „Geja ze wsi” zobaczył w telewizji Jerzego Kosińskiego. I to on został duchowym ojcem „chłopaka”.
Przemysław Pilarski: - „Gej ze wsi” nie jest memuarem, to autofikcja.
Czy chciałem pisać jako dziecko? Jako Związek Pisarzy ze Wsi wydajemy pismo literackie „Pole”. Jeden z numerów był poświęcony rzeczom, które pisaliśmy jako dzieci. Ja tworzyłem powieść „Geniusz uwsteczniony”. Ale myślałem też, żeby być nauczycielem. Bardzo lubiłem panie ze sklepu, bo to taka czysta praca. Bo generalnie mężczyźni na wsi to byli właśnie ludzie brudni, łącznie z moim ojcem, a ja chciałem mieć ładne rączki i czyste paznokcie. Pragnąłem odejść jak najdalej od wiejskiego wzorca męskości.
Wróćmy do tematu ucieczki. Od czego właściwie uciekliście?
Patryk Różycki: - Ja od problemów, które były w domu, od choroby, od beznadziei i bezradności, która mnie otaczała.
To jest zaskakujące, bo każdy, kto zna twoje malarstwo, powie, że pokazujesz fantastyczne relacje rodzinne i masz głęboką więź z tatą. Nie domyśliłabym się, że coś tutaj mogło być nie tak. W „Geju ze wsi” sprawa jest ewidentna. Może to wynika z różnicy pokoleniowej między wami? Dorastałeś już po zwrocie etycznym, troszczysz się, żeby nikogo nie obrazić.
Patryk Różycki: - Faktycznie, jestem na to wrażliwy. Ale moja ucieczka ze wsi była też próbą znalezienia uzasadnienia dla życia moich rodziców. Myślałem sobie, że jeśli nikt stąd nie wyjedzie i nie opowie tej historii, jakoś nie usprawiedliwi ich bycia i tego, ze są właśnie tacy, jacy są, będzie można uznać, że to ich wina. Że się po prostu za mało postarali. Wziąłem na siebie.
Granicznym doświadczeniem była śmierć mojej siostry. Miałem wtedy pięć lat, ona szesnaście. Chodziła do technikum, jako jedyna się edukowała, miała przed sobą jakąś przyszłość. Umarła – i te wielkie oczekiwania pozostały. Przyjąłem to na siebie. Postanowiłem, że pójdę do liceum, napiszę maturę, zacznę studiować i będę pokonywał kolejne szczeble, żeby uzasadnić to, że moja rodzina ma sens. Bo cały czas słyszałem od ojca, że to wszystko jest bez sensu. Że życie osób, które nic nie osiągnęły, jest bezcelowe.
Namalowałem kiedyś obraz zatytułowany „Mój brat Klaudiusz przy pracy w Chotomowie pod Warszawą”. Zrobiłem to właśnie po to, żeby ojciec zobaczył, że akceptuję brata, że się go nie wstydzę, że przyjmuję go takim, jakim jest. I może zaakceptował też siebie. To się oczywiście nie wydarzyło.
Moim zadaniem jest też usprawiedliwienie takich ludzi wobec społeczeństwa, które totalnie bagatelizuje historię osób z mniejszych ośrodków, nieuprzywilejowanych ekonomicznie. Są spychani na margines, nie reprezentuje się ich w dobry sposób. Mamy Smarzowskiego, który po prostu bierze dramat jakiejś rodziny, osób mieszkających na wsi, w trudnej sytuacji ekonomicznej, wręcza im toporek i wódkę… I powstaje obraz wsi. A ja się z tym nie zgadzam. Walczę z tym uproszczeniem, kulturowym stereotypem.
Dlatego w „Geju ze wsi” pojawił się Kosiński, trochę w ramach autoasekuracji. Jest dla mnie tarczą: może mówię prawdę, ale może nie mówię prawdy, może to jest wymyślone. A może chciałem po prostu powiedzieć: pokazuję wieś taką, jaka ona jest
Przemysławie, co ty na to? „Chłopak” z „Geja ze wsi” lekcje odrabiał przy stole nakrytym ceratą. Ojciec zabierał stół, gdy zabijał świnię. „Użydowić” oznaczało w słowniku babki „zabić”.
Przemysław Pilarski: - No ja akurat mam takie właśnie doświadczenia i takimi je opisuję. Mój bohater wychowuje się w dysfunkcyjnej rodzinie, w której ojciec pije, chce się wieszać, matka wykorzystuje dziecko do tego, żeby bronić się przed ojcem. Babcia wszędzie chodzi z bagnetem, więc prawdopodobnie ma jakąś traumę.
Dlatego w „Geju ze wsi” pojawił się Kosiński, trochę w ramach autoasekuracji. Jest dla mnie tarczą: może mówię prawdę, ale może nie mówię prawdy, może to jest wymyślone. A może chciałem po prostu powiedzieć: pokazuję wieś taką, jaka ona jest. W moich wspomnieniach jest właśnie taka.
Patryk Różycki: - Ale taki dosadny, popowy obraz wsi – ludzie z toporkami i wódką w ręku – u Smarzowskiego czy u Szumowskiej w „Twarzy”, budzi strach i uprzedzenia ludzi z miasta i klasy średniej. Skupia się tylko na ilustracyjnym geście, na wizualności, nie niuansuje. Nie pokazuje, dlaczego ludzie podejmują takie a nie inne decyzje życiowe. Kiedy malowałem obraz, na którym jako dwunastolatek wylewam wódkę do zlewu, żeby mój ojciec się nie szarpał z moimi braćmi, to nie chodziło mi o ilustracyjność, tylko o opowieść o doświadczeniu. Bo też mam takie wspomnienia, ale pytanie brzmi: gdzie te perspektywy spotykają się i budują szerszy obraz społeczny.
Przemysław Pilarski: - Nie wiem, jaki background mają Smarzowski czy Pasikowski, ale Szumowska jest córką krakowskiej pisarki, więc w jej przypadku można mówić o ostrym klasizmie.
Po lekturze „Geja ze wsi” miałam wrażenie, że twoja wieś jest okropna i że to metonimia Polski. Cytat: „Ja jestem prosty chłopak, pochodzę z tradycyjnej rodziny. Matka Polka, ojciec pijok. Mieliśmy owczarka niemieckiego, nazywał się Cygan, a każdej niedzieli na deser było ciasto murzynek. To mnie ukształtowało, prawdziwe polskie wartości”. Na Youtube są jeszcze niektóre z twoich stand-upów, kilka przeniknęło do „Geja ze wsi”.
I u ciebie, i u Patryka, jest wstyd, ale u ciebie dodatkowo strach i wstręt. „Gej ze wsi” zaczyna się od sceny obrzucania się chrabąszczami.
Patryk Różycki: - Ta różnica wynika z tego, że moi rodzice nie byli rolnikami, tylko żyli sobie na wsi z renty. U mnie jest głównie wstyd, ale ja z tym wstydem wychodzę do społeczeństwa, głównie do kultury, i właśnie kulturę winię za to, że się wstydzę. Nie mam złości na moją rodzinę czy na wieś, bo ludzie nic złego nie zrobili, to system sprawił, że ludzie znajdują się w trudnej sytuacji. To kultura odpowiada za moje emocje ze względu na pochodzenie.
Jest taki świetny obraz Patryka „Rodzina plująca pod MSN”. Opowiedz, jak on powstał.
Patryk Różycki: - Byłem w Gdańsku na wystawie przyjaciółki, z bratem, siostrą i mamą. Brat i mama palili papierosy i nagle mój brat pod tą galerią splunął. Poczułem wstyd, pomyślałem: „Co on robi, jeszcze ktoś mnie z nim tutaj połączy, bo przecież stoję obok niego, jesteśmy podobni jak dwie krople wody”. Ale natychmiast pomyślałem też: „dlaczego mam się wstydzić tego jego gestu?” Tylko dlatego, że jest jakaś umowa - wypowiedziana czy nie - że się po prostu tak nie robi, że to jest obrzydliwe? Mnie to w sumie nie obrzydza, bo widywałem to kilka razy dziennie. Mój brat pluł, mój ojciec pluł… Jak jestem na wsi i idę przez podwórko, to też sobie splunę, i to jest normalne. A nagle znalazłem się w jakiejś dziwnej przestrzeni, która wprowadza inne zasady gry. Czy mam się wstydzić tylko dlatego, że dookoła stoją ludzie w wyprasowanych koszulach, którzy się na coś umówili?
MSN reprezentuje na tym obrazie sztukę współczesną, środowisko, które nie pozwala mi na wykonywanie pewnych testów. To z kolei złączyło mi się z jeszcze inną historią, bo kiedyś byłem też pod MSN-em, poszedłem na jakieś otwarte wystawy, i tam była knajpa, w której było bardzo, bardzo drogie picie. Więc przyniosłem własne z Żabki i jacyś ludzie, też z własnym piciem, tylko z innego sklepu, spojrzeli na mnie i powiedzieli, żebym może wypił to gdzieś w krzakach, bo mnie wyśmieją. Mam się wstydzić tego, że mnie nie stać na bycie tutaj i korzystanie z dobra wspólnego?
Przemysław Pilarski: - Wstyd jest częsty, pojawia w dziwnych, nieoczywistych sytuacjach, po wielu latach. Na przykład kiedy się przeprowadziłem z Krakowa do Warszawy, to trafiłem do kręgu galerii Rasta, która wtedy była bardzo modna. Byłem więc z Warszawki. A mimo to wczoraj wszedłem w Warszawie do sklepu Uniqlo, który jest bardzo fancy, i poczułem się nie na miejscu. Zawsze jak ktoś na mnie patrzy czuję, że coś jest ze mną nie tak. Nawet kiedy ktoś uśmiecha się do mnie na ulicy. Ale może to jest związane nie z doświadczeniem klasowym, tylko z pochodzeniem z rodziny DDA. Osoby z takich rodzin – z domów, do których nikogo się nie zapraszało, bo była w nich jakaś tajemnica - często opowiadają o strachu, że ktoś się czegoś o nich dowie, że prawda się ujawni.
Ciągle sobie zapisuję rzeczy, które muszę przeczytać albo obejrzeć, bo ich nie widziałem ani nie słyszałem. Zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę poważną. Można to interpretować jako kompleksy? Głupi nawyk, przekonanie, że muszę nadrabiać. W Kwasówce nie było przecież filharmonii.
Patryk Różycki: - Skoro mowa o muzyce… Cytowałaś Louisa. Nie byłem wprawdzie w arystokratycznym mieszkaniu, ale zaproszono mnie do domu kogoś z muzycznego środowiska. Puściłem „Przez twe oczy zielone”, a wcześniej, żeby jakoś uzasadnić mój pobyt tam, powiedziano, że jestem nominowany do Paszportów Polityki. Oczywiście jak usłyszeli disco polo, byli w szoku.
To był gest prowokacyjny?
Patryk Różycki: - Nie, no, ja prostu lubię tą piosenkę, ona jest bardzo ładna.
Lubię być w miejscach, w których czuję się wykluczony. To dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Wiele się mówi o tym, że ludzie noszą wstyd w sobie, że to nie jest wina innych. I nagle puszczam na imprezie „Przez twe oczy zielone” i okazuje się, że to jednak ludzie mnie zawstydzają, że źródłem wstydu jest ich spojrzenie. Łapię się na tym, że jak się czegoś wstydzę, to chcę to jak najszybciej wypowiedzieć, jakbym chciał sprawdzić, czy w danym miejscu zaakceptują mnie totalnie.
Też tak robisz?
Przemysław Pilarski: - W życiu. Nie mógłbym czegoś takiego zrobić, interpretuję to jako gest odwagi.
Ale może to jest kwestia interpretacji. Byłem ostatnio w teatrze, zacząłem otwierać butelkę wody. Aktorka spojrzała ja mnie wymownie, a ja jej odpowiedziałem: „fajnie zrobiłem, nie?". Taki bąk w salonie.
Przemysławie, czym jest, czym jest dla ciebie wieś?
Przemysław Pilarski: - Na to się nakłada bardzo dużo rzeczy, bo też kwestia mojej seksualności. To nie jest tak, że bardzo żałuję, że w „Geju ze wsi” posłużyłem się grubą kreską i pokazałem chłopaka, który jest batożony cepami, bo jest gejem. Może to nie backlash, bo w Polsce nie było rewolucji obyczajowych, ale taki rodzaj opresji wobec osób LGBT pojawia się od ludu. Dlatego mam wobec niego taki sprzeciw.
Pamiętam doskonale taki film nagrany na Lubelszczyźnie (Kwasówka jest w okolicach Białej Podlaskiej): jakiś facet bez zębów po prostu mówił a propos projektu ustawy o związkach partnerskich, że na Majdanku są piece i tam trzeba ich palić. Więc taki jest mój stosunek do wsi: ten lud mi zagraża, ten lud głosuje na Brauna. Jest we mnie po prostu wściekłość. Myślę, że uprawniona, bo od 47 lat nie mam pełni praw w tym kraju, między innymi przez takich ludzi i przez kościół.
W Łodzi fascynuje mnie to, że dookoła są same pałace, a ich właścicieli dokądś wywiało. Mam świadomość, że w każdej chwili może wydarzyć się coś, co mnie zmiecie z planszy
W „Geju ze wsi” jest również kontekst antysemicki. Dużo działo się w lesie, obok którego mieszka „chłopak”. Chyba to, że zrealizowałeś tyle spektakli podejmujących temat Zagłady, też jest wynikiem twojego pochodzenia.
Przemysław Pilarski: - Tak, wiele razy zastanawiałem się, dlaczego tak bardzo interesuję się tematem Holokaustu. Pewnie chodzi o podobieństwo doświadczenia bycia wykluczonym. W Łodzi fascynuje mnie to, że dookoła są same pałace, a ich właścicieli dokądś wywiało. Mam świadomość, że w każdej chwili może wydarzyć się coś, co mnie zmiecie z planszy.
Nie wydaje mi się, żebym miał jakieś żydowskie korzenie, ale rzeczywiście były takie momenty, że mocno ocierałem się o filozofię. Przyjaciółka mieszkająca w Jerozolimie udzieliła mi kiedyś nawet ślubu na Górze Oliwnej z moim ówczesnym chłopakiem, później musieliśmy się tam rozwieść, więc pojechaliśmy znowu.
W „Geju ze wsi” faktycznie piszę o lesie. Facet z pobliskiej wsi, która nazywa się Pereszczówka, przechowywał Żydów, a potem wyprowadzał ich do lasu i zabijał. To są opowieści tej wsi: tamta ogórki hodowała, tej się krowa ocieliła, a tamci to Żydów wynosili do lasu i zabijali. Chłodna wiedza… To jest jakiś element tego pejzażu. Mojego prawosławnego pradziadka zabili polscy partyzanci, moja babcia była katoliczką, ale znowu polscy partyzanci chcieli ją zabić, bo myśleli, że jest Ukrainką… To wszystko było tam takie podpierdolone. Teraz już się trochę wygładziło, ale ja pamiętam to właśnie w ten sposób. No i co ja zrobię?
A jeździsz na tę wieś? Bo Małgorzata Mycek opowiadała w jednym z wywiadów, że jeździ do siebie, ale udaje tam córkę rolnika.
Przemysław Pilarski: - Mój problem polega na tym, że jestem niewywikłany z tej rodziny. Rodzice są już starzy. Dawno temu powinienem był podjąć decyzję o niejeżdżeniu, a teraz już jest za późno.
Patryku, ty jesteś w związku poliamorycznym. To też jest to pewien rodzaj nienormatywności, prawda? Ale powiedziałeś o tym rodzicom i oni to zaakceptowali.
Patryk Różycki: - Zanim odpowiem na to pytanie, muszę zaprotestować, bo nie zgadzam się z Przemysławem, że to lud jest winny ksenofobii. Elity i celebryci są winny. Najbardziej popularny komunikat nie płynie w obronie osób LGBT czy mniejszości, tylko liberałów.
Bardzo się stresowałem tym, jak opowiedzieć o swojej relacji rodzinie. Mój ojciec powiedział kiedyś coś strasznie homofobicznego przy stole. Byłem akurat kilka tygodni po pierwszym seksie z mężczyzną, który tak po prostu się wydarzył. Wtedy, przy tym stole, odpowiedziałem ojcu: „A co ty na to, że twój ukochany syn robił loda innemu mężczyźnie”. On tego w ogóle nie skomentował.
Jak im powiedziałem o mojej relacji z Martyną i Michałem, przyjęli to normalnie. Mama zapytała o jakąś techniczną sprawę, typu: jaki jest system spania ze sobą, jakieś najzwyczajniejsze w świecie pytanie.
Bronię wciąż mojej rodziny i osób z mniejszych miejscowości, bo myślę, że mam z rodziną inny rodzaj relacji. Od początku studiów dbam o to, żeby moja relacja z nim była bardzo bliska. Przyglądamy się naszej historii. To, że maluję obrazy o wyrywaniu z rąk wódki i innych trudnych doświadczeniach, jak branie kredytu na studia czy śmierć, pozwala mi z nimi rozmawiać. Możemy wspólnie przemyśliwać naszą historię. To mi pomaga w bezpośredni sposób komunikować im różne rzeczy.
Jest jedna różnica, którą dostrzegłam między wami. Sporo się mówi o kosztach awansu, choćby takiego prostego, przestrzennego, jak migracja ze wsi czy z prowincji do dużego miasta. Magda Szcześniak całą książkę o tym napisała, „Poruszeni”. W tytule chodzi nie tylko o przeniesienie się z jednego punktu do innego, ale też o emocje: zerwane więzi, poczucie wykorzenienia. U ciebie, Patryku, bardzo wyraźnie to widać. Opowiadasz o tych relacjach, które gdzieś tam przepadły, które straciłeś. Natomiast Przemysław niczego nie żałuje.
Przemysław Pilarski: - Tak naprawdę moja ucieczka nie jest radykalna, przecież tam wracam. To wszystko jest płynne, symboliczne, więc to nie jest tak, że ja się czuję jakiś nie stamtąd. Przecież jestem i stamtąd, i stąd, i jeszcze z paru innych miejsc, bo przemieszczałem się nieustannie, a teraz też mieszkam w dwóch różnych miastach jednocześnie.
Natomiast zacząłem się zastanawiać nad relacjami, bo – nie wiem, czy to jest kwestia pochodzenia – nie umiem utrzymać relacji. Jestem raczej towarzysko responsywny, jak się ktoś odezwie, to dobrze. Na wsi nie miałem takich relacji. No, może z jedną dziewczyną, która przyszła na moje spotkanie autorskie w Warszawie.
W „Geju ze wsi” opisujesz, jak „chłopak” zobaczył w McDonaldzie znajomego ze wsi i przesiedział tchórzliwie kwadrans w toalecie.
Przemysław Pilarski: - To akurat fikcja literacka, ale takie sytuacji mogłyby się wydarzyć.
Patryk Różycki: - Byłem kiedyś u rodziców i wyszedłem sobie na spacer po wsi. Widzę, że jedzie samochód… Namalowałem obraz, tytuł jest taki: „O! Mój kolega, kurde, z dziewczyną jedzie, a ja sam, na spacer poszedłem, heh, pewnie myśli, że mi odbiło, nikogo nie ma, chuj wie, co robię”. Bo spacerowanie to jest taki miejski zwyczaj: idę sobie do parku i tak dalej. To jest największy koszt, żałuję relacji z przyjaciółmi.
Wyprowadzając się do miasta, które zapewnia mi rozrywkę kulturalną, utraciłem mnóstwo starych relacji. Została mi jedna, dwudziestoletnia. Ciągle muszę wytwarzać nowe, a to wymaga ode mnie pracy, bo jesteśmy wszyscy dorośli i mamy mniej czasu.
Jakiś czasem sobie wymyśliłem, że namaluję wszystkich ludzi, których w życiu poznałem i napisałem do niektórych z nich wiadomości. Jeden z moich przyjaciół, z którymi nie miałem kontaktu od dziesięciu lat, wysłał mi swoje zdjęcie i napisał całą historię życia. Relacja nie ruszyła z kopyta, ale coś tam delikatnie drgnęło.
To jest realna strata wynikająca z tego, że jestem w innym miejscu i co innego mnie pociąga. Czuję rozdarcie pomiędzy tymi dwoma światami. Kosztem awansu jest odczuwanie dysonansu
Utratę wspólnego języka i doświadczeń najbardziej odczuwam w rodzinie. Tydzień temu pojechałem do domu, położyłem się na łóżku. Ojciec zaczął mnie nieśmiało wypytywać, jak zdrowie, jak życie. Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Czy zrozumieją co przeżywam? Moje ambicje są tylko moje. Najbardziej ubolewam nad tym, że siedzę z bratem i kompletnie nie wiem, o czym mam z nim rozmawiać. On mówi coś mówi o samochodach, próbuję w to wejść, podpytuję, jak mu idzie z dziewczyną i co w pracy, ale rozmowa utyka na moich dwóch pytaniach. Czy to kultura oddaliła mnie od osób, które pozostawiłem?
Musiałem się wyrzec języka. Wiadomo, wciąż się posługuję językiem polskim, ale - nie wiem, jak to określić – gwary? Zrezygnować ze zwyczajów, jak chodzenie w laczkach. Kiedy wyprowadziłem się z domu, wciąż miałem takie laczki, ale nagle poczułem, że się jakoś wytracają, że mój gust wędruje zupełnie gdzie indziej, że nie chcę się ubierać tak samo jak mój brat. To jest realna strata wynikająca z tego, że jestem w innym miejscu i co innego mnie pociąga. Czuję rozdarcie pomiędzy tymi dwoma światami. Kosztem awansu jest odczuwanie dysonansu.
W jakim jesteście momencie? O czym marzycie? Bo Patryk powiedział mi przed spotkaniem, że chciałby być Sasnalem.
Patryk Różycki: - Wcale tak nie powiedziałem!
Przemysław Pilarski: - Ja bym na pewno nie chciał być Twardochem, broń Boże.
Patryk Różycki: - Chciałbym być w miejscu, w którym akceptuję siebie. Wciąż się boję, że pewnego dnia obudzę się i uświadomię sobie, że się zrespawnowałem. Że odrodziłem się na jakimś cmentarzysku. Nie chciałbym się bać, że wrócę na wieś. Czuję, że wszystko jest strasznie kruche i w każdej chwili może się rozpaść. Jest coraz lepiej, mam stabilność finansową, ale przecież mój ojciec też był w takim miejscu: miał pracę, mieszkanie w bloku i nagle wszystko tąpnęło. Spokój wewnętrzny jest dla mnie ważniejszy od awansu i gonitwy.
Opowieści awansowe mają się nieźle, ale sporo się ostatnio mówi o sztuce porażki i zaniechaniu. Ach, być przegrywem, powiedzieć, jak kopista Bartleby, „wolałbym nie”… Czy nie o tym właśnie powiedziałeś?
Patryk Różycki: - Nie wiem, czy powiedziałbym coś takiego z pozycji osoby aspirującej. Pewnie brzmiałoby to wówczas fajniej.
___________________________
Izabella Adamczewska-Baranowska - dziennikarka i akademiczka, która od lat przygląda się przemianom kulturowym w literaturze i sztuce.
Patryk Różycki - artysta wizualny, malarz, performer, autor tekstów i podcastów.
Przemysław Pilarski - dramatopisarz i scenarzysta, autor książek o męskiej seksualności, w którego twórczości temat klasowej tożsamości i społecznego pochodzenia powraca z mocą i ironią.
____________________
____________________
