Muzyka, tradycyjne pieśni, arteterapia, performans i praca z dźwiękiem – Małgorzata Wrzosek porusza się pomiędzy różnymi dziedzinami, szukając przede wszystkim sposobów na spotkanie i budowanie wspólnoty. O tym, dlaczego chce „wziąć publiczność za rękę z pieśnią”, a także o słuchaniu, dostrojeniu i sztuce, która może coś zmieniać, rozmawia z Joanną Glinkowską.
Joanna Glinkowska: Nie jest łatwo cię przedstawić, ponieważ zajmujesz się wieloma rzeczami. Z jednej strony muzyką, z drugiej edukacją czy arteterapią, a z jeszcze innej sztukami wizualnymi. Jak siebie sama sytuujesz pomiędzy tymi dziedzinami?
Małgorzata Wrzosek: Jestem w takim trójstyku dziedzin: muzycznej, wizualnej i edukacyjnej, i długo się borykałam z wewnętrznym dyskomfortem, z myślą, że może powinnam jednak się zdecydować na którąś z gałęzi, że tak byłoby łatwiej. Ale nigdy nie byłam w stanie podjąć tej decyzji, bo wszystkie te pola są mi bardzo bliskie i czuję, że we wszystkich się realizuję. Im dłużej tkwię na tym właśnie trójstyku, tym bardziej on się staje jedną drogą, jednym polem, na którym mogę być sobą i tworzyć. Są obszary, które się nie stykają, ale są też fragmenty, które zawsze się przenikają. Bardzo lubię je eksplorować.
A czy któraś tych ścieżek jednak przebija na pierwszy plan?
Skończyłam studia na kierunku edukacja artystyczna ze specjalizacją arteterapia. To były studia artystyczno-psychologiczno-pedagogiczne, więc uzyskałam całą edukację plastyczną i dodatkowo pedagogiczną, i dodatkowo terapeutyczną. Ale mam dyplom magistry sztuki. Mój dyplom był projektem zaangażowanym społecznie, choć bazował na sztukach plastycznych. To mój fundament, który wynika z edukacji. Można powiedzieć, że arteterapia jest moim głównym narzędziem, które objawia się w bardzo różnych formach: muzycznej, plastycznej, performatywnej, warsztatowej.
Chciałabym budować rodzaj współuczestnictwa i zaangażowania. Wziąć publiczność za rękę z tą pieśnią. Tak, żeby pieśń stała się łącznikiem między nami
Obserwując twoją twórczość z perspektywy widzki, kojarzę ją przede wszystkich z działaniami performatywno-muzycznymi. Często wyprowadzasz muzykę, śpiew z sytuacji koncertowych do okoliczności galeryjnych. Można spotkać cię performującą w MSN-nie, Zamku Ujazdowski, czy w BWA Wrocław. Najczęściej te występy zakorzenione są w muzyce tradycyjnej, czego najlepszym przykładem jest twoja współpraca z Zuzanną Koftą jako Ukojenie. Czym dla ciebie jest łączenie tradycji śpiewaczej z kontekstem sztuki współczesnej? Te dwa światy nie często się przecinają.
To bardzo ekscytujące pytanie! Miałam doświadczenie grywania koncertów. Moja edukacja muzyczna ma korzenie w muzyce tradycyjnej, ale też w muzyce eksperymentalnej czy nawet dotykającej free jazzu. W Warszawie, gdzie zaczynałam się rozwijać muzycznie, byłam aktywna głównie na scenie free jazzowej. To się wiązało z koncertowaniem właśnie w klubach, w barach, z improwizowaniem. To doświadczenie bardzo dużo mnie nauczyło, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że rodzaj uważności, jaka się wytwarza w klubie nie zadowala mnie w pełni. Zawsze jest hałas baru, jest alkohol. W takich warunkach nie wybrzmiewa to, co chciałabym wnosić śpiewem.
W galeriach jest więcej miejsca na zaangażowanie?
Jest zupełnie inna uważność. Publiczność jest skupiona, bardziej nastawiona na performans. Właśnie w przestrzeniach galeryjnych odnalazłam jakiś rodzaj potencjału na intymność i relacyjność z odbiorcami, na prawdziwsze współtworzenie sytuacji. Między innymi BWA Wrocław jest taką przestrzenią, w której można odczuć niesamowicie zbudowany fundament otwartości na relacje, miękkość kontaktu i brak hierarchiczności. Nie ma sceny, wchodząc tam można się naprawdę spotkać z odbiorcami i zaprosić ich do takiego rodzaju doświadczenia, które jest, a przynajmniej chciałabym, żeby było, czymś innym niż po prostu doświadczenie performansu. Chciałabym budować rodzaj współuczestnictwa i zaangażowania. Wziąć publiczność za rękę z tą pieśnią. Tak, żeby pieśń stała się łącznikiem między nami.
Odnajduję w tym coś z celebracji albo ceremonii. Zapraszasz do wstępnie zaprojektowanej sytuacji, ale finalnie konstruowana jest ona przez wszystkich.
Tak, zdecydowanie. Najbardziej ekscytuje mnie w sztuce współczesnej moment, kiedy staje się użytkowa i służy temu, żeby ożywiać spotkania. Wtedy nawet nie wiadomo, i nie jest to ważne, jaką się pełni rolę, twórcy czy odbiorcy. Ważne jest, że otwiera się portal do wspólnego przeżywania. Wtedy może nawet pojawić się szansa na transformację, choćby niewielką.
Czy sięgasz do tradycyjnych pieśni, albo szerzej, dawnych tradycji, z powodu jakiejś tęsknoty, chęci przywrócenia czegoś, czego współcześnie brakuje w kulturze albo spotkaniach międzyludzkich? Czy to tylko estetyczne inspiracje?
Wydaje mi się, że te pieśni są odpowiedzią na potrzebę budowania wspólnoty. Potrzebę przeżywania w sposób okołomagiczny, niewerbalny, niedosłowny czegoś, co jest wspólne dla jakiejś większej grupy. To chyba odpowiedź na samotność wynikającą z indywidualizmu. Zauważyłam to dzięki pracy społecznej. W wieku 15 lat rozpoczęłam pracę w hospicjum dla osób bezdomnych w Warszawie i zostałam tam na bardzo długo. Kontakt z jedną z najbardziej zmarginalizowanych grup społecznych otworzył mi oczy na duże systemowe braki. Potem kontynuowałam pracę społeczną w poprawczaku, to znaczy w Centrum Socjoterapeutycznym dla Młodzieży, które jest czymś w rodzaju ośrodka zamkniętego dla młodzieży. Tam odnajdywałam te same społeczne luki, co w hospicjum. Luki, które potem w konsekwencji mogły się przerodzić w duże problemy, jak bezdomność, alkoholizm i wielka samotność. Skonfrontowana z takimi bardzo podstawowymi brakami w społeczeństwie, zaczęłam szukać tego, co może zadziałać jako łącznik. Co ważne, łącznik z bardzo niskim progiem wejścia. I okazało się, że muzyka jest czymś takim. Żeby uczestniczyć możesz tylko słuchać. Możesz też zacząć współtworzyć sytuację muzyczną bardzo prostymi narzędziami.
...wspólne przeżywanie nienazywalnych emocji ma przeogromną siłę. Zaczęłam to odnajdywać najpierw w pieśniach pogrzebowych. Można powiedzieć, że dotarłam do tego od strony smutku. Ale teraz odkrywam, że przeżywanie wspólnie radości i zabawy jest tak samo ważne...
Bo przecież pieśni były elementem codzienności, a nie czymś zarezerwowanym dla osób z muzycznym wykształceniem...
Pieśni tradycyjne pełniły funkcje, które się teraz zagubiają w naszej indywidualistycznej rzeczywistości. Były nośnikami wspólnego przeżywania ważnych momentów: żałoby, radości, przechodzenia pory w porę. Działy jak klej, łącznik, a oprócz tego umożliwiały kontakt ze sferą symboliczną, metafizyczną warstwą rzeczywistości, której często nie rozumiemy, ale odczuwamy. Wydaje mi się, że wspólne przeżywanie nienazywalnych emocji ma przeogromną siłę. Zaczęłam to odnajdywać najpierw w pieśniach pogrzebowych. Można powiedzieć, że dotarłam do tego od strony smutku. Ale teraz odkrywam, że przeżywanie wspólnie radości i zabawy jest tak samo ważne, i że tak samo tego potrzebujemy.
Wspólnotowość, kolektywność, potrzeba bycia częścią to od kilku lat tematy intensywnie poruszane w sztuce. Z jednej strony można traktować to jako słuszną reakcję na problemy, o których wspominałaś: społeczną atomizację, presję jednostkowego sukcesu. Z drugiej strony, trudno oprzeć się wrażeniu, że to po prostu modny temat. A często wręcz wymóg grantowy. Jak ty na to patrzysz? Czy wierzysz we wspólnotowość jako temat sztuki, czy uważasz, że to raczej powinno być motywem praktycznego działania? A może jedno nie wyklucza drugiego?
Uważam, że sztuka jest użytkowa i że to jest jej bardzo istotna funkcja. Jeśli tej użytkowości brakuje, to często odbieramy ją jako nudną, wtórną, nie zwracamy na nią uwagi. Użytkowość rozumiem szeroko. Nawet jeśli sztuka jest po prostu piękna, to jest użytkowa, bo służy nam kontaktowaniu się z pięknem. Sama jestem miłośniczką sztuki, która daje doświadczenia czysto estetyczne: oglądania obrazów albo rzeźb. Mam też wielką przyjemność tworzenia. Jednocześnie wydaje mi się, że w sztuce, która nie jest ani ładna, ani spektakularna jest wyjątkowa moc. Taka sztuka objawia się w spotkaniu, jest efemeryczna, ciężko ją zarejestrować albo w ogóle udowodnić, że miała miejsce. Właśnie takie przeżycie tu i teraz szczególnie mnie przyciąga. Mam przekonanie, że poprzez efemeryczne działania możemy tworzyć wspólnotę i naprawdę coś zmieniać. I nie mam problemu z tym, że to nie przynosi trwałych efektów, że może być zapomniane. Jeśli takie działania zmienią coś w jakiejś grupie nawet na jeden dzień, to mi to wystarczy. Więc tak, wierzę w moc budowania więzi wspólnotowej poprzez sztukę.
A wspólnotę budujesz na przykład organizując chór żab w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie...
Byłam właśnie w zeszłym tygodniu [przyp. red. rozmawiamy pod koniec sierpnia] w Warszawie i poszłam na wystawę „Jesteś w sercu zmian. Surrealizm i antyfaszyzm” do MSN-u i byłam wręcz zszokowana, że w tej samej przestrzeni byłyśmy w stanie wykonać takie szaleństwo, przenieść bagna do najbielszego budynku w centrum Warszawy. Mam dużą satysfakcję z tego! Nasze działanie miało funkcję rozbijania ego tej przestrzeni, upaćkania w bagnie wysokości, hierarchiczności, ukochania tego muzeum w bagnie. Jestem bardzo wdzięczna, że MSN było na to otwarte. Razem z Zakolem udało się stworzyć ogromną grupę, która była chętna by naśladować dźwięki zasłyszane na bagnach.
Jak to wyglądało?
Było kilkoro przygotowanych performerów, ale oprócz tego wszyscy, którzy przyszli zostali przeze mnie poprowadzeni. Całość miała formę na granicy performansu i warsztatów. Rozdałam instrumenty, a potem dyrygowałam grupą ludzi, których widziałam pierwszy raz w życiu dając impulsy do wydawania dźwięków albo z instrumentów, albo z buzi. Było dużo dzikości i spontaniczności, ale jednocześnie nadawałam temu ramy, na ile mogłam kontrolowałam sytuację, żeby muzycznie miała jakiś charakter. Wytworzyła się atmosfera wielkiej zabawy i radości, coś karnawałowego, co na chwilę łamie zasady, żeby wszystko odrzucić do góry nogami. Zrobiliśmy to, co bagno robi ze starą materią, po prostu ją przemienia.
...cały czas tworzymy nieskończoną kompozycję dźwięków, która współbrzmi z całym światem, i z maszynami, i z naturą
To jest nie jedyny twój projekt na styku muzyki, słuchania i przyrody, ekologii. Robiłaś spacery i warsztaty dźwiękowe, między innymi na Wrocławskim Zalesiu w ramach projektu Canti Spazializzati. Inspirujesz się też twórczością Pauline Oliveros, więc zakładam, że odbieranie otoczenia, środowiska przez dźwięki jest dla ciebie ważne.
Tak, bardzo. Jest wręcz kluczowe. Mam poczucie, że dopiero poprzez słuchanie jesteśmy w stanie wejść w wydawanie dźwięku. Oczywiście możemy nieświadomie wydawać dźwięki, ale kiedy zaczynamy od słuchania, to robimy to bardziej świadomie. I dopiero poprzez słuchanie orientujemy się, że nie jesteśmy jedynymi generatorami dźwięków. Że cały czas tworzymy nieskończoną kompozycję dźwięków, która współbrzmi z całym światem, i z maszynami, i z naturą. Współgranie ze sobą, dostrojenie się do siebie, jest koniecznym elementem wspólnego śpiewania, który pojawia się w akcie słuchania. Idea dostrojenia jest moją przewodnią myślą.
A jak zbudować dostrojenie?
Najpierw dobrze, żebym ja była do siebie dostrojona, czyli posłuchała samej siebie. Nawet jeśli to jest mała melodia mojego wdechu i wydechu i rytm pompowanej krwi do serca. Potem jest uważność na drugą osobę czy na cały wachlarz różnych innych zewnętrznych dźwięków, które nie pochodzą ode mnie. A finalnie w tym zespoleniu pojawia się jeszcze jakiś trzeci dźwięk. Jeśli ja wydaję dźwięk A, a ty dźwięk B, to z połączenia naszych dźwięków nie tworzy się AB, tylko C. Nasza relacja dźwiękowa jest trzecią jakością. Jest w tym jakaś mistyczna głębia, coś bardzo pięknego na poziomie społecznym i na poziomie muzycznym. Nie da się skontrolować w pełni dostrojenia, ono zawsze zależy od drugiej osoby, jest owocem spotkania. Na dodatek ta relacja jest morfująca. Nasze dźwięki zmieniają się razem z nami, z naszymi nastrojami, ale też zwrotnie mogą nas przemienić. To nauka o współzależności i współinspiracji i nieustającej przemianie.
Wydaje mi się, że to samo można by powiedzieć o sytuacji uważnego słuchania przyrody. Dzięki uwadze możemy zauważać moc jej kształtowania, tak samo, jak w dostrojeniu wspólnego śpiewu zauważamy drugiego człowieka. Powiedziałaś też o mistyczności tego doświadczenia i muszę przyznać, że to brzmi dosyć niesamowicie, że coś nowego się pojawia, o czym nie jesteśmy w stanie zadecydować, nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Czy studiując muzykę, szczególnie tę dawną, co robiłaś między innymi w Instytucie Grotowskiego, miałaś takie doświadczenia?
Jestem osobą wierzącą, to znaczy, wierzę w to, że rzeczywistość jest nie tylko materialna, ale że jest jakiś duch, który żyje w tej materii. I w żaden sposób nie jestem w stanie tego udowodnić. Wystarcza mi sam fakt, że jestem w stanie być w kontakcie z czymś, co jest nienazywalne, co wymaga mojej wiary, a nie wiedzy. Sam fakt, że są pytania, na które nie mamy odpowiedzi jest dla mnie wielką inspiracją i motorem kreatywnym. Koresponduje z tym efemeryczność samej muzyki, której nie widzimy, jesteśmy w stanie oczywiście zmierzyć narzędziami fizycznymi, ale wciąż pozostaje element nieuchwytny. Kontaktowanie się z tą nieuchwytnością muzyki i dźwięku kontaktuje mnie z jakimś elementem duchowym. Śpiewanie z innymi osobami, czy nawet samej w lesie, daje poczucie, że nie jest się samemu, tylko w sieci zależności. To poczucie, że można się skontaktować z nieskończonością, czymś, co jest nieuchwytne, niekontrolowalne. Te elementy niekontrolowalnesą są dla mnie impulasami zapraszającymi w głąb doświdczenia, do zanużania się w obłok niewiedzy.
Wyczytałam gdzieś, że inspirujesz się równie mocno chorałami i hip-hopem. Skąd takie połączenie? Czy to właśnie ta jakość nieprzewidywalności zbliża te raczej odległe formy muzyczne do siebie?
To prawda, jestem zachwycona muzyką dawną, chorałami, polifoniami, generalnie muzyką sakralną. Tam duchowość jest dosłowna. Objawia się w tekstach, sposobach śpiewania i współbrzmienia z innymi i przestrzenią. A hip-hop jest raczej w kontraście, bardzo o przyziemności, o problemach codziennego życia, jest bardziej namacalny i mięsisty. Może nie ma co na siłę tego porównywać, ale we mnie to się jakoś po prostu łączy. Mam ogromną miłość i do hip-hopu, rapu i do muzyki klasycznej. Czuję to całą sobą, kiedy jestem słuchaczką. Nigdy nie robiłam muzyki hip-hopowej, tylko tańczyłam i słuchałam.
Aż mnie kusi, żeby zapytać, czy byś chciała albo czy planujesz.
Kto wie, na razie chyba nie, ale nie zamykam się na to.
Będąc freelancerką jest się zdaną na samotność i pełnienie wielu funkcji na raz, praca w instytucji rozdziela obowiązki na grupę, która dąży do wspólnego celu. Słowem, wielkim przywilejem była możliwość stałej pracy, w której mogłam się rozwijać jako kuratorka projektów edukacyjnych
Jesteś jedną z artystek, które mają doświadczenie łączenia własnej pracy twórczej z pracą w instytucji kultury. Wydaje mi się, że to stan, który jest coraz bardziej typowy dla współczesnych osób artystycznych. Ty, mieszkając we Wrocławiu pracowałaś w Centrum Sztuki WRO. Jak to wyglądało? Jakie były tego plusy i minusy?
Kiedy zaczęłam pracować we WRO to przestałam malować, bo nie miałam na to czasu. Ale jednocześnie byłam w stanie robić projekty z innymi instytucjami i realizowałam własny projekt edukacyjny, co było formą działaności artystycznej. Przede wszystkim, między artystą, artystką a instytucją kultury jest napięcie. Życie artystów często zależy od galerii i muzeów i ta hierarchia może przerażać. Bycie częścią zespołu WRO pozwoliło mi to napięcie zlikwidować i zobaczyć jak instytucja funkcjonuje, czego oczekuje od artystów i jak złożonym przedsięwzięciem jest organizacja wystaw. Miałam wielkie szczęście mogąc pracować z takim zespołem, byłam naprawdę bardzo doceniana i wspierana, czuję jak bardzo się rozwinęłam dzięki tej pracy. Głównie na poziomie pracy zespołowej. Będąc freelancerką jest się zdaną na samotność i pełnienie wielu funkcji na raz, praca w instytucji rozdziela obowiązki na grupę, która dąży do wspólnego celu. Słowem, wielkim przywilejem była możliwość stałej pracy, w której mogłam się rozwijać jako kuratorka projektów edukacyjnych. Jednak teraz, gdy znów jestem w niestabilnej zawodowo sytuacji, doceniam możliwość organizowania i realizowania własnej pracy twórczej.
Często widzi się osoby artystyczne, które pracują w instytucjach kultury, robiąc rzeczy, które mogłyby robić na własny rachunek. Może to dziś jedna z niewielu dróg, żeby nadal tworzyć, a jednocześnie mieć jakąś życiową stabilność?
Trudno jest się utrzymać ze sztuki. Najgorsza jest nieregularność, praca jako freelancer jest potwornie stresująca. Stabilność finansowa wpływa na zdrowie psychiczne, daje poczucie bezpieczeństwa, buduje grunt, na którym może potem swobodnie oddawać się twórczości. Teraz, po przeprowadzce do Francji, odczuwam brak tej stabilności. Jestem w trakcie poszukiwania pracy i nie chciałabym, żeby warunkiem mojej własnej pracy twórczej była praca w instytucji kultury. Wolałabym utrzymywać się z własnej działalności, ale dobra strona pracy w instytucji to też ciągły kontakt z artystami, artystkami, kuratorami i kuratorkami. To ułatwia rozwój.
Spośród trzech gałęzi, między którymi się poruszasz, najmniej rozmawiałyśmy o tej wizualnej. Czy celowo traktujesz malowanie i rysowanie jako bardziej prywatne, czy po prostu tak się potoczyło, że raczej jesteś zapraszana do galerii jako performerka, nie malarka?
Chyba zabrakło mi odwagi i pewności siebie, żeby bardziej promować się jako artystkę wizualną. Z większą łatwością wchodziłam w performatywne sytuacje, a z czasem zaczęłam być z tym kojarzona, zadziałało przyzwyczajenie. Malowanie i rysowanie cały czas jest ze mną. Dużo tworzę, ale raczej jest to pochowane. W gęstwinie innych zobowiązań nie starcza mi czasu na ujawnianie tej części twórczości. Jeśli miałabym zaplanowaną wystawę łatwiej byłoby mi uporządkować dotychczasowe prace, stworzyć coś nowego. Ale wiem, że wszystko ma swój czas i że nie ma się co tym stresować. Muszę tworzyć tak, jak tworzę i nie tracić pasji do tego, a przyjdzie moment na wystawienie tych prac. W malowaniu czuję się bardzo sobą, choć może potrzebuję jeszcze jakiegoś rodzaju dojrzałości, żeby umieć o tym opowiedzieć. Często tworzę impulsywnie, w stanie na wpół śpiącym. Albo może potrzebuję współpracy z drugim człowiekiem, osobą kuratorską, która by zobaczyła i nazwała świat, który wytwarzam.
Tutaj apelujemy do osób kuratorskich czytających o zorganizowaniu wystawy indywidualnej Gosi Wrzosek! A na poważnie, to jeszcze na koniec chciałam cię zapytać klasycznie: „co teraz?”. Niedawno przeprowadziłaś się do Francji. Czy to wpłynęło na twoje zainteresowania, twoje inspiracje?
Na pewno inspiruje mnie Francja, ale głównie relacja z moim partnerem Ernestem Bergezem, który jest twórcą, muzykiem działającym na styku muzyki tradycyjnej i współczesnej. Inspirujące jest jego podejście do pracy z materią muzyczną. Dużo się od niego uczę. Zaczęłam naukę gray na basach, czyli tradycyjnym polskim instrumencie trzystrunowym, który służy do akompaniamentu, tworzenia rytmicznej warstwy i do tworzenia dronu. Zaczęłam też grać na potańcówkach. W tym roku było parę takich sytuacji, że akompaniowałam Ernestowi albo przyjaciołom, którzy grali melodyczną warstwę. Ja grałam tą rytmiczną i śpiewałam. Granie do tańca jest niesamowite! Rodzaj synergii, który wytwarza się między tańczącymi a grającymi jest niezwykły i chciałabym bardzo to eksplorować.
A oprócz tego dostałam się na dwie rezydencje, które będą odbywać się w przyszłym roku we Francji. Tam będę pracować nad solowym projektem muzycznym, który będzie dotyczyć pieśni na czas apokalipsy. W takim zamyśle, że apokalipsa się odbywa w każdej chwili, w każdej sekundzie możemy mieć jakiś rodzaj objawienia apokaliptycznego, rodzaj odsłonięcia rzeczywistości symbolicznej. Będę opracowywać tradycyjne pieśni polskie i francuskie we własnej aranżacji, głównie dronowej. Będę śpiewać pieśni o konfrontacji z rzeczywistością niematerialną, przemianą, zmianą, szokiem.
Ale zanim to można będzie złapać cię jeszcze w Polsce!
Tak, 10 października będę pokazywać w kościółku w Parku Szczytnickim we Wrocławiu instalację dźwiękową w ramach projektu LAACT. Jestem właśnie w trakcie przygotowywań i bardzo się na to cieszę.
____________________
Gosia Wrzosek – śpiewaczka, artystka interdyscyplinarna, edukatorka i kuratorka. Magistra Sztuki (APS Warszawa), absolwentka Studium Psychologii Procesu. W twórczości łączy śpiew, performance, instalacje i sztuki wizualne. Bada ideę dostrojenia oraz rolę pieśni tradycyjnych w kontekście wspólnototwórczym. Razem z Zuzanną Koftą tworzy kolektyw bazujący na praktyce śpiewu intuicyjnego, w ramach którego prowadzą audycje UKOJENIE w Radio Kapitał. Zajmuje się edukacją artystyczną i arteterapią. Współpracuje z instytucjami kultury współtworząc wystawy i program edukacyjny. Małgorzata prowadzi chóry amatorskie, współpracuje ze społecznościami marginalizowanymi oraz prowadzi spacery dźwiękowe.
____________________
Joanna Glinkowska – kulturoznawczyni, redaktorka, krytyczka sztuki. W przeszłości redaktorka pisma o kulturze współczesnej „Notes na 6 Tygodni” i współzałożycielka Fundacji Obszar Wspólny. Stała współpracowniczka redakcji portalu miejmiejsce.com. Obecnie doktorantka na kierunku Filozofia na Uniwersytecie Śląskim i kuratorka asystująca w Żyjni BWA Wrocław.
____________________
____________________