Artystka, znana z prac balansujących na pograniczu rzeźby, obiektu i wideo, po raz pierwszy sięgnęła po język filmu fabularnego. Jej „Kocham cię, Życie” to 45-minutowy esej science fiction, w którym obca inteligencja odwiedza ziemskie muzea – od Dinoparku po Muzeum Sztuki w Łodzi – doświadczając, niczym nowy Stendhal, zachwytu nad ludzką kulturą. W rozmowie z Joanną Glinkowską Agnieszka Chojnacka opowiada o pracy nad filmem, tworzeniu makiet i kostiumów, przypadkowym spotkaniu z tureckim lektorem, fascynacji błędem i niedoskonałością oraz o swojej „zasadzie zupy tajskiej”, według której melancholia, patos i komizm tworzą najpełniejszy smak sztuki.

 

 

Czemu postanowiłaś zrobić film? Wcześniej, sięgałaś po wideo, ale nigdy nie angażowałaś się w produkcje filmowe z całą ekipą, planem zdjęciowym, rekwizytami...

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, to muszę ci najpierw powiedzieć, w jaki sposób pracuję. Są dwa typy pracy artystycznej. Jeden typ to, kiedy ktoś cię zaprasza do stworzenia pracy na konkretny temat. Wtedy cała energia idzie w ten temat, tworzysz odpowiedź na konkretne zadanie. Drugi typ, to praca niezależna od zaproszenia czy narzuconego z zewnątrz kierunku. Większa część moich projektów tak właśnie powstaje. Z potrzeby, nie z zewnętrznego zadania. Więc to w zasadzie jest pytanie o to, jak się rodzą pomysły.

 

 

 

          Lynch powiedział, że pomysły na różne jego filmy, czy na wystawy, przychodzą nagle jako kompletna idea. On chyba porównał to do baniek. Fruwające gotowce

 

 

 

I jak to jest?

Wyobraź sobie, że jakiś czas temu, zupełnie przez przypadek, trafiłam w necie na wywiad z Davidem Lynchem. Zadano mu pytanie, w jaki sposób wpada na swoje pomysły. Bardzo mnie zdziwiła jego odpowiedź, ponieważ była bliska mojemu doświadczeniu, a ja nigdy nie próbowałam go werbalizować. Wydawało mi się to nawet niemożliwe, żeby komuś to wyjaśniać. Lynch powiedział, że pomysły na różne jego filmy, czy na wystawy, przychodzą nagle jako kompletna idea. On chyba porównał to do baniek. Fruwające gotowce.

 

Kawał planety ziemia, obok przelatuje rzeźba Kobro

Kadr z filmu „Kocham Cię Życie”. 

 

 

 

Ale jak to gotowcami? Jak przyjdzie taka bańka z pomysłem, to wiesz wszystko dokładnie?

Oczywiście nie wszystko da się przewidzieć, bo później pojawia się walka z materią, wątpliwości i kompromisy, zwłaszcza w filmie. Ale jeżeli chodzi o kompozycję elementów, napięcie, klimat, kluczowe momenty w fabule, to w zasadzie wszystko jakby... Ja wiem, że to może brzmieć dziwnie. Ale sądzę, że wszyscy mamy takie doświadczenie, może niezwiązane z sztuką. Czasem przychodzi pomysł na remont kuchni, wycieczkę, zakup nowych butów i zdarza się przecież, że od razu dokładnie, wiemy co chcemy.

 

 

Tak było z „Kocham cię Życie”?

Pomysł na ten film przyszedł do mnie już 15 lat temu. Prowadzę takie zeszyty, w których notuję pomysły różnej natury. Pewnie dużo artystów ma takie zeszyty z notatkami. I ja sobie ten pomysł zanotowałam. Nawet go rozwijałam, ale nie byłam wtedy gotowa organizacyjnie ani emocjonalnie. Nawet się nie spodziewałam, że to będzie tak wyglądać...

 

 

A jak to wyglądało?

Początkowo film miał trwać 10 minut.  Ale już wtedy wiedziałam, że chcę to zrobić najlepiej, jak mogę. W najwyższej możliwej jakości, we współpracy z osobami, które się znają na tej materii. Pozyskałam jakąś malutką kwotę i skontaktowałam się z moim przyjacielem, operatorem. Przemek Brynkiewicz niesamowicie mi pomógł, to cudowna osoba. Skonstruował całą ekipę, podpowiedział, jakie będą etapy pracy, dosłownie mnie poprowadził przez to nowe terytorium. Potem zaczęłam pisać scenopis. Stopniowo to się zaczęło rozkręcać i ostatecznie całkiem przerosło moje plany. Wpadłam w kontakty filmówkowe. To jest rzeczywistość, której nie znałam, oni działają na zasadzie sieci, bardzo wspólnotowo. Nagle ekipa z 4 planowanych osób zamieniła się w 10. Ludzie po ASP też wchodzą w jakieś współprace, ale...

 

Włochata postać, w tle bloki, kadr z filmu

Kadr z filmu „Kocham Cię Życie”.

 

 

 

Ale to jest indywidualna praca?

Tak, to jest zupełnie inny klimat niż to co się dzieje w szkole filmowej.

 

 

No bo w szkole same studia polegają na kształceniu w grupie. Wiesz, że nie zrobisz sama filmu.

To jest cudowne! Zazdroszczę im tego. Uważam, że to błąd akademii plastycznych, że nie ma zajęć, które otwierają ludzi na wspólną pracę. Miałam już wcześniej różne doświadczenia, współpracowałam z różnymi specjalistami, ale nie było nigdy takiego momentu, żebym jednocześnie, przy jednym projekcie, współpracowała z tak różnymi ludźmi. W dodatku musiałam być producentem, takim bossem.

 

 

 

         Wszystko się wtedy robi po znajomości. Ktoś cię lubi, może ci w czymś pomoże. Po godzinach. Czekasz na tę osobę

 

 

 

Jak się w tej roli odnalazłaś?

Tak sobie. To było twarde lądowanie. Ale nie chcę tu jakoś narzekać, ponieważ wiele osób mi bardzo pomogło i ta lista jest całkiem długa. To jest piękne i budujące. Trzeba było być bardzo asertywnym i konkretnym, a ja nigdy wcześniej nie musiałam taka być. Taka ostra, zdecydowana. Musisz przewidywać, często działać szybko, zadzwonić do tego i do tamtego człowieka. Taki typ współpracy był jeszcze dodatkowo specyficzny ze względu na zbyt mały budżet. Wszystko się wtedy robi po znajomości. Ktoś cię lubi, może ci w czymś pomoże. Po godzinach. Czekasz na tę osobę. 

 

 

I nie możesz wymagać, bo wiesz, że to robi za darmo...

No jasne. Więc gdybym wystartowała z jakiejś normalnej stawki na etiudę filmową, to byłaby to inna praca. Miałabym na przykład producenta. A tak sama musiałam wejść w tę rolę, wszystko nadzorować, czekać, spinać, dzwonić. No i niestety rozpełzło się to w czasie.

 

 

Na lata?

Na kilka lat... Ale to nie oznacza, że cały czas pracowałam tylko nad tym filmem. To była historia, która się rozgrywała w tle mojego życia, co jakiś czas. W zasadzie tak, jakbym hobbystycznie coś robiła. A skończyłam ten film już trzy lata temu, wiesz? Dla mnie to przeszła historia...

 

 

Ale rozmawiamy o nim teraz, bo dopiero teraz będzie pierwszy raz publicznie pokazywany.

Tak, ponieważ było dużo problemów technicznych plus czekanie na wolny czas różnych osób. Przykładowo aktor miał na sobie ciężki, gruby kostium, mało co słyszał i źle widział, a to skutkowało tym, że podczas kręcenia scen dźwiękowiec nie był w stanie poprawnie nagrać dźwięków, bo musiałam dosłownie z całych sił krzyczeć w jego stronę, żeby wiedział kiedy iść, a kiedy ma się zatrzymać. Wszystkie dźwięki z planu trzeba było na nowo dogrywać w studio. Film trwa 45 minut, więc była to naprawdę żmudna robota. Dodatkowo okazało się, że wszystkie rendery z efektami specjalnymi, które sama przygotowywałam były do poprawy. Potem dowiedziałam się, że korekta barwna jest bardzo skomplikowana, bo materiały były z różnych kamer, a specjalista z Warszawy, który się tym zajmował zupełnie nie miał czasu i terminy były nieustannie przekładane.

 

 

Oglądając twój film byłam zaciekawiona decyzją o analogowej formie. Spokojnie mogłabyś zrobić wiele rzeczy cyfrowo, w 3D, czy nawet wspomóc się AI, a ty robiłaś ręcznie. Wycinałaś z papieru makiety budynków, dzieł Katarzyny Kobro. Kostium też był prawdziwy?

Tak, tak, wszystko było robione ręcznie, pewnie!

 

plan filmowy, bloki na tle zachodzącego słońca

Kadr z filmu „Kocham Cię Życie”.

 

 

 

Dlaczego?

Po pierwsze jak zaczynaliśmy, a to było przed pandemią, to nie było jeszcze sztucznej inteligencji. Ale nawet gdyby było to narzędzie już wtedy, to też bym się nie zdecydowała go użyć. Wiem, że nie wszyscy to zauważą, ale moim zdaniem to się jakimś zmysłem wyczuwa. Widzisz, że papier jest może nie do końca sklejony, jest pewna nieprzewidywalność materii.

 

 

 

            Kiedy oglądam stare filmy science fiction, to fakt, że te wszystkie niesamowite statki kosmiczne były zrobione z tektury wywołuje mój podziw, ale też stwarza aurę prawdziwości

 

 

 

 

To powoduje, że jest bardziej prawdziwie?

Jest w tym pewien błąd, który mnie interesuje. Nawet najlepiej wykonana makieta ma w sobie jakąś niedoskonałość. Kiedy oglądam stare filmy science fiction, to fakt, że te wszystkie niesamowite statki kosmiczne były zrobione z tektury wywołuje mój podziw, ale też stwarza aurę prawdziwości. Kiedy pojawia się nagle w filmie ujęcie, na którym widać, powiedzmy, makietę miasta, to przez pierwsze sekundy, jakby z automatu, wierzymy, że to prawda. Dopiero potem powoli wyczuwamy, że coś tu jednak nie gra. Tracimy zaufanie do obrazu. To bardzo ciekawy moment, który można kreatywnie wykorzystać jako grę z widzem. Jest to może bliskie teorii kina Roberta Bressona, który instruował swoich aktorów, aby grali kwestie bez intonacji, gestów i emocji. To fascynujący, odważny zabieg. Wchodzisz w ukazywaną na ekranie historię, ale jednak co jakiś czas odsłania się iluzja.

 

 

A w twoim filmie, co to jest za historia? Rozmowa będzie publikowana przed premierą, więc opowiedz trochę o fabule.

Jest to historia pewnej podróży. Esej science fiction, w którym mamy narratora, przedstawiciela obcej inteligencji, który przybył tu na Ziemię, inkarnował się w ciało i doświadczał ziemskich przygód. Ta obca inteligencja jest artystycznym turystą, bo zwiedza trzy rodzaje muzeów. To jest cała oś historii: on chodzi, ogląda i gada [śmiech].

 

 

kadr z filmu, włochata postać w szkolnej klasie leży na ławce

Kadr z filmu „Kocham Cię Życie”.

 

 

 

Gada po turecku!

Gada po turecku, dokładnie.

 

 

Dlaczego po turecku?

Wiedziałam, że zadasz mi to pytanie!

 

 

Na początku myślałam, że on gada w jakimś nieistniejącym języku. Że wymyśliłaś język z obcej planety. Dopiero potem zobaczyłam podziękowania dla lektora z Turcji.

Historia z tą narracją jest ciekawa. Od razu wiedziałam, że to nie może być po polsku. I to z wielu przyczyn. Mam osobiście problem z polskimi lektorami na filmach. Zawsze mi się to kojarzy z czymś trochę żenującym, a na pewno teatralnym, sztucznym. Drugi powód jest taki, że to jest obca inteligencja, więc dlaczego miałaby nagle mówić po polsku? I rzeczywiście miałam zamiar stworzyć sztuczny język! Zaczęłam pisać, potem nagrywać, i przyznam się, że to wyszło mi tragicznie. Bazowałam na różnych afrykańskich językach, z których próbowałam ulepić coś dziwnego. Wyszło tak nieprawdziwe i takie wydumane, że zdecydowałam wybrać język, który już istnieje, ale który jest dla nas, Polaków, egzotyczny. I zrobiłam casting na najbardziej dziwaczny język na świecie.

 

 

Ale super! Jak ten casting wyglądał?

Siedziałam w internecie chyba z miesiąc, słuchałam różnych nagrań, filmów. Na przykład przesłuchiwałam rozmowy w językach, których już nie ma. I powiem ci, że ten turecki wygrał bezkonkurencyjnie. Jak go usłyszałam, to od razu wiedziałam, że to jest dla mnie najbardziej niezwykły język. I piękny. Później przeczytałam, że jak słucha się tureckiego, to można doświadczyć iluzji, jakby ktoś sklejał różne języki europejskie. Możesz słyszeć niemiecki, szwedzki.

 

 

Arabski też trochę...

Arabski, tak, pewnie. I ja myślałam, że to mi się wydaje. A potem okazało się, że w XX wieku podczas rewolucji tureckiej Atatürk, który przejął wtedy władzę, całkowicie zreformował politykę i kulturę turecką. Inspirował się przy tym Europą. Zmienił zwyczaje, stroje, a reformował język i zmienił alfabet. I to, że turecki tak dziwnie brzmi, ma sens, bo on ma w sobie zlepki języków z różnych kultur.

 

 

To na pewno potęguje wrażenie, że to jest język wymyślony. Niby znajomy, a jednak nieznajomy. I znalazłaś tureckiego lektora?

To był fajny zbieg okoliczności. Kiedy miałam już wszystkie ujęcia, napisałam tekst i szukałam kogoś, kto mi go przeczyta po turecku. Był problem. Nie mogłam znaleźć nikogo z Turcji, kto ma niski spokojny głos... I nagle, niespodziewanie, koleżanka zaprosiła mnie do Turcji [śmiech]. Samograj! Kupiłam wtedy mikrofon, rejestrator i pojechałam do niej na wakacje.

 

 

W poszukiwaniu lektora.

Oni nawet nie wiedzieli, że ja będę coś nagrywać! Żeby było ciekawiej, to okazało się, że jej mąż miał w domu pokoik, który był studiem nagrań. Naprawdę, to był zbieg okoliczności, nie wiedziałam o tym. Pojechaliśmy nad morze i tam spotkałam jednego barmana. I to właśnie był ten piękny, niski głos. To był Burak. Zaprosiłam go do współpracy. Był bardzo pozytywnie nastawiony i przyjechał do nas później tam do Fethiye, do tego studia.

 

 

 

         Staram się stosować pewną zasadę, o której kiedyś wspomniał artysta Francis Alÿs. Kiedy pracuje się nad jakąś koncepcją, to ważne jest, żeby sobie nie tłumaczyć do końca, o co ci chodzi

 

 

 

 

Ale historia. Niesamowity zbieg okoliczności! A powiedz coś jeszcze o samym filmie. Nazywa się „Kocham Cię Życie” i ten tytuł wydaje mi się bardzo osobisty i emocjonalny, a z drugiej strony rzeczywistość w nim przedstawiona jest, jak powiedziałaś, nie ta nasza znajoma, tylko jakaś w przyszłości. Bohater też nie jest człowiekiem. Zastanawiałam się, o co tu chodzi? Czy o to, że musimy stracić coś, żeby to pokochać, czy takie jest przesłanie? Czy to bardziej zachwyt nad wyjątkowością Ziemi widzianej z perspektywy kogoś obecnego?

Cały tekst, który pojawia się w filmie, napisałam kiedy była pandemia i to nadało mu swoisty charakter. To był czas, kiedy nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Panowały apokaliptyczne nastroje. Tytuł i tekst napisałam szybko, spontanicznie. Staram się stosować pewną zasadę, o której kiedyś wspomniał artysta Francis Alÿs. Kiedy pracuje się nad jakąś koncepcją, to ważne jest, żeby sobie nie tłumaczyć do końca, o co ci chodzi. Oczywiście można to zrobić, można sobie to wszystko w researchu określić czy spisać, ale można też tego nie robić. To jest nieakademickie podejście i ja często z niego korzystam. Znam kierunek, w którym idę, nie chcę jednak odpowiadać na pytania, o co mi chodzi, czy to, co robię ma jakieś przesłanie. Spycham to na bok. A po skończonej pracy to może się pojawić lub nie. Więc tego tytułu też nie tłumaczyłam sobie w żaden sposób. Po prostu wiedziałam, że jest właściwy. Teraz, z perspektywy czasu odbieram to jako afirmację życia. Drobnych rzeczy. Po prostu. Zwyczajki.

 

 

Jedzenie chipsów [śmiech].

Jedzenie chipsów, chodzenie na wystawy, spacerowanie. Wszystko to, co robi nasz bohater. Nie ma w tym żadnej wielkiej zagadki.

 

 

Widzka czy widz z Łodzi od razu rozpozna przestrzenie muzealne, Muzeum Sztuki i Muzeum Archeologiczne. Oba miejsca, z którymi jesteś związana nie tylko jako łodzianka, ale też artystycznie. Co więcej, Katarzyna Kobro jest jedną z głównych postaci, co prawda obecnych tylko poprzez swoje prace...

...no tak, jej praca, „Kompozycja przestrzenna (7)” jest drugim bohaterem.

 

 

I jest traktowana sposób karygodny [śmiech]! Podskoczyłam w pewnym momencie, jak bohater opierając się o nią wstawał na nogi. Jakie jest znaczenie tych miejsc i łódzkich nawiązań?

Wiedziałam, że to ma być podróż, w której następuje jakiś proces. Zaczynamy od Kołacinka i Dinoparku, czyli takiego, można powiedzieć, muzeum dla dzieci – informacyjnego, edukacyjnego. Potem jest Muzeum Archeologiczne, a na końcu Muzeum Sztuki w Łodzi. Chodziło mi o proces, drogę, również w sensie stopnia trudności. Bohater zwiedza i zbiera wiedzę, dane. Te dane są coraz bardziej skomplikowane, aż kończy w Muzeum Sztuki, gdzie przestaje rozumieć, o co chodzi.

 

kadr z filmu, dinozaur, w tle białe namioty

Kadr z filmu „Kocham Cię Życie”.

 

 

 

I to się staje niebezpieczne.

Tak i tam jest ważny wątek, nie wiem, czy zwróciłaś na to uwagę, bo to jest powiedziane szybko, ale dla mnie to był w jakimś sensie punkt wyjścia. Chodzi o syndrom Stendhala, którym byłam zafascynowana. Można to ująć tak, że to jest historia o doświadczeniu syndromu Stendhala przez istotę pozaludzką.

 

 

Opowiedz, co to jest za syndrom?

Jest to oficjalnie zdiagnozowane zaburzenie psychosomatyczne wywołane kontaktem z wielkimi dziełami sztuki plastycznej. Co ciekawe zanotowane przypadki były jedynie na terenie Florencji. Jako pierwszy opisał takie doświadczenie w XIX wieku w swoich pamiętnikach Stendhal, pisarz francuski. Po przyjeździe do Florencji i zobaczeniu wielu dzieł sztuki, przeżył tak silny wstrząs emocjonalny, że na chwilę stracił świadomość swojej tożsamości. Po prostu nie wiedział kim jest. Później okazało się, że różni ludzie na przestrzeni lat przeżywali i nadal przeżywają ten stan. Nawet powstał horror włoski pod tytułem „Syndrom Stendhala”.

 

 

 

W jednym wywiadzie ktoś zadał jej pytanie, czy syndrom Stendhala może być wywołany sztuką współczesną. Powiedziała, że nie, że nigdy nie miała do czynienia z takim przypadkiem [śmiech]

 

 

 

Ja czytam ten wątek jako wisienkę na torcie doświadczenia ludzkiego. Nie dość, że bohater twojego filmu nagle przeżywa jakieś doświadczenie estetyczne, nie wie skąd ono pochodzi, ani że takie doświadczenia są możliwe. To jeszcze kończy się z tym, że przeżywa ten syndrom, czyli coś tak specyficznego, że nawet wśród ludzi mało osób tego doświadczyło. A on, jako nie-człowiek doświadcza czegoś, co jest do granic ludzkie.

No tak. To jest bardzo ciekawe. We Florencji jest szpital, w którym jedna lekarka specjalizuje się w tym zaburzeniu, bo to się nadal zdarza. W jednym wywiadzie ktoś zadał jej pytanie, czy syndrom Stendhala może być wywołany sztuką współczesną. Powiedziała, że nie, że nigdy nie miała do czynienia z takim przypadkiem [śmiech].

 

 

Słyszałam, że będziesz pokazywać ten film w EC1?

Tak! Cieszę się bardzo. Ktoś powiedział chłopakom z Galerii Czynnej, że zrobiłam jakiś film fabularny. I oni tak się podjarali tą informacją, że już chcieli go pokazywać, zanim go obejrzeli. To było bardzo miłe i urocze.

 

 

A czemu premiera odbędzie się w tym miejscu?

Mieliśmy do wyboru różne miejsca. Ja na pewno chciałam pokazać to w kinie. Film trwa 45 minut i nie miałabym odwagi męczyć ludzi, żeby oglądali go w galerii na stojąco. Poza tym, to jest moje marzenie, żeby stworzyć coś, co będzie pokazywane w prawdziwym, profesjonalnym kinie, w najwyższej jakości. A my mamy kopię kinową, więc szkoda byłoby jej nie użyć. W dodatku zafascynowało mnie to miejsce. Nie tylko jako kino, ale cała strefa, która jest wokół. Wszystko tam przypomina scenografię do jakiegoś filmu SF, więc samo miejsce staje się przedłużeniem filmu, jego nastroju.

 

 

Czy po całym tym doświadczeniu, męczącym, innym od tego, co znasz, jeśli chodzi o skalę i trudności, chciałabyś zrobić kolejny film? Czy nie warto? Pytam w sensie kosztów emocjonalnych.

Nauczyłam się wiele i drugie podejście nie byłoby takie bolesne, jak pierwsze. Mam nawet pomysł na kolejny film. Jestem na wstępnym etapie pisania scenariusza. Nie wiem, czy go zrealizuję, nie mam ciśnienia. Na pewno przy kolejnej realizacji musiałyby być inne, normalne warunki, czyli praca przy prawdziwym budżecie filmowym i wsparciu jakiegoś producenta. Ale pomimo całego trudu, ryzyka i zamieszania, to jest cudowne medium. Kocham kino! To jest narzędzie totalne. Operujesz emocjami, widz może wejść całkowicie w twoją narrację. Masz do dyspozycji sferę audio, montaż, odcięcie widza od rzeczywistości. Dla mnie to jest idealne medium. Tylko niestety stoją za tym niewyobrażalne pieniądze. A ja już nie jestem zainteresowana robieniem wideoartu kamerką złej jakości.

 

 

Brzmi, jakby zrobienie tego filmu było dla ciebie rodzajem punktu zwrotnego? Chociaż nie dziwi mnie twoja miłość do filmów, od lat wpadamy na siebie na festiwalach filmowych.

To wszystko wydarzało się przez kilka lat gdzieś w tle mojego życia i czuję ulgę na myśl o finale, o prezentacji filmu. Czuję, jakbym wkraczała w nowy etap. Mam bardzo dużo pomysłów, chcę zrobić tyle rzeczy. Dużo się nauczyłam przy tym filmie. 

 

 

 

 

       Makiety. Jezu, jak ja je długo robiłam. Te antenki, okienka i krzaczki

 

 

 

Co jeszcze było trudne? Oprócz niewystarczającego budżetu i trudności koordynacyjnych.

Makiety. Jezu, jak ja je długo robiłam. Te antenki, okienka i krzaczki. Na początku pomagał mi jeden scenograf, ale potem z braku kasy, zaczęłam to robić sama, a delikatnie mówiąc nie jestem szczególnie utalentowana w tym zakresie. To była po prostu nieprzyjemna robota. Kostium też był wyzwaniem.

 

 

No właśnie, skąd ten kostium? Nie był wypożyczony z teatru? Bohater nie wygląda jak typowy przybysz z obcej planety, do którego przyzwyczaiły nas obrazy popkulturowe.

Sama go zaprojektowałam i rozrysowałam do uszycia i odlewów. Współpracowałam z profesjonalną firmą, która zajmuje się scenografią filmową. Piotrek [Piotr Kotlicki – przyp. red.] musiał mieć nawet odlaną głowę, aby wszystko było dopasowane. Na marginesie mogę ci zdradzić historyjkę, że po odebraniu zamówienia, kiedy zobaczyłam finalny wygląd kostiumu, to się załamałam. Wszystko było perfekcyjnie wykonane, według rysunków, ale charakter postaci był przesadnie bajkowy. Sama już wtedy z bólem serca, obcięłam mu precyzyjnie wykonane z lateksu uszy, odprułam piękne oczy i doszyłam nowe stopy i ręce. Ostatecznie może wygląda jak jakiś kostium radziecki z lat sześćdziesiątych, ale to akurat mi nie przeszkadza. Wracając do twojego pytania, chciałam, żeby to była sytuacja oparta na kalkach. Wygląd bohatera może kojarzyć się z estetyką E.T., odsyła nas trochę do „Gwiezdnych Wojen”, a trochę do Alfa, bohatera z serialu „ALF”. To jest figura bohatera, który jest zabawny i sympatyczny. Dzięki niemu film ma dobry balans składników... to chyba dobry moment, żeby opowiedziała ci o mojej metodzie pracy, czyli tajskiej zupie.

 

Plan filmowy, kamerzysta filmuje włochatą postać

Zdjęcie z planu filmu „Kocham Cię Życie”.

 

 

 

Brzmi dobrze, opowiadaj!

Ta zupa to jest taka teoria, którą sobie sama ulepiłam. Według niej pracę artystyczną można łatwo przekłożyć, jeśli chodzi o jakości, na gotowanie. Uwielbiam zupy tajskie, zresztą generalnie lubię zupy, i stąd ta analogia. W tajskiej zupie są składniki, które się znoszą, są przeciwstawne. Ale jednocześnie potrafią się tak świetnie zmieszać, że tworzą spójną całość. Jak pomyślisz o każdym osobno, to nie pasują: jedno jest słone, drugie jest słodkie, jeszcze inne gorzkie, kwaśne, ale razem tworzą niesamowitą jakość. Dlatego ten film skonstruowałam na bazie zupy tajskiej.

 

 

To jakie są składniki? Zdradź przepis na taką zupę!

Składniki to melancholia, patos i komizm. Moim założeniem było dopilnowanie, żeby te trzy elementy, takie metaforyczne przyprawy, były w równych proporcjach. Bohater to była przyprawa komediowa. Muzyka, „Zmierzch bogów” Wagnera oraz inne utwory z okresu romantyzmu, wprowadzają patos. W operze, zanim kotary zostaną odsłonięte, to słyszymy muzykę, która wprowadza nas w opowieść. Tutaj podobnie, muzyka poprzedza obraz. No i mamy trzeci składnik, melancholię, w postaci narracji osadzonej w apokaliptycznej atmosferze świata po końcu ludzkości.

 

 

Powiedziałaś wcześniej, że są dwa rodzaje pracy artystycznej. Albo dostajesz od kogoś zlecenie, zaproszenie do wykonania na jakiś temat pracy, albo pracujesz indywidualnie. Kiedy pracujesz indywidualnie, to nie masz gwarancji, że rezultat będzie publicznie pokazany. Czy to jest dla ciebie trudne?

Raczej nie. Zwyczajnie szuka się różnych możliwości lub, co też mi się zdarza, praca zostaje tylko na dysku w szafie. Kiedy przychodzi do ciebie pomysł, który rodzi się z twojej historii, to naturalnie dążysz do jego realizacji. 

 

 

 

          Ludzie myślą, że artyści to są takie wrażliwe, delikatne istoty, a tymczasem, żeby pójść do przodu, mieć wystawę, to trzeba mieć naprawdę dużą dawkę samodyscypliny i wewnętrzny pancerz

 

 

 

Wyobrażam sobie, że potrzeba dużo samozaparcia. Nie masz żadnego argumentu w postaci wystawy, żadnego określonego punktu w przyszłości, pewnego celu poza własną wizją.

To prawda, trzeba mieć bardzo dużo samodeterminacji. I paradoksalnie, trzeba mieć bardzo grubą skórę. Ludzie myślą, że artyści to są takie wrażliwe, delikatne istoty, a tymczasem, żeby pójść do przodu, mieć wystawę, to trzeba mieć naprawdę dużą dawkę samodyscypliny i wewnętrzny pancerz. Film był złożonym wyzwaniem, ale realizuję też dużo prostych w wykonaniu projektów. Mogę ci zdradzić jedną zabawną historię. Wiele lat temu, jeszcze zanim uczyłam na ASP, miałam trudniejszy moment w życiu i przez rok wcale nie tworzyłam. Próbowałam wtedy rzucać palenie papierosów i żułam bardzo dużo gumy do żucia. I w związku z tym, że byłam w takim marnym nastroju, to te wszystkie gumy, zamiast do kosza, trafiały na talerzyk, który leżał w kuchni.

 

Uśmiechnięta artystka siedzi przy stole, ręce skrzyżowane, zdjęcie typu retro

 

                                                                                             Agnieszka Chojnacka, fot.Anna Madeńska

 

 

 

Głowa z gumy!

Kojarzysz tę pracę? Nawiązując do pytania o to, jak powstają pomysły i czy to trudne, to w przypadku głowy nie było żadnego bąbelka z gotową ideą. Po prostu zaczęłam odkładać te gumy i one zaczęły w pewnym momencie tworzyć kulę. A potem się okazało, że to śmierdzi... Ale pomyślałam sobie, no taka fajna kula, szkoda mi to wyrzucać, zawiozę do komórki do rodziców. Jak zawiozłam tę kulę do rodziców, to popatrzyłam na nią i sobie myślę, wow, to przypomina moją głowę. I wtedy narodził się plan wyrzeźbienia głowy z gumy do żucia. I wyobraź sobie, że ja do dzisiaj to robię. Nie żartuję, głowa siedzi w komórce u moich rodziców. I ona jest coraz większa. Śmierdzi niemiłosiernie. Z boku zarosła pleśnią.

 

 

Ile to jest lat już?

Ja miałam wtedy epizod, że pracowałam w piżamach... to musiał być 2012 rok. Od tego czasu doklejam. Moja mama kiedyś weszła do komórki i powiedziała, że to wyrzuci, ale po ostrych pertraktacjach głowa nadal mieszka w piwnicy. Jest teraz większa od oryginału.

 

 

Premiera „Kocham cię, Życie”, Agnieszka Chojnacka

12 listopada, 18:00

Galeria Czynna,  Sala Odeon, Narodowe Centrum Kultury Filmowej w EC1, ul. Targowa 1/3


 

 

____________________

 

Agnieszka Chojnacka artystka wizualna, wykładowczyni i współprowadząca Pracownię Działań Konceptualnych na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. W swojej praktyce wykorzystuje różnorodne media, dostosowując je do podejmowanej tematyki. Interesuje się zagadnieniami współczesnej kondycji ludzkiej oraz relacją jednostki z samą sobą i otaczającą ją rzeczywistością. W 2022 roku uzyskała stopień doktora sztuki. Stypendystka Arts Council England, Prezydenta Miasta Łodzi, Klubu Strasbourga, Instytutu Adama Mickiewicza oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP. Jej prace znajdują się w zbiorach Muzeum Sztuki w Łodzi. Mieszka i pracuje w Łodzi.

 

____________________

 

Joanna Glinkowska –  kulturoznawczyni, redaktorka, krytyczka sztuki. W przeszłości redaktorka pisma o kulturze współczesnej „Notes na 6 Tygodni” i współzałożycielka Fundacji Obszar Wspólny. Stała współpracowniczka redakcji portalu miejmiejsce.com. Obecnie doktorantka na kierunku Filozofia na Uniwersytecie Śląskim i pracowniczka BWA Wrocław Galerii Sztuki Współczesnej.

 

____________________

 

 

____________________

 

 

Zdjęcie główne: Kadr z filmu „Kocham Cię Życie”.

 

 

Patronite