Konteksty można oglądać z perspektywy sceny, galerii czy programu, ale można też zacząć od kuchni. Dla mnie tegoroczny festiwal w Sokołowsku miał rytm wyznaczany przez śniadania, obiady i kolacje, między którymi próbowałam wcisnąć performanse, instalacje i rozmowy z artystami i artystkami. Praca wolontariuszki pozwoliła zobaczyć, jak sztuka, codzienna praca, jedzenie i relacje splatają się w jedno doświadczenie. O Kontekstach od kuchni pisze Monika Jaskuła.

 

 

Kapuśniak, zupa z soczewicy, kalafiorowa, barszcz czerwony, chłodnik, fasolowa, rosół

Dla nas, wolontariuszy Kontekstów, upływ czasu wyznaczał rytm podawania posiłków. Ala, Cyprian, Jerzy, Kornelia (Nela), Monika i Ola – to my, atomy przemieszczające się nieregularnie pomiędzy Kinoteatrem Zdrowie, Sanatorium doktora Brehmera, Biedronką w Mieroszowie oraz najważniejszym punktem na mapie – Villą Rosa, czyli Różanką. Jej istota wynikała nie tyle z faktu, że było to miejsce zakwaterowania dla osób artystycznych, ile z tego, że to tam znajdowała się kuchnia i spiżarnia. Piszę ten tekst właśnie z perspektywy wolontariuszki, odpowiedzialnej przede wszystkim za pomoc w wykarmieniu Kontekstowej społeczności. Wobec wielu litrów zup, ugotowanych przez lokalne kucharki – Bożenkę, Anię i Ewę – trzeba było zakasać rękawy i przygotować się na wysiłek fizyczny, przepleciony z efemerycznymi doświadczeniami festiwalowymi, w których mogliśmy uczestniczyć w cyklu mieszanym, w zależności od harmonogramu zadań.

 

 

 

        Chwile, w których musiałam zdecydować, czy zakończyć pracę i pozwolić sobie na odpoczynek (choć nie intelektualny, bo ten wypełniały obserwacja i uczestnictwo w wydarzeniach artystycznych), ujawniły, jak trudno przychodzi mi odpuszczanie i godzenie się z niedokończeniem. Szybko okazało się jednak, że nie da się mieć wszystkiego zrobionego „do końca” — zawsze znajdzie się coś, co można jeszcze zrobić

 

 

 

 

W przedfestiwalowy, środowy wieczór w Różance panował chaos. Kiedy przyjechałam, około 22, czuć było w atmosferze nadciągający początek. Organizatorki oraz osoby artystyczne były w ferworze zadań. Przy stole w Różance spotkałam między innymi Gosię, która była przemęczona sprawami organizacyjnymi, jeszcze na dobre przed otwarciem festiwalu. Konteksty zaczynały się już kolejnego dnia, ale najpierw oczywiście śniadanie…Tak naprawdę w ogóle go nie pamiętam. Nie rozumiem, skąd ta wyrwa na osi czasu. Możliwe, że wynika ze stresu, towarzyszącego obawie przed nieznanym. Nie wiedziałam, co mnie czeka i ile pracy realnie wykonam. Jestem pewna, że wyruszyłyśmy z Nelą do Różanki około 7:40, potem czarna plama w pamięci i bach! - szykowanie obiadu. Kroję kapustę na surówkę, wybieram wnętrze cukinii, panieruję kotlety, będąc nazywaną „lalunią” przez kucharki Bożenkę i Anię. Panie nie były pewne moich umiejętności, stąd wzięła się ta „lalunia”. Choć wypatroszeniem cukinii nie popisałam się zjawiskowo, bo przyznajmy - jest to dość prosta czynność, to zaskarbiłam sobie szacunek ze strony doświadczonych kucharek, prawdopodobnie dzięki temu, że pracowałam szybko i pewnie. Byłam gotowa na pracę w pośpiechu i z dokładnością. Nalałyśmy wszystkim zupy, podałyśmy drugie danie w wersji mięsnej lub wegetariańskiej, po czym pomyłyśmy sprawnie zastawę, aby zyskać dłuższą chwilę spokoju między obiadem a kolacją. Wraz z Anią i Bożenką zaparzyłyśmy kawę i zjadłyśmy razem deser – tabliczkę białej czekolady, którą zabrałam ze sobą ze Szczecina, w obawie przed brakiem dostępu do słodkości. Wszystkie kawki, wypite wspólnie z kucharkami, wspominam czule. Cieszę się też, że z „lalunią” pożegnałyśmy się dosyć szybko i po obiedzie po prostu przeszłyśmy na „ty”. Czekolada pewnie była wisienką na torcie poczucia jedności wobec pracy.

 

 

Autorka tekstu w trakcie pracy (na stojąco), fot. Karolina Chmiel

 

 

 

Tegoroczna, dwunasta edycja Kontekstów miała swój grand opening w Kinie Zdrowie. Marta Czyż oraz Dzekashu MacViban, jako zespół kuratorski, otworzyli festiwal wraz z gospodyniami – Zuzanną Fogtt oraz Bożenną Biskupską. Była godzina 17, dawno po obiedzie. Wówczas wszystkie osoby sprawujące wolontaryjną wartę zdążyły się już najeść. Niektórzy z nas wybrali się do Kina na pierwsze zetknięcie z działaniami performatywnymi. Inni zostali w Różance, by dodrukowywać festiwalową gazetkę, a jeszcze inni pojechali na zakupy spożywcze. Ja, wobec niepewności co do tego, jaki dokładnie jest mój zakres obowiązków, starałam się uczestniczyć w Kontekstowych wydarzeniach jak najpilniej, ale z czujnością, zerkając na whatsappową grupę wolontariuszy.

Będąc w Sokołowsku, podświadomie wpadłam w schemat bycia gotową do podjęcia się wysiłku i pracy emocjonalnej, którego nauczyłam się w gastronomii. Chwile, w których musiałam zdecydować, czy zakończyć pracę i pozwolić sobie na odpoczynek (choć nie intelektualny, bo ten wypełniały obserwacja i uczestnictwo w wydarzeniach artystycznych), ujawniły, jak trudno przychodzi mi odpuszczanie i godzenie się z niedokończeniem. Szybko okazało się jednak, że nie da się mieć wszystkiego zrobionego „do końca” — zawsze znajdzie się coś, co można jeszcze zrobić. Osoby nadgorliwe lub bardziej uległe miałaby ręce pełne pracy nieprzerwanie. Nie wynikało to bezpośrednio ze struktury organizacyjnej Kontekstów, ale raczej z wewnętrznych przyswojonych schematów zapierdalania. Zwłaszcza pierwszego dnia festiwalu, siedząc w fotelu w Kinoteatrze Zdrowie, czułam, że jestem tam obecna tylko fizycznie.

 

 

Zespół ds. żywienia, druga z lewej autorka tekstu Monika Jaskuła, fot. Zosia Hołubowska 

 

 

 

Pierwszym performansem Kontekstów był stand-up Bośniaczki Mili Panić. Mila przyjechała do Sokołowska z wypracowaną strategią performowania humoru wobec mało responsywnej widowni, jaką okazała się ta zebrana w Kinoteatrze Zdrowie. Według Mili szczególnym wyzwaniem podczas show była obecność osób kuratorskich oraz potencjalne krytyczki lub krytycy słuchający jej żartów, o czym powiedziała na wstępie. Wobec wyzwania rozbawienia Kontekstowej publiki, schemat działania artystki był skonstruowany na autoironii oraz dystansowaniu się od swojego programu. Mila opowiadała żart, następnie ironizowała ze słabo słyszalnego śmiechu słuchaczy, żartując, że otwarcie festiwalu jej działaniem było złym wyborem kuratorskim. Skoro to akt performansu, śmiechy oglądających nie są wymagane – skwitowała. Dlaczego osoby artystyczne nie mogły się razem połączyć w śmiechu? Czy to, że wokół siedzieli kuratorzy i krytycy, miało znaczenie, tak jak przewidywała Mila? Czy żarty na temat migracji oraz stereotypów narodowych były zbyt trudne do przełknięcia?

 

 

 

       Gdy pracuje się na takim wydarzeniu, decyzje o uczestnictwie stają się zdeterminowane przez utylitarne potrzeby, których nie da się odwołać. Kolacja musiała być podana o czasie. Tylko spacery performatywne można przesuwać np. ze względu na burzę

 

 

 

 

Następnie na scenie Kina Zdrowie mogliśmy zobaczyć Marianę Garcię Maji, która odczytała krótkie wiersze. Trudno mi było wejść w stan aktywnego odsłuchania poetyckiego tekstu, ponieważ kontrolowałam czas na zegarku, by zdążyć do Różanki, gdzie czekał gar zupy z soczewicy do przewiezienia. Gdy pracuje się na takim wydarzeniu, decyzje o uczestnictwie stają się zdeterminowane przez utylitarne potrzeby, których nie da się odwołać. Kolacja musiała być podana o czasie. Tylko spacery performatywne można przesuwać np. ze względu na burzę. Na szczęście, kontakt z twórczością Mariany można było nawiązać przez cały czas trwania festiwalu, za pośrednictwem immersyjnej instalacji, zawieszonej między drzewami w okolicy wejścia do Sanatorium. Instalacja została przedstawiona kolejnego dnia Kontekstów. Mariana dała nam szansę na odsłuchanie opowieści o grupie kolumbijskich dzieci, która zaginęła w amazońskim lesie na 39 dni w wyniku katastrofy lotniczej w 2023 roku. Doświadczenie historii gorączkowych poszukiwań budowały zarówno słowa artystki, jak i obiekt zawieszony wysoko ponad głowami odbiorców. Obiektem był głośnik oraz okalający go żółty materiał, ułożony w formę kapelusza, który wyglądem i sposobem użycia przypominał megafon, kierujący strumień dźwięku ku ziemi. Instalacja „odśpiewywała” kołysanki głosem kolumbijskiej babci. Były one nawoływaniem zgubionych w lesie dzieci. Rytmiczne takty kołysanek miały uspokoić zarówno poszukiwane osoby, jak i poruszoną tragedią Kolumbię.

 

 

Mariana Garcia Maji, fot. Anka Jaworska 

 

 

 

Wobec delikatności, z jaką Mariana prezentowała swoją sztukę, trudno przejść obojętnie, zwłaszcza z wewnętrznym poczuciem straty wczorajszego doświadczenia. Możliwość obecności doceniłam mocniej z racji tego, że performans odbył się w okienku spokoju dla wolontariuszki – była bowiem godzina 13 – czuć było jeszcze najedzenie po powolnym śniadaniu, a do obiadu jeszcze sporo czasu. Tego dnia akurat nie pomagałam w gotowaniu obiadu, ale tylko w podawaniu dań. Mogłam zatem podążyć za programem festiwalu i skierować się przed kino, celem obejrzenia muralu duetu Mukenge/Schellhammer.

 

 

Mukenge/Schellhammer, fot. Kazimierz Ździebło

 

 

Przez cały czas spędzony w Sokołowsku byłam w trybie: zadanie, wykonać, dalej. Choć niecodziennie pomagałam przy gotowaniu zup i dań obiadowych, to śniadania robiliśmy codziennie. Były one chyba najbardziej męczącym zadaniem ze względu na poranną porę i niewyspanie po wieczornych integracjach z artystkami i artystami, które pod koniec festiwalu miały również formę kolektywnego oglądania Mundialu, za sprawą festiwalowej „strefy kibicki i kibica” Maryny Tomaszewskiej.

Wobec tego podwójnie doceniłam momenty spokoju, które mogłam wypełnić rozmowami z osobami artystycznymi. Pomyślałam, że buteleczka kefiru ze sklepu „u Cukra” nada się idealnie na moment spokoju i był to czas doskonały, ponieważ w sklepie znajdował się akurat Mohsen Hazrati. Mohsen przyszedł do sklepiku celem zakupienia „czegoś lokalnego”. Poleciłam zatem Mohsenowi kefir, po który sama przyszłam. Na prośbę Mohsena zapytałam sprzedawcy o lokalne słodkie przekąski, jednak ten odpowiedział, że „no niestety, mamy tylko takie z hurtowni” – to były ciasteczka typu „zawsze są u babci do kawy”, kupowane na wagę, ze składem gorszym niż niejeden fastfood, ale za to przystępne cenowo. Trudno było mi ubrać w kilku słowach fenomen tych ciasteczek, by opisać je Mohsenowi, zwłaszcza że nie chciałam zajmować kolejki w sklepie. Ostatecznie jakoś tak wyszło, że zdecydował się kupić kilka sztuk. Było czym zagryźć kefir podczas naszej sympatycznej rozmowy na temat języka polskiego, farsi oraz angielskiego. W oczekiwaniu na wypowiedź Christa Mukenge i Lydii Schellhammer zajęliśmy miejsce na leżakach pod kinem i porozmawialiśmy o praktyce twórczej Mohsana. Właściwie to na pierwszy plan bardziej wypłynęły trudności w utrzymaniu kontroli nad zdrowym balansem życiowym, jakie napotyka tak aktywny i płodny reprezentant pola sztuki, jakim bez wątpienia jest Mohsen. Opowiadał mi o swojej aktualnej rezydencji w Barcelonie oraz o „D.A.H PROJECT”, które był przestrzenią sztuki w rodzinnej miejscowości artysty – Shiraz w Iranie.

Mohsen podczas festiwalu prezentował immersyjną instalację w świecie generatywnym. Odbiorca mógł wejść w świat animacji nie tylko poprzez obserwację trójwymiarowego świata na dwuwymiarowym ekranie, ale również partycypując poprzez zbliżenie telefonu do urządzenia, które łączyło go z jednym z przystanków generatywnej ścieżki do zwiedzania. Praktyka artystyczna Mohsena opiera się przede wszystkim na połączeniu programowania i generatywnego AI z artystycznym researchem świata literackiego oraz mitologii perskiej.

 

 

 

Dzekashu MacViban i Maryna Tomaszewska, fot. Weronika Korus

 

 

Godzina obiadu – zupa kalafiorowa i na drugie yellow curry. Jest wersja z kurczakiem lub jarska. Jako okrasa do ryżu koperek i masło. Miski po zupie należało na bieżąco myć, bo było ich zdecydowanie mniej niż talerzy. Po obiedzie odbyło się spotkanie z Open Group z grupą chętnych do wzięcia udziału w płatnym proteście, który miał kolejnego dnia przemaszerować ulicami Sokołowska.

Moje Kontekstowe obowiązki stały się już jasne. Poczułam się pewniej. Czas zaczyna przypominać fale – łatwiej mi jest podążać z prądem artystyczno-jedzeniowym i mogę sama zorientować się, jaki obszar oczekuje zaopiekowania. Opada napięcie i liczą się już tylko wydarzenia oraz interakcje z uczestnikami Kontekstów oraz płynna komunikacja floty wolontaryjnej. Przy tym wszystkim przyświecają mi dwa ważne cele: odciążenie wspaniałych kucharek poprzez obserwację bieżących potrzeb oraz wyssanie z Kontekstowego harmonogramu jak najwięcej.

 

 

 

       Moje Kontekstowe obowiązki stały się już jasne. Poczułam się pewniej. Czas zaczyna przypominać fale – łatwiej mi jest podążać z prądem artystyczno-jedzeniowym i mogę sama zorientować się, jaki obszar oczekuje zaopiekowania

 

 

 

Jest sobota i podczas ostrego oberwania chmury Asta Fanney zaprasza do partycypacji w jej działaniach multidyscyplinarnych w Sanatorium.  Wkroczenie do świata islandzkiej magii Asty było surrealistycznym doświadczeniem, które rozpoczęło się od prezentacji serii rysunków na temat drogi z Biennale w Wenecji do Sokołowska. Asta była niczym cała na biało mitologiczna postać, która nie tylko odśpiewywała etiudy odczytane z rysunków, ale także dyrygowała publicznością, zachęcając do partycypacji w performansie. Nie poprzestała tylko na jednym działaniu, bo zaprosiła nas do kilku eksperymentów, dotyczących na przykład istoty brzmienia białej flagi czy tańca wokół ogniska z gwoździ.

 

 

Asta Fanney, fot. Anka Jaworska

 

 

 

Muszę dodać, że z perspektywy obsługiwania artystki przy posiłkach odczuwałam tę magię jaką roztaczała wokół również w jadalni. Zdawało się, że artystka zinternalizowała performans swojej persony artystycznej, albo odwrotnie – do performansu wniosła swoją autentyczność.

 

Podczas gdy Yuriy Biley oraz Anton Varga z Open Group wraz z kuratorami opisują koncepcję protestu grupie oglądających, my stoimy z banerami i czekamy na sygnał startu przemarszu. Artyści chcą zobaczyć nasz wysiłek jako zjawisko estetyczne oraz aktywistyczne – dostaliśmy instruktaż do choreografii oraz plan przystanków. Podczas protestu krzyczę „PRECZ Z WOJNAMI I LUDOBÓJSTWAMI”, „STOP WAR, KONIEC WOJNY!”. Chodzimy ulicą Główną, pomiędzy Kinoteatrem a Kawiarenką Smaków przez dwie godziny, między 17 a 19 w sobotę. Za naszą kilkunastoosobową grupą opłaconych protestujących jeżdżą na rowerach dwie lokalne dziewczynki, które są podirytowane naszym działaniem i rzucają nieprzychylne hasła w naszą stronę. Podobnie kilkoro innych, przypadkowych osób z Sokołowska. Publika zebrana, by obejrzeć spektakl Open Group, siedzi na leżakach pod kawiarniami i obserwuje nas z piwkiem w ręce. Ale podczas protestu nie widzę reakcji nikogo z tych „naszych”, zebranych pod lokalami, innej niż nagrywanie lub fotografowanie. Jestem skupiona na proteście. Ktoś wzywa policję, ale ta przyjeżdża na 10 minut przed zaplanowanym końcem protestu. Funkcjonariusze dość szybko odjeżdżają.

 

 

Open Group, fot. Karolina Chmiel

 

 

 

Kotlety jajeczne, gulasz wieprzowy, kotlety z ciecierzycy, kurczak pieczony, mizeria, paszteciki ze szpinakiem

Jemy też „ludzki miód” Horacego Muszyńskiego na pieczywie i gofrach wegańskich. Poczęstunek odbywa się przed prelekcją Horacego na temat „salivahoney” w Kinoteatrze. To miła odmiana - tym razem to artysta przygotował ucztę dla każdego. Można było napić się kawy lub herbaty, zjeść, a w tle rozbrzmiewał nostalgiczny głos Czubówny, opisujący fenomen wegańskiego miodu koncernu z Niderlandów. Uczestnictwo w prezentacji Horacego stało się dla mnie prowodyrem refleksji nad pracą wykonywaną na festiwalu w czasie rzeczywistym. Dzięki temu, że artysta przedstawił różne sposoby eksploatacji ludzkiego ciała – zarówno przez pracę, jak i maszyny wysysające miód spod języka – a jednocześnie sam nakarmił uczestników, wyraźniej dostrzegłam sens pracy wykarmiaczki i poczułam satysfakcję z pełnienia tej roli. Poczułam też, że rozproszenie uwagi między pracę a program festiwalu sprawiało, iż humorystyczne elementy działań artystów oddziaływały na mnie wyjątkowo mocno. Być może jest to jedna z wartości Kontekstów, widzę jednak w tym także odbicie rzeczywistości medialnej, w której przekaz uproszczony, zmemizowany i komediowy najłatwiej rozprzestrzenia się w społeczeństwie zmęczonym pracą.

 

 

 

      Metaforyczna, ale i realna bliskość z kuchnią to tak naprawdę zyskanie ogromnego przywileju – zarówno poprzez stan permanentnego najedzenia, jak i możliwości odkrywania tkanki organizacyjnej festiwalu sztuki efemerycznej

 

 

 

Podczas Kontekstów wydarzyło się wiele rzeczy, które pozostaną w mojej świadomości jedynie nieodhaczonymi punktami programu. W czasie, gdy odbywał się spacer z Roxane Mbange, przelewaliśmy zupy do bemarów. Podczas performansu Glorii Aino Grzywatz oraz Jana Nickoli Angermanna wykładaliśmy kolację. Nie zobaczyłam wszystkich filmów Józefa Robkowskiego, ani pracy Dana Perjovschi. Nie widziałam, jak Grzegorz Hańderek z synem kopali dziurę za Różanką. Zobaczyłam tylko efekt końcowy. Taka dziura jednak pozostała — pewien niedosyt wrażeń artystycznych. Mimo to udało mi się zobaczyć naprawdę wiele. Poza tym, co już opisałam, były to jeszcze: rzeźby owoców zawieszone na drzewie przez Janka Simona, pokaz nagranych dokumentalnie performansów Janusza Bałdygi, fragment filmu Dragany Jurišić oraz praca Ragnara Kjartanssona. Wzięłam też udział w turnieju wiedzy przygotowanym przez dziewczyny z Galerii Turnus.

 

 

Roxane Mbange, fot. Anka Jaworska

 

 

 

Cieszy mnie doświadczenie Kontekstów „od kuchni”. Szczególnie miłe były też interakcje z artystami i artystkami. Ci z nich, którzy byli szczególnie uzależnieni od pracy kuchni, ze względu na wykluczenia żywieniowe, serdecznie dziękowali za dodatkowy trud przygotowania porcji dania specjalnie dla nich. Metaforyczna, ale i realna bliskość z kuchnią to tak naprawdę zyskanie ogromnego przywileju – zarówno poprzez stan permanentnego najedzenia, jak i możliwości odkrywania tkanki organizacyjnej festiwalu sztuki efemerycznej.

W sierpniu możemy spotkać się w Sokołowsku jeszcze na dwóch festiwalach. W dniach 6-9 odbędzie się „Sanatorium Dźwięku” zorganizowane wokół hasła „Sekretny Element Zapłonu”, natomiast 27-30 sierpnia to czas trwania „Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Hommage á Kieślowski”. Do zobaczenia w jadalni!

 

 

__________________

 

Monika Jaskuła - artystka wizualna pochodząca z Polic, operująca przede wszystkim medium malarskim oraz tworząca obiekty. Studentka malarstwa na Akademii Sztuki w Szczecinie oraz socjologii na Uniwersytecie Szczecińskim.

 

__________________

 

 

Zdjęcie główne: część zespołu Kontekstów odpoczywa po pracy lub w trakcie ;), fot. Karolina Chmiel