Kim jest i co naprawdę robi najbardziej tajemnicza persona w teatrze, czyli inspicjent(ka)? Dlaczego inspicjent siedzi w kulisie, a doświadczeni reżyserzy cenią ten zawód? Czy istnieją szkoły dla inspicjentów? Czy pulpit inspicjenta daje supermoce, a jedną z najważniejszych cech w tym zawodzie jest odporność na stres? Z Agnieszką Choińską, inspicjentką z Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi rozmawia Marta Zdanowska.
Marta Zdanowska: Jeśli wpiszemy w wyszukiwarkę hasło „inpicjent/-ka”, sztuczna inteligencja (AI) opisuje cię następująco: to „dyrygent za kulisami niewidoczny dla publiczności, ale niezbędny dla funkcjonowania sztuki”. Wiemy, że inspicjent w teatrze pracuje, ale gdyby zapytać o to w ulicznej sondzie, 80% zapytanych nie będzie miało pojęcia na czym ta praca polega. Co robisz w teatrze?
Agnieszka Choińska: Nie prowadziłam statystyk, ale przy okazji oprowadzań po teatrze, doszłam do wniosku, że nie wie tego dziewięć na dziesięć zapytanych osób. Pracuję nad spektaklem od pierwszej próby czytanej do ostatniego przedstawienia. Od pierwszego dzwonka biorę odpowiedzialność za wszystko, co dzieje się na scenie i poza nią. Muszę mieć pewność, że scena jest przygotowana i muszę wiedzieć, czy wszyscy występujący aktorzy przyszli do teatru, upewnić się, że od strony technicznej wszystko jest gotowe, żeby spektakl „poszedł”. Inspicjent jest na pierwszej linii frontu, bo działa jak bufor pomiędzy realizatorami, aktorami i zespołem technicznym. Sporo do skoordynowania i wszyscy są dla mnie równie ważni. Nie da się zrobić spektaklu bez obsługi technicznej tak samo, jak bez aktorów.
Kontroluję i sprawdzam. To niewdzięczna funkcja, więc staram się to robić w sposób dyskretny, tak, by nikogo nie urazić. Ta praca polega przede wszystkim na relacjach, oparta musi być na zaufaniu i wzajemnym szacunku.
Montażyści zdradzili mi kiedyś, że sprawdzają, kto prowadzi spektakl. Jeśli Choińska, od razu wszystko robią dokładniej, bo wiedzą, że jak przyjdę, to coś zauważę, nie odpuszczę i będą musieli poprawiać
Dlaczego jest niewdzięczna?
Łatwo ludzi urazić i łatwo im się narazić, bo bywam dość – delikatnie mówiąc – upierdliwa. Montażyści zdradzili mi kiedyś, że sprawdzają, kto prowadzi spektakl. Jeśli Choińska, od razu wszystko robią dokładniej, bo wiedzą, że jak przyjdę, to coś zauważę, nie odpuszczę i będą musieli poprawiać. Perfekcja jest w tym zawodzie istotna, bo wiąże się z dbaniem o dobro widza. I dlatego ściany mają być równe, a lustro wyczyszczone. Z moimi natręctwami wszystko musi być poukładane tak, jak na premierze. W dodatku posiadam straszliwą broń pod tytułem RAPORT z próby lub ze spektaklu. Wpisuję tam wszystkie rzeczy – zarówno te dobre, jak i niedobre – z naszej pracy. Raport jest dokumentem przeznaczonym do wglądu dla dyrekcji; nie ma dla mnie podwójnych standardów, jeśli zrobię coś źle, siebie też wpisuję.
Jako inspicjentka jestem ostatnią osobą, która mogłaby stracić głowę i pokazać, że nad czymś nie panuje. Kiedy wszystko idzie zgodnie z planem, wszyscy wiedzą, co mają robić, nie ma problemu, ale kiedy coś się wyłoży, to ja muszę mieć plan B albo C. I nie ma wtedy ze mną dyskusji, bo decyzje trzeba podejmować czasem w ciągu kilku sekund. Tłumaczę się tylko dyrektorowi. Miałam kiedyś taką sytuację. Drugi spektakl po premierze, czyli świeżynka, a akustyk nie zjawia się na czas w teatrze i nie odbiera telefonu. Nie miał szans przekazać nikomu opisanego egzemplarza scenariusza, a na domiar nieszczęścia w spektaklu wykorzystywane były mikroporty. Zadzwoniłam do drugiego akustyka, który nie brał udziału w produkcji i do kompozytora, który przecież wie najlepiej, kiedy który track powinien pójść. Kompozytor jechał już do domu, do Poznania, zawrócił z trasy. Zdążyliśmy, spektakl poszedł. A trzeba pamiętać, że wizerunkowo dla teatru najgorsze jest odwoływanie spektaklu tuż przed rozpoczęciem.
Jak trafiłaś do zawodu? Wiedziałaś „od zawsze”, że chcesz pracować w teatrze?
Teatr był w moim życiu obecny od dawna. Ta miłość zaczęła się w szkole średniej dzięki mojej wspaniałej polonistce Bożennie Miedzybłockiej-Mielniczek, z którą mam zaszczyt przyjaźnić się do dziś. Do Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka przyjął mnie Zdzisław Jaskuła. Nie pałał entuzjazmem, ale przekonała go żona – Sława Lisiecka. Byłam w takim momencie życia, w którym wiedziałam już czego z całą pewnością nie chcę i nie mogę robić. Daliśmy sobie szansę (śmiech), umówiliśmy się na jedną produkcję – testem był Wieczór trzech króli, czyli Szekspir na dzień dobry! Idealny początek! Na pierwszą próbę przyszłam elegancko ubrana, w butach na obcasach tupałam po scenie. Dla aktorów musiało to być strasznym doznaniem, pewnie wbijałam im szpilki w głowę. Przyszłam, żeby sprawdzić, czy to praca dla mnie, czy da mi satysfakcję i spełnienie. Wcześniej, myśląc o sobie w teatrze, marzyłam o byciu szatniarką. Wyobrażałam sobie, że będę wykonywać pracę, która pozwoli mi na czytanie książek, co uwielbiam robić. Przyjmę kurtki, potem je oddam, a pomiędzy będę mogła oglądać spektakle i pochłaniać książki. (śmiech)
Przyszłam na próbę, która nieprzerwanie trwa trzynaście lat. Nie ma szkół dla inspicjentów, najlepszą szkołą jest życie. Bardzo dużo przez ten czas się nauczyłam. Również, a może przede wszystkim o sobie samej.
To oznacza, że jesteś inspicjentką-samoukiem.
Każdy inspicjent jest samoukiem. Oczywiście można terminować w zawodzie, bo teatr jest takim miejscem, gdzie praktyka terminowania u kogoś ciągle jeszcze ma zastosowanie. Można podpatrywać kogoś starszego, zdobywać doświadczenie. Mnie po prostu pokazano pulpit inspicjenta, poinformowano, kiedy włącza się przyciski i rzucono na głęboką wodę. Reszty nauczyłam się sama.
Dlatego jedną z najważniejszych cech w tym zawodzie – przynajmniej dla mnie – jest dyskrecja
Co znajduje się na pulpicie inspicjenta?
Pulpit daje supermoce (śmiech). Przede wszystkim daje możliwość komunikacji z całym teatrem. Jeśli włączę nasłuch, to w całym teatrze słychać, co dzieje się na scenie. Jeśli zrobię to na próbie, to właściwie wszyscy wszystko wiedzą przed premierą. To kwestia mojego świadomego wyboru. Dlatego jedną z najważniejszych cech w tym zawodzie – przynajmniej dla mnie – jest dyskrecja. Kiedy pracujemy nad tekstem, dzieją się czasem tak intymne rzeczy, że trzeba zwracać szczególną uwagę na to, żeby ten proces odbywał się w bezpiecznych warunkach. Na przykład w spektaklu „Beze mnie jesteś nikim”, [który mówi o przemocy domowej – przyp. red.] nie dało się emocjonalnie nie być wewnątrz tego tematu. Książkę Jacka Hołuba „Beze mnie jesteś nikim. Przemoc w polskich domach” czytałam nie wiedząc, że będziemy nad tym tekstem pracować. Bardzo długo dochodziłam do siebie. Dopiero później uświadomiłam sobie, ile ta lektura dała mi narzędzi, także językowych, do nazywania sytuacji przemocowych. Również w codziennym życiu.
Aktorów widzimy na scenie. Reżysera czy scenografa widzimy przez moment, kiedy wychodzi oklaskiwany po premierze na scenę. Inspicjenta nie widać nigdy. Gdzie jesteś w trakcie spektaklu i co wtedy robisz?
Jeśli mnie nie widać i wszystko idzie ok, to znaczy, że wykonuję swoją pracę dobrze. Siedzę w kulisie. Mam podgląd na scenę, widzę w monitorze, co się tam dzieje. Tak naprawdę, zwłaszcza na małej scenie, każdy spektakl jest dla mnie słuchowiskiem. Trudno mnie oszukać. Nie chodzi tylko o zgodność z tekstem, ale także o kondycję aktora czy jego nastrój. Uważny inspicjent widzi wszystko. Relacje między ludźmi, kto się z kim lubi, kto lubi się bardziej i kto właśnie przestał się lubić. Moim ulubionym miejscem w teatrze jest pierwszy rząd. To tu, tuż obok reżysera, siedzę w trakcie pracy nad spektaklem. Ważne dla mnie jest podpatrywanie procesu i uczestniczenie w nim. Reżyserzy, którzy pracują ze mną po raz pierwszy, bywają zdziwieni, bo dzielę się swoimi wątpliwościami, dopytuję o intencje i często widzę to zaskoczenie w ich oczach: Skąd ona się wzięła? Kto to jest? To przełamuje między nami lody, zbliża i chyba buduje szacunek.
Trudno mnie oszukać. Nie chodzi tylko o zgodność z tekstem, ale także o kondycję aktora czy jego nastrój. Uważny inspicjent widzi wszystko
Chciałam cię zapytać od samego początku o to, jak jesteś traktowana przez reżyserów. W zasadzie działasz jak teatralny Hermes, przekazujesz wiadomości, organizujesz ogrom spraw. Ale czy nie traktują cię jak pracownika od brudnej roboty? Masz swoich reżyserów-ulubieńców?
Doświadczony reżyser, który w niejednym teatralnym piecu wypiekał chleb, doskonale wie, że dobry inspicjent to wiele problemów z głowy. Jeśli inspicjent jest osobą ogarniętą, jest w stanie załatwić praktycznie wszystko. Nie wiem, czy sława mnie już wyprzedza, ale czasem mam wrażenie, że są uprzedzani, że ja to właśnie ja i dobrze jest mnie mieć w ekipie (śmiech). Jak ze wszystkim i z traktowaniem bywa różnie. Ci, którzy już ze mną pracowali, sprawiają mi czasem fantastyczną przyjemność, bo wracając do teatru mówią, że chcą ponownie współpracować. I to jest wspaniałe uczucie. Myślę, że jestem już w takim momencie zawodowej drogi, że mogłabym odmówić współpracy. Są tacy reżyserzy, z którymi nie chciałabym zetknąć się ponownie.
Jedną z moich najprzyjemniejszych współprac była ta z profesorem Jerzym Stuhrem przy „Szewcach” Witkacego. I zawodowo i czysto po ludzku była to fantastyczna przygoda. Czułam się potrzebna i doceniana. Lubię pracować z Remigiuszem Brzykiem, u którego często jestem asystentką. To z nim przeżyłam jedną ze swoich najważniejszych teatralnych przygód, czyli „Ziemię obiecaną” z iście epickim zakończeniem: ostatni spektakl zagraliśmy w Pekinie. Miałam duże szczęście do realizatorów, bardzo ciepło wspominam pracę z Marcinem Liberem, Kubą Kowalskim, Mikołajem Grabowskim, Lechem Raczakiem, Michałem Zadarą. Potrzebuję wyzwań, bo jeśli w pierwszym roku swojej pracy zrobiłam premierę na dużej scenie, na małej scenie i w przestrzeni absolutnie nieteatralnej, czyli spektakl „Hotel Savoy” w hotelu przy Traugutta, to poprzeczkę oczekiwań mam zawieszoną dość wysoko.
Fantastyczny „Hotel Savoy” według Josepha Rotha w reżyserii Zadary jest moim spektaklem założycielskim. Podejrzewam, że dzięki niemu piszę recenzje teatralne, bo niewielu rzeczy tak żałowałam, jak tego, że niczego o nim nie napisałam, a kumulowały się w nim setki emocji dotyczących Łodzi. Ale to musiało być dla ciebie ogromne wyzwanie realizacyjne.
Bieganina po sześciu piętrach przez pięć godzin dziennie, symultaniczna akcja. W efekcie nosiłam ubrania w rozmiarze 32. To była wartość dodana. (śmiech) Sprawdzenie tych wszystkich nietypowych przestrzeni było dużym wyzwaniem, wymagało ode mnie dużo czasu. Wspólnie z Elą Szymczak, która przy tym spektaklu była rekwizytorką, przez lata wspominałyśmy przy innych współpracach: „Skoro przeżyłyśmy Savoy, to już wszystko przeżyjemy, nic nas nie pokona”. Musiałam wymyślić jak komunikować się w tej przestrzeni budynku hotelowego z aktorami i nie stracić głowy, kiedy na przykład zatrzasnęli się w pokoju, bo wypadła klamka. Jak akcja ma ruszyć dalej? Przechodziłam na przykład obok Darka Kowalskiego, udając widzkę i dotykałam jego kolana. To był sygnał do zmiany sytuacji. Stawałam w oknie i machałam stamtąd, żeby na dziedzińcu wiedzieli, że to już moment na zmianę. Jeżeli widzowie jechali windą, a nie mogłam się z nimi zmieścić, to biegłam po schodach na górę. Nie było tam żadnego systemu nagłośnienia, więc musiałam jakoś poradzić sobie sama. Miałam wspaniałych realizatorów, którzy po latach wspominają tę współpracę.
Przydarzyła ci się kiedyś sytuacja, która pewnie śni się w koszmarach: aktor nie przychodzi na spektakl? Albo musiałaś przerwać z jakiegoś powodu grę? Jak reagowałaś w takich momentach?
Przydarzyła mi się taka sytuacja. Zawsze próbuję ratować spektakl, ale mam też z tyłu głowy myśl, że tej osobie mogło się coś stać. Dzwonię, szukam kontaktu, możliwości sprawdzenia, dotarcia. W tym konkretnym przypadku podzieliliśmy kwestie. Udało się i nikt się nie zorientował. Kiedyś byłam o krok od przerwania spektaklu ze względu na zachowanie aktora, na szczęście dotrwaliśmy do końca. Raz musiałam odwołać spektakl, akurat w prima aprilis… ani pracownicy ani widzowie nie chcieli uwierzyć, że to nie jest żart. W moim zawodzie przydaje się bardzo wysoki poziom kompetencji interpersonalnych, na każdego trzeba znaleźć sposób, który zadziała, żeby takie sytuacje się nie powtórzyły. Zawsze chciałam być nauczycielką, a aktorzy w teatrze – zwłaszcza przed premierą, kiedy kumulują się emocje – są czasem jak duże dzieci. Trzeba wiedzieć, kogo wtedy przytulić do piersi, a kogo spionizować. I z jakichś tajemniczych powodów ci dorośli ludzie, muszą mnie słuchać (śmiech). To praca zespołowa i czasem trzeba zrezygnować z ego na rzecz wspólnoty.
Nie wiem, co takiego mam w głowie, że ciągle mnie to kręci i wydaje się fajne, bo poziom stresu jest wysoki. Przychodząc do pracy właściwie nigdy nie wiem, co się wydarzy. Ciągle jestem w trybie czuwania
Wykonujesz bardzo stresujący zawód!
Nie wiem, co takiego mam w głowie, że ciągle mnie to kręci i wydaje się fajne, bo poziom stresu jest wysoki. Przychodząc do pracy właściwie nigdy nie wiem, co się wydarzy. Ciągle jestem w trybie czuwania. Najtrudniej jest przed premierą, kiedy wszystkie klocki są ze sobą łączone. Każda grupa pracowników zna swój odcinek, a ja muszę znać całą trasę i być przewodniczką.
Wykraczasz znacznie poza ramy pracy inspicjentki, bo prowadzisz też w teatrze projekty edukacyjne dla młodych osób.
Tak, to wynika z mojej potrzeby samorozwoju i dzielenia się doświadczeniem teatralnym z innymi. Teatru moim zdaniem można się nauczyć, doświadczając go, po prostu, inaczej się da. Najbardziej uruchamiającym hasłem dla mnie jest tekst: „Nie da się!”. A ja wiem, że się da. Skoro sama wymyśliłam projekt, to sama musiałam go zrealizować. Zrobić kwerendę, umawiać się na spotkania od szkoły do szkoły, wskazać tytuły, które chcę uczniom pokazać, wymyślić dla nich warsztaty i zapełnić widownię. Na początku nikt mi w tym nie pomagał, więc byłam też kolporterką. Ponieważ to było moje dziecko-projekt, szłam i zarażałam ludzi swoją wizją tego, co teatr może młodym ludziom zaproponować. A może bardzo dużo, to magiczne miejsce.
Masz poczucie, że otworzyłaś młodych ludzi na teatr realizując cykl „Młodzież w teatrze”?
Tak. Mówię to z pełnym przekonaniem, bo młodzi ludzie wracają, dzielą się swoimi przeżyciami, budujemy relacje. Zdarzały się niewyobrażalne sytuacje. Mogę deklarować, że jestem dorosłym, który nigdy nie krytykuje i w trakcie rozmowy każdy może wyrazić swoje zdanie, szanując zdanie innych, ale dla młodych ludzi, którzy uczeni są myślenia według „klucza”, wcale nie jest oczywiste, że istnieją miejsca, w których mogą coś powiedzieć i nikt ich nie skrytykuje, że najważniejsze jest ich indywidualne przeżycie. Po spektaklu „Wszyscy jesteśmy dziwni” dochodziło na przykład do coming outów. Zapanowanie nad dyskusją i grupą stu czterdziestu osób to było nie lada wyzwanie. Inicjując rozmowę zazwyczaj wykorzystuję cytat z tekstu spektaklu. Zadałam pytanie, czy „zdołaliśmy was rozkołysać, wybujać czy wkurwić?” i wtedy młody człowiek z ostatniego rzędu siedzący naprzeciwko mnie powiedział: „Ale czym? Mam już dość tej ciągłej lewackiej gadki”. I z takiego poziomu zaczynaliśmy dyskusję. Była wspaniała. Bo najciekawsze jest nie to, że oni kwestionują prowokacyjnie albo zaczepnie to, co mówię i nie zgadzają się ze mną, ale kiedy robią to między sobą. Uwielbiam pracować z młodymi ludźmi. Każda grupa ma inną dynamikę, każda inaczej myśli. Ja i moi rozmówcy nie możemy się ze sobą nudzić, nie możemy być sobą niezainteresowani, nieuważni, bo to wyczuwa się natychmiast. A już naprawdę niesamowite jest to, że za każdym razem wychodzą z tekstu nowe sensy, nowe konteksty i ich energia niesłychanie nas niesie.
Czy masz w swojej praktyce inspicjenckiej spektakl, który był szczególnie trudny? Nie poszło w nim tyle rzeczy, że wiesz, że nigdy nie więcej nie poprowadzisz pracy w ten sposób?
Mam za sobą produkcję, która nauczyła mnie stawiania granic i pokazała, że czujność trzeba zachować nawet w miejscu, w którym czuję się bardzo bezpiecznie. Przekonałam się jak ważna jest w tym zawodzie umiejętność powiedzenia „nie”. Nie byłam przygotowana na taki sposób traktowania, z jakim się spotkałam, ale wierzę, że wszystko dzieje się po coś, więc to doświadczenie pokazało mi jak chcę swój zawód wykonywać, jak zadbać o swój dobrostan i zachować higienę emocjonalną.
A gdybyś mogła podsumować swoją pracę tak, żeby ktoś, kto myśli o teatrze, pomyślał o zawodzie inspicjenta?
W tym zawodzie nie można się nudzić. Wspaniała jest wymiana energii, konfrontowanie swojej wrażliwości ze światami wewnętrznymi innych ludzi. Poznawanie siebie, ubogacanie. Trzeba mieć coś z psychologa i coś z dyrygenta. Inspicjent pochodzi od łacińskiego „inspiciens”, co oznacza dozorującego. Od lat towarzyszy mi „Słownik Wyrazów Obcych”. Ambitnie próbuję nauczyć się go na pamięć, żeby wzbogacić swoje słownictwo. Inspicjent jest w nim na 308 stronie, pomiędzy inspektorem a inspiracją. I jest to idealne miejsce. Symboliczne.
____________________
Agnieszka Choińska – absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego. Od 2012 pracuje w Teatrze Nowym w Łodzi jako inspicjentka, koordynatorka pracy artystycznej oraz asystentka reżyserów. W latach 2019-21 pracowała także w Gdyńskim Centrum Kultury/Konsulacie Kultury w Gdyni jako producentka wykonawcza. Zrealizowała ponad 50 projektów teatralnych, plenerowych i ulicznych. Współpracowała z uznanymi reżyserami i reżyserkami teatralnymi, m.in z M. Wojtyszką, J. Stuhrem, M. Grabowskim, M. Zadarą, L. Raczakiem, G. Chrapkiewiczem, J. Tumidajskim, Z. Jaskułą, M. Liberem, R. Brzykiem, T. Manem, L. Frankiewicz, O. Leonenko-Głowacką, R. Rychcikiem, A. Biziuk, C. Tomaszewskim, W. Rubinem. Stworzyła autorski projekt „Młodzież w teatrze”, cykl którego celem jest teatralna aktywizacja młodych ludzi i wyposażenie ich w narzędzia do pełniejszego, głębszego i bardziej świadomego korzystania z kultury. Współpracuje z UŁ, prowadzi autorskie zajęcia z młodzieżą akademicką i licealną. Obecnie pracuje nad adaptacją sceniczną „Krótkiej historii o długiej miłości” (stypendium ZAiKS-u). Lubi siebie, swoje pasje i miejsce na ziemi, a największą inspiracją dla niej są ludzie i świat.
____________________
Marta Zdanowska – współzałożycielka Fundacji Łódzki Szlak Kobiet, redaktorka, animatorka literatury i recenzentka teatralna. Sekretarzyni Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima i Nagrody Translatorskiej im. Ireny Tuwim. Prowadzi zajęcia dla twórczego pisania na Uniwersytecie Łódzkim oraz spotkania i warsztaty literackie, związane głównie z herstorią i narracjami kobiet oraz tożsamościami lokalnymi. Na co dzień pracuje w Domu Literatury w Łodzi, współtworzy Festiwal Puls Literatury. Pasjonatka Dolnego Śląska.
____________________
____________________
