Podkreślają, że fotografia teatralna jest efektem pracy wielu osób. Uważają się raczej za solidnych rzemieślników niż za artystów, ale nie zawahają się przed twórczym eksperymentem, by osiągnąć pożądany efekt. Z fotograficznym duetem HaWa, tworzonym przez Anetę Wawrzołę i Grzegorza Habryna, rozmawia Karolina Maciejewska.

 

 

Spotykamy się, by porozmawiać o waszej działalności w obszarze fotografii teatralnej i reportaży z wydarzeń kulturalnych. Jest to nisza, w której przez lata wypracowaliście sobie mocną pozycję. Jestem ciekawa, jak wyglądały drogi, które doprowadziły was do miejsca, w którym dziś jesteście?

Grzegorz Habryn: Droga fotografów teatralnych do zawodu zwykle jest dziwna. Chyba nie ma do dziś takich studiów, jest jedynie kurs fotografii teatralnej, który prowadzi Tobiasz Papuczys [w Instytucie Grotowskiego – przyp. red.]. W naszym przypadku zadecydował… przypadek. Montowałem wtedy różne materiały wideo, m.in. dla instytucji kultury. To zresztą jest nadal ogromna część naszej działalności. Przygotowywaliśmy aftermovie dla Festiwalu Łódź Czterech Kultur, a jednym z jego wydarzeń była wystawa o Andrzeju Bobkowskim w foyer Teatru Nowego. Oprócz wideo dla festiwalu zrobiliśmy z Anetą taką szybką fotorelację z tej wystawy. Zobaczył ją dział promocji teatru, w którym pracowali wtedy Kuba Galczak i Ola Dudek. Zdaje się, że spodobał im się ten reportaż i zaproponowali nam wykonanie fotorelacji z Vatzlawa w reżyserii Michała Kmiecika, debiutującego na scenie Nowego na zaproszenie Zdzisława Jaskuły. Wykonaliśmy te zdjęcia i dalej już poszło.

 

 

 

...fotografować uczyłam się z książki, którą znalazł dla mnie Grzegorz. Była to „Fotografia. Podręcznik”, taka w żółtej obwolucie. I ja po prostu wzięłam aparat do ręki, wertowałam kolejne strony i uczyłam się, które pokrętło jest od czego i jak się fotografuje

 

 

Aneta Wawrzoła: Moja droga była zupełnie inna. Nie skończyłam żadnych studiów artystycznych, a fotografować uczyłam się z książki, którą znalazł dla mnie Grzegorz. Była to „Fotografia. Podręcznik”, taka w żółtej obwolucie. I ja po prostu wzięłam aparat do ręki, wertowałam kolejne strony i uczyłam się, które pokrętło jest od czego i jak się fotografuje. W ten sposób się nauczyłam. Jasne, to trochę anegdota, ale jeśli pytasz, jak to się zaczęło – to u mnie zaczęło się właśnie tak. Oczywiście potem przyszło do weryfikacji tej wiedzy.

Fotografia teatralna, zwłaszcza dziś, to nie jest jakaś szczególnie skodyfikowana dziedzina i niełatwo o wiedzę, jak robić zdjęcia na scenie. Dużo majstrowaliśmy, zwykle nieświadomie. Wbijaliśmy się na scenę, podchodziliśmy blisko, robiliśmy jakieś koślawe kadry. Bawiliśmy się tą fotografią, nie wiedząc, że być może robimy to niewłaściwie. Fotografowaliśmy – nie do końca świadomie – inaczej niż wielu oczekiwało, z przyzwyczajenia, ale i z powodu wymogów promocji czy archiwizacji. Nie było prostych, szerokich kadrów, na których widać całą scenę i to, co się na niej znajduje.

Dosyć szybko wysłaliśmy zdjęcia z Teatru Nowego na Konkurs Fotografii Teatralnej [organizowany przez Instytut Teatralny im. Z. Raszewskiego – przyp. red.], a mój zestaw znalazł się w finale. Wysłaliśmy to na pałę. Nie wydawało nam się, że możemy cokolwiek osiągnąć. Po prostu chcieliśmy spróbować; był to rok 2015 i dopiero druga edycja tego konkursu, więc nie był on tak popularny. Jakoś od tego momentu na serio zaczęliśmy się przyglądać tej dziedzinie, zastanawiać, dlaczego nasze zdjęcia się dostały, oglądać inne zdjęcia, poznawać fotografów teatralnych. Pojechałam do Instytutu Fotografii Fort na przegląd portfolio, gdzie zabrałam już trochę swojej fotografii teatralnej. Tam spotkałam Magdę Hueckel, fantastyczną fotografkę teatralną i świetną artystkę, która też powiedziała mi: rób. Dalej to już była normalna droga zawodowa, to znaczy pojawiły się zlecenia i traktowaliśmy je po prostu jak pracę.

 

 

Aktorka Dagna Dywicka w scenie ze spektaklu „Protest kielecki. Do kogo należą Kielce?" w reżyserii Jakuba Skrzywanka na scenie Teatru Żeromskiego w Kielcach. Kostiumy: Lila Dziedzic, scenografia, reżyseria świateł: Agata Skwarczyńska, fot. HaWa

 

 

 

Możemy zrobić mały krok wstecz? Czy wcześniej w ogóle pracowaliście razem przy czymś innym niż fotografia?

Grzegorz: Pracowaliśmy razem przy wideo, zawsze trochę filmowaliśmy, ale przede wszystkim montowaliśmy różne materiały. Wcześniej pracowaliśmy w innych kolektywach, przy projektach związanych z modą albo biznesem, co z perspektywy naszych obecnych doświadczeń brzmi nieco absurdalnie.

 

 

 

Można powiedzieć, że była to droga w odwrotnym kierunku niż w przypadku wielu osób, czyli od wideo do fotografii? Obecnie częściej ten ruch odbywa się w drugą stronę, zwłaszcza w związku z aktualnymi trendami w komunikacji.

Aneta: Tak, najpierw było wideo. Ale też nie pracowaliśmy razem wówczas zbyt często, przede wszystkim dlatego, że ja byłam nauczycielką w klasach 1-3 – to mój pierwszy wyuczony zawód. I nie mieszkaliśmy jeszcze razem, choć już się spotykaliśmy. Grzegorz montował etiudy studenckie, fabuły i dokumenty. Przychodziłam do niego, a on zawsze chciał się czymś podzielić. Pokazywał mi różne rzeczy, dzięki czemu uczestniczyłam cały czas w tym procesie. Widziałam, na jakim etapie był materiał poprzedniego dnia, a na jakim następnego. W pewnym momencie zaczęliśmy montować razem, myśleć o tym wspólnie. Grzegorz dzwonił do mnie i mówił: słuchaj, mam takie coś do zmontowania... Potem, gdy miał wziąć jakiegoś współpracownika do realizacji, to brał mnie, chociaż byłam jeszcze zielona.

Jeśli dobrze liczę, to w kulturze pracujemy trzynaście lat. To zlecenie dla Czterech Kultur, od którego zaczął Grzegorz i od którego zaczęła się nasza praca w kulturze, było w 2012 roku.

 

 

 

W takim razie w mojej ścieżce zawodowej chyba wszystko jest odwrotnie – najpierw skończyłem Szkołę Filmową, a później zdałem na kulturoznawstwo. Zdaje się, że do tej pory marzeniem większości studentów filmoznawstwa czy kulturoznawstwa jest dostanie się do Szkoły Filmowej

 

 

 

Oboje macie komponent wykształcenia akademickiego. Z Grzegorzem spotkaliśmy się na kulturoznawstwie. Czy macie poczucie, że właśnie to wykształcenie uniwersyteckie, humanistyczne i wiążący się z nim rodzaj refleksji, inny niż ten wynikający z wykształcenia artystycznego, pomaga wam w pracy?

Grzegorz: Sama powiedziałaś, że częstsza jest ścieżka kariery odwrotna do naszej: zwykle najpierw są zdjęcia, a dopiero potem wideo. W takim razie w mojej ścieżce zawodowej chyba wszystko jest odwrotnie – najpierw skończyłem Szkołę Filmową, a później zdałem na kulturoznawstwo. Zdaje się, że do tej pory marzeniem większości studentów filmoznawstwa czy kulturoznawstwa jest dostanie się do Szkoły Filmowej.

 

 

 

Potwierdzam, jestem jedną z tych osób, które próbowały bezskutecznie.

Grzegorz: Szkoła Filmowa jest szkołą zawodową. A jeśli nieczęsto wspominam tamte studia, to z dwóch powodów. Pierwszy, smutny powód jest taki, że to było już bardzo dawno: jestem coraz starszy i wydaje mi się, że byłem wtedy zupełnie inną osobą. A drugi – uważam, że to jest trochę cringeowe mówić przez całe życie, że się skończyło Szkołę Filmową. Poznałem kilku takich twórców, którzy w pierwszej minucie rozmowy podkreślają, że skończyli właśnie tę szkołę i traktują to jako jakiś złoty talizman. A tymczasem skończenie tej szkoły może znaczyć bardzo dużo, ale może też nic nie znaczyć. Znam wielu twórców, którzy robią świetne rzeczy, a nigdy się tam nie dostali albo nawet nie myśleli o tym, żeby próbować. Wspominanie o tej szkole w moim wieku wydaje mi się nie na miejscu.

Studiowanie dość długo kulturoznawstwa otworzyło moją głowę na różne dziwne tematy, bo Szkoła Filmowa jest jednak zamkniętą enklawą, skupioną na filmie. Na pewno teatr wszedł w nasze życie dzięki kulturoznawstwu, a nie Szkole Filmowej. Nie tylko dlatego, że ludzie, których znałem z kulturoznawstwa, pracowali w Centrum Dialogu czy w teatrze, z którym później współpracowaliśmy, więc łatwiej nam było się porozumieć, ale też dlatego, że to kierunek, na którym dostaje się wiedzę z tak szerokiego wachlarza dziedzin, że właściwie można próbować się odnaleźć w wielu porządkach. Po montażu nie ma tylu możliwości.

 

 

 

Gdy teraz myślę o mojej codziennej robocie, o rozmowach z ludźmi, z którymi pracuję, o rozmowach z Grzegorzem, to dochodzę do wniosku, że bardziej kształtuje mnie to, czego nie skończyłam, niż to, co skończyłam

 

 

 

Aneta: Moje wykształcenie było typowo uniwersyteckie i dość odległe od kultury -– skończyłam pedagogikę. Brak rzetelnego, może artystycznego, może właśnie kulturoznawczego wykształcenia, budzi we mnie ciągłe przekonanie, że jestem niewystarczająco dobra czy nie mam wystarczającej wiedzy, by obronić swoje prace. To męczy na co dzień, ale też zachęca, żeby sięgnąć po książkę i nauczyć się z niej fotografować. Zachęca, by dalej się uczyć. Oczywiście, kiedy już pracujesz, ta nauka wygląda trochę inaczej. Czasem wiesz, czego konkretnie oczekujesz – właśnie dlatego kończyłam później różne studia i kursy związane z fotografią – a czasem chcesz po prostu poszwendać się po jakiejś dyscyplinie: z tego powodu poszłam na studia w Akademii Sztuk Pięknych. Przerwałam je tuż przed końcem, przed zrobieniem dyplomu. Jasne, może i lepiej domykać niektóre rozdziały, ale przecież ja nie szłam tam po zawód. Gdy teraz myślę o mojej codziennej robocie, o rozmowach z ludźmi, z którymi pracuję, o rozmowach z Grzegorzem, to dochodzę do wniosku, że bardziej kształtuje mnie to, czego nie skończyłam, niż to, co skończyłam.

 

 

Sesja promocjna spektaklu „Piramida zwierząt" w reżyserii Michała Borczucha, Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej w Krakowie. Napis namalowała Anna Maria Wolniak, fot. HaWa
 

 

 

 

Mówiliście o tym, że na początku wasze fotografowanie w teatrze polegało na eksperymentowaniu i niezamierzonym łamaniu zasad. Czy dzisiaj, po latach pracy, macie swoją filozofię? Sądzę, że wielu fotografów teatralnych ma swój pomysł na fotografowanie tego, co na scenie. Gdy oglądam wasze zdjęcia, wydaje mi się, że często dostosowujecie środki do danego tematu czy sytuacji.

Aneta: Trzeba powiedzieć uczciwie, że to jest zawsze zlecenie. Uważamy się bardziej za solidnych rzemieślników niż za artystów, więc chcemy oddać produkt, który będzie satysfakcjonujący dla klienta. W związku z tym w fotografii teatralnej, tak jak powiedziałaś, staramy się w pewien sposób dopasować środki czy formę do tego, jaki to jest spektakl. Trochę inaczej fotografujemy w teatrach lalkowych, wiedząc, kto jest odbiorcą tego materiału, a inaczej w teatrach dramatycznych.

Inną kwestią jest to, że zdjęcie z teatru jest efektem pracy bardzo wielu osób. Oczywiście to my wybieramy jakiś kąt, patrzymy na tę scenę i naciskamy spust migawki, ale obiektyw spogląda na pracę, która ma wielu autorów i autorek: ktoś zrobił kostiumy, ktoś zrobił światło, ktoś na tej scenie stoi, ktoś tę sytuację ustawił, itd. Ci ludzie włożyli w to, powiedzmy, trzy miesiące pracy, a teraz moim zadaniem jest pokazać, że oni zrobili coś wartego zobaczenia.

 

 

 

Specyficzne jest też to, że pracujemy we dwójkę i często dzielimy się zadaniami – ktoś jest blisko, ktoś robi szerzej. Z tego samego momentu, z tej samej emocji, mamy dwie relacje

 

 

 

To jest fajny moment. Gdy wchodzimy robić fotosy, czyli na pierwszą, drugą lub trzecią próbę generalną, tuż przed premierą, to zwykle wszyscy już się cieszą. Scenograf zaprojektował scenografię i chce, żeby wreszcie obejrzał ją cały świat, więc robimy te oczekiwane szerokie plany, żeby ludzie mogli zobaczyć, jak ona wygląda. Kostiumograf cieszy się z kostiumów, więc staramy się je pokazać. Aktorzy też pracowali, cisnęli te emocje i teraz jest ich moment…

Jest w tym pewna ironia losu, że zdjęcia, które – wyłączywszy obróbkę – powstają w mgnieniu oka, zostaną zobaczone przez ileś tam tysięcy osób, podczas gdy spektakl, który wymagał tygodni, obejrzą już mniej liczni.

Pytałaś, czy mamy jakąś metodę. Na pewno staramy się nie zatracić tego zwyczaju podchodzenia blisko, o czym uprzedzamy reżysera i aktorów: słuchaj, mówimy, będziemy wchodzić na scenę. Specyficzne jest też to, że pracujemy we dwójkę i często dzielimy się zadaniami – ktoś jest blisko, ktoś robi szerzej. Z tego samego momentu, z tej samej emocji, mamy dwie relacje.

 

 

 

Czyli wszystkie bliskie kadry i bardzo dynamiczne zdjęcia powstają w trakcie prób? Nie ma żadnych sytuacji inscenizowanych specjalnie pod aparat, jak to niegdyś bywało w dawnych analogowych czasach?

Grzegorz: Niestety nie albo na szczęście nie.

Aneta: Choć ostatnio ktoś mi zaproponował, że jak się nie uda od razu, to najwyżej coś ustawimy. Byłam przerażona. Jak ustawimy? Nie wiem, czy w ogóle potrafiłabym odwzorować tę sytuację. Najfajniejsza jest właśnie ta dynamika. To jest pewien rodzaj reportażu, choć wydłużonego. Masz jakąś sytuację i wstrzeliwujesz się w nią. Albo się spóźniasz. I czasami taka spóźniona relacja, z korkiem od szampana który już dawno wystrzelił, też może być ciekawa.

Grzegorz: Chociaż przykład ustawianych kadrów Wojciecha Plewińskiego, o którym rozmawialiśmy tuż przed naszą rozmową, pokazuje, że także inaczej rodzą się piękne zdjęcia. Tylko dzisiaj nie ma na to czasu, pieniędzy i ochoty.

 

 

 

W fotografii teatralnej fascynuje mnie zagadnienie przekładu całego ruchomego, wieloaspektowego uniwersum, które – jak mówiłaś, Aneta – jest wynikiem pracy bardzo wielu osób, na nieruchome kadry. Waszym bardzo trudnym zadaniem jest opowiedzenie o całym spektaklu, oddanie jego esencji, istoty w ograniczonej liczbie zdjęć.

Grzegorz: To ciekawe, co mówisz, bo w Konkursie Fotografii Teatralnej został wyróżniony mój zestaw zdjęć do spektaklu „Momo” Agi Błaszczak, z teatru Arlekin w Łodzi,  który wyjmuje tylko fragment, właściwie jedną scenę ze spektaklu. Spektakl jest bardzo długi, rozbudowany i spektakularny wizualnie, a ja zgłosiłem taki zestaw, który pokazuje tylko jego fragment, i został on doceniony przez jury. Pewnie z punktu widzenia przydatności dla teatru to jest bez sensu, ale dla celów artystycznych, nazwijmy to w dużym cudzysłowie, można wykonać zestaw zdjęć z jednej sceny.

 

 

Wchodzimy w jakąś przestrzeń, która jest trójwymiarowa, jest wypełniona dźwiękiem, światłem, poruszającymi się ludźmi, itd. Znajdujemy się w niej fizycznie i po prostu dokumentujemy ją, taką jaka jest

 

 

Aneta: Wchodzimy w jakąś przestrzeń, która jest trójwymiarowa, jest wypełniona dźwiękiem, światłem, poruszającymi się ludźmi, itd. Znajdujemy się w niej fizycznie i po prostu dokumentujemy ją, taką jaka jest. Zestaw zdjęć, który wysyła się na Konkurs Fotografii Teatralnej, jest taką ograniczoną dokumentacją, na pewno w jakimś stopniu interpretującą spektakl. W rodowodzie tego konkursu jest tęsknota za niedużym pakietem obrazów, który może trafić do archiwum jako dokument hierarchizujący – w dobrym tego słowa znaczeniu – wspomnienia ze spektaklu. Chodzi o to, by dać jakąś opowieść, a nie przypadkowe kadry. Domyślam się, że tak powstawały w przeszłości te najciekawsze dokumentacje teatralne i Konkurs Fotografii Teatralnej nawiązuje do tamtej tradycji.

Inna rzecz, że w dzisiejszym teatrze praca fotografa i oczekiwania względem niego zmieniły się. Teatry zamawiają i dostają dosyć dużą pulę zdjęć, które wykorzystują do promocji spektaklu, czyli prezentowania go przez jakiś czas w mediach społecznościowych, również przy okazji każdego wznowienia. Ta prezentacja ma swoją dynamikę, więc na różnych etapach wykorzystuje się różne zdjęcia. Na przykład w pierwszym secie pokazuje się zdjęcia ze spektakularnej sceny, w kolejnym secie może przyjść kolej na intymne fotografie, żeby skupić się na aktorach. I to nie chodzi o tylko o fakt, że teatr chce sprzedawać różne narracje o jednym spektaklu. Zwykle taki spektakl ma przecież, na przestrzeni miesięcy czy lat, zmienną dynamikę, niektórzy powiedzą, że dojrzewa. Teatr potrzebuje więc zdjęć, które pozwolą tę ewolucję zaprezentować, nawet jeśli powstały one w momencie premiery przedstawienia. To jest też fajne dla osoby fotografującej, bo pozwala wykorzystać różne umiejętności. Możesz popracować głębią ostrości, możesz robić zdjęcia na długim czasie, jeżeli chcesz wydobyć jakąś dynamikę, ale możesz też robić bardzo statycznie, możesz robić kadry bardzo dziwne albo proste. Możliwości jest mnóstwo i można zmieniać te estetyki w ramach dokumentacji jednego spektaklu.

 

 

Fotografia ze spektaklu „Momo" w reżyserii Agi Błaszczak, Teatr Arlekin w Łodzi. Na zdjęciu aktorzy w kostiumach autorstwa Marty Kodeniec, fot HaWa
 

 

 

 

Czy w swojej współpracy z instytucjami zauważacie, że obecnie fotografia jest dla nich ważna? Nie tylko w tym praktycznym wymiarze, jako narzędzie promocji, ale również na głębszym poziomie, jako dokumentacja dorobku teatralnego, który te instytucje tworzą i który ma zostać zachowany na lata. Pytam o to, bo miałam okazję rozmawiać z fotografami, którzy działali w PRL-u lub później, ale w analogowych czasach. Oni czasem skarżą się na to, że ich praca nie była ważna dla teatrów. Często sami czuli, że dokumentują coś istotnego, ale instytucje niekoniecznie podzielały to przekonanie.

Grzegorz: Dzisiaj, nawet jeśli same teatry starają się zapewnić trwałość dokumentacji ze spektaklu, to archiwizacja stała się domeną Instytutu Teatralnego i zdaje się, że wszystkie teatry przesyłają do niego pakiety zdjęć i informacji o spektaklu. Dzięki temu mogą powstać takie wizualne archiwa internetowe jak strona Pamięć Teatru, którą Instytut Teatralny uruchomił w zeszłym roku. Cieszymy się, że funkcjonuje tam też kilka naszych zdjęć. Czy dla samych teatrów to jest ważne? Myślę, że tak, bo odwołują się do zdjęć ze swoich archiwów, gdy jest jakaś rocznica czy inna okazja, by o nich przypomnieć.

Aneta: Na pewno, również dzięki działaniom Instytutu Teatralnego, środowisko teatralne zrozumiało, na jak wielu polach funkcjonuje fotografia. Teatry coraz częściej bardzo świadomie dobierają swoich fotografów i mogą to robić, bo grupa fotografów teatralnych nie jest taka mała. Jedni fotografowie związani są z miastem czy instytucją, inni z reżyserem, inni z daną estetyką. Wielu podróżuje po Polsce. Cieszymy się, że i nam udało się dość szybko przestać być fotografami związanymi z jedną geograficzną lokalizacją.

 

 

Ile osób, spoza grona zawodowo zajmującego się kulturą, zna fotografów teatralnych? Nikt. Wiele osób nie wie, że istnieje taki, nazwijmy to, zawód. Jesteśmy na zapleczu i dobrze się tu czujemy

 

 

 

Czy chcielibyście wskazać jakieś osoby artystyczne, z którymi wyjątkowo dobrze wam się pracowało? Spektakle, które zapadły wam w pamięć?

Grzegorz: Mówiłem, jak dużo zawdzięczamy konkretnym osobom z Teatru Nowego, z jego działu promocji sprzed lat, czyli Oli Dudek i Kubie Galczakowi, ale i ówczesnemu dyrektorowi Zdzisławowi Jaskule. W Nowym powstały też nasze pierwsze zdjęcia, które odbiły się szerszym echem, czyli zdjęcia z „Ziemi Obiecanej” Remigiusza Brzyka. Kiedy Brzyk zapraszał nas do roboty, nie znał nas jeszcze jako fotografów, choć wcześniej robiłem w Teatrze Polskim w Bydgoszczy wideo do jego „Joanny dArc”. Pamiętam, jak pochwalił nasze fotografie – byliśmy jeszcze w tym świeżakami i to dodało nam wiatru w żagle.

Aneta: Ważny jest dla nas duet Atman/Jakimiak, z którym współpracujemy od jakiegoś czasu, dzięki regularnym zaproszeniom. To właśnie przykład takiej współpracy fotografów i artystów niezależnej od miejsca: niedługo będziemy fotografowali ich najnowszy spektakl we Wrocławiu.

Grzegorz: Ważna jest dla nas współpraca z Przemkiem Jaszczakiem – dla niego robimy sporo szerokich kadrów, bo te sobie bardzo ceni.

Aneta: Dany fotograf oznacza określoną estetykę, która może dobrze oddawać to, co dzieje się na scenie, a co za tym idzie – może dobrze reprezentować danego artystę czy instytucję. Odczuwam to, gdy ktoś do nas dzwoni i mówi, że chciałby, żebyśmy to właśnie my sfotografowali jakiś spektakl. Czasami padają dalej słowa: widzieliśmy waszą ostatnią realizację i dlatego chcielibyśmy, żebyście z nami pracowali. Fotograf nie jest już po prostu kimś, kto jest zupełnie bezimienny. Po kilkudziesięciu latach fotografowania staje się częścią teatru, jak wspomniany wcześniej Wojciech Plewiński. Teraz zresztą mamy to szczęście, że na zaproszenie Doroty Ignatjew i Jakuba Skrzywanka współpracujemy z Teatrem Starym w Krakowie. Są tam jeszcze pracownicy, którzy pamiętają Plewińskiego aktywnego zawodowo na scenie tego teatru.

Nie jestem pewna, czy powinnam dalej wymieniać nazwiska reżyserów i reżyserek, bo dla nas najważniejszymi nazwiskami są te, które tutaj nie padły. To są nazwiska ludzi z działów promocji i komunikacji, którzy stale do nas wracają. To, czy twoja kariera w fotografii teatralnej się rozwija, zależy od tego, czy teatr zaprosi cię do współpracy. Czasem jest to podyktowane wolą reżysera czy dyrektora teatru. Ale tak naprawdę to ludzie z działu komunikacji czy promocji wybierają nasz numer telefonu. Najczęściej dzwonią ponownie, bo wcześniej dostali dobry materiał i chcą dalej współpracować.

Myślę, że należy oddać pokłon tym osobom, które pracują gdzieś w biurach i nigdy nie są oklaskiwane na scenie. To im powinniśmy być najbardziej wdzięczni. Pracujemy z nimi stale, zaprzyjaźniamy się. Dzięki temu dobrze się pracuje – znamy się i wiemy, czego te osoby od nas potrzebują. Przy stałej współpracy dobra komunikacja jest najważniejsza.

 

 

Zdjęcie górne: Spektakl „Susan Sontag", reżyseria: Agnieszka Jakimiak, Mateusz Atman Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Na scenie: Ana Szopa, dolne: scena zbiorowa. Spektakl „Sceny z życia małżeńskiego" w reżyserii Katarzyny Minkowskiej, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Scenografia: Łukasz Mleczak, reżyseria świateł : Monika Stolarska, choreografia, Katarzyna Lama Szydłowska, fot. HaWa

 

 

 

W Miej Miejsce ukazuje się teraz cykl tekstów poświęcony pracownikom tzw. zaplecza kultury, który wpisuję się w szerszą myśl o tym, że – jak sami zauważyliście – ważne jest wyeksponowanie pracy różnych osób tworzących kulturę, a nie tylko tych na froncie. Wydaje mi się, że wasza pozycja jest specyficzna i znajdujecie się gdzieś pomiędzy zapleczem a frontem, może w roli elementu spajającego te dwa światy?

Grzegorz: Na pewno jesteśmy na zapleczu. Ile osób, spoza grona zawodowo zajmującego się kulturą, zna fotografów teatralnych? Nikt. Wiele osób nie wie, że istnieje taki, nazwijmy to, zawód. Jesteśmy na zapleczu i dobrze się tu czujemy.

Aneta: Kiedyś w ramach stypendium ministra [kultury i dziedzictwa narodowego – przyp. red.] zrobiłam projekt „Wytwórcy”, skupiony właśnie na twórcach teatralnych z zaplecza: krawcach, stolarzach, rzemieślnikach sceny, którzy na tej scenie tak naprawdę nigdy nie są. Wydaje mi się, że to nie jest szczególnie nowy koncept. Od dawna problemem jest to, że w świetle reflektorów stają aktorzy i reżyserzy, a gdzieś tam zapomina się o tym drugim szeregu ludzi. Nie wiem nawet, czy drugim, chyba pierwszym, bo on jest najpierw, zanim powstanie spektakl. Z radością stwierdzam jednak, że od tego się odchodzi. Teraz na popremierówkach po prostu wymienia się wszystkich ludzi zaangażowanych w powstanie spektaklu i oni wszyscy mogą być oklaskiwani. To jest bliskie naszemu myśleniu. Gdy robimy foty do spektaklu, to zawsze na zdjęciach przewijają się też inspicjenci, osoby, które są gdzieś w kulisach. Na swoich dyskach mamy bardzo dużo takich backstagey, może kiedyś będzie okazja, żeby je pokazać.

 

 

Beata Łuczak – garderobiana w Teatrze Nowym im Kazimierza Dejmka w Łodzi pochylona nad deską do prasowania. Na zdjęciach na ścianie  wizerunki aktorów teatru, fot. HaWa

 

 

 

To byłoby bardzo fajne.

Grzegorz: Próby są niesamowite, często dzieje się na nich więcej niż podczas spektaklu. Widziałem kilka prób, które mogłyby być niezłymi spektaklami, aktorów, którzy rozkminiali, jak powinni zagrać jedną scenę, tak że było to fascynujące.

Aneta: W tych ludziach jest coś nierzeczywistego. W porównaniu ze zwykłym życiem osób pracujących od godziny ósmej do szesnastej, teatr jest światem, w którym lądujesz wśród totalnych dziwaków. Ale oni są tacy jak my – w ciągu dnia siedzą w ciemnym pomieszczeniu, wychodzą właściwie wieczorem, gdy wszyscy kładą się spać. To życie płynie w zupełnie innym rytmie, wśród aktorów, reżyserów, scenografów, muzyków, ekstremalnie twórczych postaci. Każdy z nich jest wyrazisty, ścierają się ze sobą, przenikają, to jest naprawdę świetne.

Grzegorz: Czasami spotykamy się z ludźmi, którzy uważają, że to nie jest prawdziwa praca. Być może nie mam wielu argumentów, żeby z tym polemizować. Albo mówią, że to jest słaba praca, że to jest trochę bez sensu. To są najczęściej ludzie, którzy są z zupełnie innego środowiska, obracają się w innej bańce. Nie rozumieją tego. Kiedyś mnie to irytowało. A teraz po prostu zauważam, że tak jest.

Aneta: Jest jeszcze jedna zabawna anegdota. Kiedyś pewien dosyć dojrzały człowiek ze świata teatralnego offu zadał nam pytanie: „No tak, wy robicie zdjęcia w teatrze. A czym tak naprawdę się zajmujecie?”

Grzegorz: Tylko tym. To było dla niego dziwne.

Aneta: Nie wszyscy rozumieją, że tym można się naprawdę zajmować.

Grzegorz: Myślą, że to tylko hobby. Taka dorywcza praca.

 

 

...kiedy Aneta obrabia moje, nieraz się denerwuje, że mogłem coś lepiej skadrować albo lepiej wymyślić. Albo mówi: tu jest świetny pomysł na zdjęcie, tylko nie byłeś dostatecznie cierpliwy lub zrobiłeś to za szybko

 

 

 

Aneta, wspominałaś, że w przypadku fotografii teatralnej podążacie za ideą twórców i staracie się ją oddać poprzez charakter waszych zdjęć. W przypadku innych waszych przedsięwzięć, mam wrażenie, niekoniecznie idziecie tą drogą. Jestem ciekawa, jak dokonujecie wyborów estetycznych, gdy fotografujecie wernisaże wystaw czy inne wydarzenia kulturalne.

Aneta: Myślę, że bardzo różnie, w zależności od sytuacji. Najlepiej robi się nam zdjęcia gdy nie trzeba sprostać niczyim oczekiwaniom czy wymogom, że powinna być pokazana ta osoba, ten polityk, itd. Można sobie pozwolić na zupełną dowolność.

Bardzo lubię lampę błyskową w reportażu fotograficznym, która często rozbija sytuację kolorystyczną i tworzy zupełnie nową estetykę. Zmienia dynamikę tych zdjęć, wypłaszcza pewne sytuacje. Ale lampa nie zawsze pasuje.

Czasami patrzymy w miejsca, w które inni nie patrzą. Fotografowanie wernisaży czy jakichś okołowernisażowych sytuacji jest łatwe, dlatego że większość ludzi jest wtedy skupiona na dziełach albo na drugim człowieku, z którym rozmawia. A my ani z nikim nie gadamy, ani nie skupiamy się na pracach, więc łatwiej nam przyjąć inny punkt widzenia. To jest perspektywa kogoś zdystansowanego, kogoś, kto patrzy przez okno albo od dołu, albo z góry.

Wydaje mi się, że czasami też próbujemy oddać estetycznie charakter tego, co się tam dzieje. Tutaj odwołałabym się znowu do kwestii ukazywania prostoty lub skomplikowania danej sytuacji. Fajne jest to, że cieszymy się zaufaniem super instytucji, które dają nam dobry content. Gdy robisz zdjęcia w Muzeum Sztuki czy Muzeum Włókiennictwa, masz po prostu do czynienia z dobrymi rzeczami, więc wystarczy postarać się tego nie zepsuć. Wystarczy oddać atmosferę wydarzenia, jego podniosłość czy wartkość. Przestrzeń sama sugeruje nam kadry.

 

 

Zdjęcie górne: relacja z warsztatów „EPIDEMIA TAŃCA" w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych Prowadzenie: Paweł Grala, dolne: widok wystawy „BOWNIK. PODSZERSTEK" w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, fot. HaWa
 

 

 

 

Grzegorz: Pewnie czasami lepiej jest czegoś nie nazywać. U mnie fotografowanie często odbywa się intuicyjnie. Czasami Aneta obrabia nasze zdjęcia, czasami ja, a czasem każde z nas obrabia swoje. Ale kiedy Aneta obrabia moje, nieraz się denerwuje, że mogłem coś lepiej skadrować albo lepiej wymyślić. Albo mówi: tu jest świetny pomysł na zdjęcie, tylko nie byłeś dostatecznie cierpliwy lub zrobiłeś to za szybko. Ale w pewnym sensie cenię w sobie, że tak bardzo tego nie wymyślam, tylko staram się jakoś intuicyjnie działać.

Czasem warto zaryzykować i zrobić coś innego. Pamiętam, że kiedyś zrobiliśmy dla Muzeum Sztuki dokumentację, w którą bardzo zaingerowaliśmy w postprodukcji. Nie tylko zrobiliśmy czarno-białe zdjęcia z wernisażu, co się rzadko zdarza, ale w dodatku to nie były zwykłe zdjęcia, tylko pocięliśmy je cyfrowo i zrobiliśmy z nich kolaże. Jak to robiliśmy, to tak się zastanawialiśmy, czy nas później nie wywalą. Ale co ciekawe, to się spodobało. Wszyscy w dziale promocji i innych działach powiedzieli, że to jest świetna rzecz. Oczywiście nie powtarzamy tego za każdym razem, bo to by nie zadziałało.

 

 

On po prostu robi, robi, robi zdjęcia, a potem ja je przeglądam i niektóre są tak świetne, że myślę sobie, że ja bym nigdy czegoś takiego nie zrobiła, bo jestem niewolnicą jakichś norm i zasad

 

 

Aneta: Skoro już zdradziłeś, że spieramy się o swoje zdjęcia, to dodam, że ja też naprawdę bardzo to cenię, że my nadal rozmawiamy o naszej pracy w twórczy sposób. Przychodzimy do domu z czymś, z czym mamy problem, bo to jest niewystarczająco dobre, albo zachwycamy się, bo coś nam się super udało, i o tym gadamy. Zawsze przed wysłaniem zdjęć oglądamy je razem, wspólnie robimy jakąś selekcję i ta dodatkowa para oczu jest nie do przecenienia. Czasami mam wrażenie, że Grzegorz lepiej widzi moje zdjęcia niż ja sama, bo jestem wobec nich nadmiernie lub za mało krytyczna, różnie to bywa.

To moje uczenie się z książki sprawiło, że robię ekstremalnie poprawne zdjęcia. Bardzo często nie trzeba w nich wykadrować ani milimetra. Nawet jeśli ten kadr jest celowo dziwny, to one są bardzo precyzyjne. Zwykle trzymam ten kadr, szukam go, potrafię bardzo długo mieć wygięty kręgosłup, żeby poczekać na właściwy moment. Grzegorz ma więcej takiego intuicyjnego czy naturalnego talentu. On po prostu robi, robi, robi zdjęcia, a potem ja je przeglądam i niektóre są tak świetne, że myślę sobie, że ja bym nigdy czegoś takiego nie zrobiła, bo jestem niewolnicą jakichś norm i zasad.

Grzegorz: Ale fotoreportaż z samych moich zdjęć byłby absurdalny.

Aneta: A z samych moich?

 

 

Fotografia z wernisażu wystawy „Czuła uwaga. Urszula Czartoryska wobec fotografii" w Muzeum Sztuki w Łodzi, fot. HaWa

 

 

 

Uzupełniacie się?

Grzegorz: Gdyby jakaś instytucja miała wybierać mnie albo Anetę, to pewnie rekomendowałbym Anetę, bo zapewniłaby solidny, świetny fotoreportaż. To nie jest tak, że ona robi gorsze zdjęcia. Jeśli ja dodam część swoich absurdalnych zdjęć, to wtedy może to jest bardziej interesujące, ale bez moich fotoreportaż Anety się broni, natomiast bez zdjęć Anety mój reportaż mógłby być co najwyżej ciekawostką.

Aneta: Grzegorz czasami bardzo odwraca się od głównego wątku. I ja wtedy pytam: a gdzie są zdjęcia z tego, co tam się stało? Bo wiesz, tutaj było jakieś otwarcie, czy masz zdjęcia z otwarcia? Ale tam coś innego było fajne. On bardziej daje się ponieść.

 

Nie lubimy pracować osobno

 

 

 

Jaki jest wasz przepis na udane funkcjonowanie we dwoje? Przez tyle lat działacie z sukcesem jako tandem, i to tandem podwójny, zawodowy i prywatny, co, jak wiemy, dla wielu par jest wyzwaniem. Po części już odpowiedzieliście na to pytanie, ale może chcielibyście coś dodać?

Grzegorz: Lubimy być ze sobą, lubimy ze sobą rozmawiać, lubimy ze sobą przebywać. To jest pewnie największa tajemnica. Jesteśmy siebie ciągle ciekawi. Nie lubimy pracować osobno. Nie tylko dlatego, że musimy podwójnie zagęszczać ruchy, ale też dlatego, że wtedy ciągle łapię się na myśleniu: oj, muszę zapamiętać, żeby Anecie o tym opowiedzieć, bo coś było fajne, zabawne, warte uwagi. I Aneta ma tak samo.

Aneta: Ja bym powiedziała, że się po prostu kochamy, ale aż się boję, że zrobi się z tego rozmowa dla kolorowego magazynu plotkarskiego… W naszej współpracy i codziennym życiu znajdują swoje miejsce akceptacja, szacunek, umiejętność komunikacji, wzajemne pompowanie się. Jeśli rywalizacja, to taka pozytywna. Docenianie siebie nawzajem. Kocham cię i widzę, że zrobiłeś to świetnie, więc ci o tym powiem, żebyś to wiedział. To działa w obie strony. Każde z nas jest swoim największym krytykiem, pewnie oboje mamy taki charakter. Ale jesteśmy największymi fanami, propserami siebie nawzajem.

 

 

Aneta Wawrzoła i Grzegorz Habryn, fot. HaWa

 

 

 

To przewrotnie zapytam, jak tam wasze indywidualne tożsamości artystyczne po tylu latach pracy razem?

Aneta: Ja w ogóle nie czuję, żebym miała tożsamość artystyczną.

Grzegorz: Od tego chciałem zacząć. Mamy też alergię na określenie „artysta”, używane w stosunku do nas. Teraz właśnie wszyscy chcą być artystami.

Aneta: To jest trochę problematyczne. Myślę, że doskonale uświadomiły mi to bez mała cztery semestry w ASP. Ten kult indywidualizmu często stoi na glinianych nogach. A nam udaje się być sobą, będąc razem.

 

 

 

Realizujecie jakieś projekty całkiem prywatnie, dla siebie, albo celem prezentacji w zupełnie innych obiegach? Macie jakieś autorskie fotograficzne sprawy, którymi chcielibyście się podzielić?

Aneta: Robimy tak dużo zawodowo, że trochę brakuje przestrzeni na robienie innych rzeczy. Inna sprawa jest taka, że nie wiadomo, czy w ogóle poszlibyśmy w tę stronę, gdybyśmy mieli czas. Mamy naprawdę mnóstwo pomysłów, dzielimy się nimi ze sobą, ale ich nie realizujemy. Bo wiesz co? Tego wszystkiego jest bardzo dużo. Nie wiem, czy jest potrzeba.

Grzegorz: Chyba jest nadprodukcja.

Aneta: Jest totalna nadprodukcja koncepcji, sztuki, działań twórczych. Żyjemy w czasach nadprodukcji wszystkiego. Ona nie ma wymiaru tylko materialnego, ale też ten koncepcyjny. Lubimy zostawić sobie przestrzeń na to, że kiedy nie pracujemy, to po prostu robimy nic. Zaszywamy się na działce i odpoczywamy, dajemy odpocząć też głowom. Wydaje mi się, że nie jesteśmy aż tak ciekawymi ludźmi, żeby świat potrzebował naszego spojrzenia na pewne kwestie.

Ale mamy dużo pomysłów. Grzegorz jest świetnym obserwatorem, pewnie mógłby opublikować swój telefon komórkowy i to już byłby projekt o Łodzi. Nie wiem, czy pochlebny, czy krytyczny. Pewnie potrzebny byłby do tego kurator. Ale nie ma potrzeby tego robić. Jestem za tym, żeby większość ludzi, zanim coś opublikuje, zorganizuje sobie wystawę, przemyślała, czy ma to sens. Czy nie wystarczy, że tylko przepracują ten temat w głowie?

 

 

 

Czy macie niespełnione marzenia zawodowe? Rzemieślnicze, skoro nie artystyczne?

Grzegorz: Parę nam się spełniło. Udaje nam się pracować w topowych teatrach w Polsce. To jest spełnione marzenie, że z drugiego końca kraju ktoś dzwoni i mówi, że chce właśnie nas. Ale czasami wciąż czuję, że musimy coś udowadniać. To się zdarza i być może zawsze będzie się zdarzało, ale chciałbym, żebyśmy nie musieli udowadniać, że potrafimy robić to, co robimy. To może zabrzmieć bardzo nieskromnie i nie taka jest moja intencja, ale chciałbym, żeby było jasne, że ktoś bierze HaWę, bo oni wiedzą, co robią, i dowożą. A czasami mam wrażenie, że muszę udowodnić, że dowożę.

Aneta: Jest kilka miejsc, w których chciałabym fotografować, na przykład Teatr Szekspirowski w Gdańsku, między innymi z uwagi na wygląd tego miejsca. Czasem kuszą mnie jakieś ciekawe przestrzenie.

Chciałabym fotografować pewne twarze, choć nie chcę zdradzać, czyje konkretnie. Chciałabym spotkać się z pewnymi osobami, a aparat daje taką możliwość. Natomiast wydaje mi się, że osiągnęłam już tak wiele celów, których nigdy sobie nie zakładałam, że właściwie nie muszę mieć żadnych marzeń. Szczególnie w kontekście tego, skąd jestem i gdzie się znalazłam. Jest super, tak jak jest, i żeby tylko było tak dalej. To jest bardzo dobra, satysfakcjonująca, bardzo karmiąca droga.

Grzegorz: Kiedyś zdarzyło nam się występować w programie TVP, to było dawno temu. I na koniec dziennikarz zapytał, komu zawdzięczamy, że wykonujemy taką pracę, kto nam pomógł. To była stresująca sytuacja i chyba powiedziałem wtedy, że sami wszystkiego się nauczyliśmy i nikomu nic nie zawdzięczamy. To nie jest prawda. Chyba z całej dzisiejszej rozmowy wynika, że wielu osobom wiele zawdzięczamy. Te osoby po prostu pojawiły się w odpowiednim miejscu.

Bardzo pomagają nam i wspierają nas nasi rodzice. Muszę powiedzieć, że właściwie robię to, co robię, dzięki mojemu ojcu, który miał takie marzenie. Chciał, żebym robił takie rzeczy i nie chodził do normalnej pracy. I ja to jego marzenie spełniam.

 

 

__________________

 

 

HaWa czyli Aneta Wawrzoła i Grzegorz Habryn to pochodzący z Łodzi duet realizatorski zajmujący się fotografią i produkcją materiałów wideo. Stale współpracują z ośrodkami kultury, stowarzyszeniami i fundacjami zaangażowanymi w projekty o charakterze społeczno-kulturalnym. Realizują sesje zdjęciowe, trailery i dokumentacje fotograficzne spektakli w teatrach instytucjonalnych i offowych. Od kilku lat próbują też swoich sił jako tutorzy i wykładowcy min. na Uniwersytecie Łódzkim.

 

 

__________________

 

 

Karolina Maciejewska – kulturoznawczyni, autorka tekstów poświęconych sztuce, fotografii, filmowi i dizajnowi. Zajmuje się tworzeniem i redagowaniem treści, PR i komunikacją, a także koordynacją projektów dotacyjnych. W przeszłości związana m.in. z Centralnym Muzeum Włókiennictwa, Wojewódzkim Urzędem Ochrony Zabytków w Łodzi i Narodowym Centrum Kultury, gdzie współtworzyła i koordynowała program dotacyjny MKiDN Kultura Dostępna.

 

 

__________________

 

 

 

 

__________________

 

 

Zdjęcie główne: scena ze spektaklu „Hotel ZNP" w reżyserii Kuby Kowalskiego w Teatrze Nowym im Kazimierza Dejmka w Łodzi. Aktorzy Paulina Walendziak, Maciej Kobiela i Karolina Bednarek w scenografii Maksa Mac, fot. HaWa

 

 

 

Patronite