Historia chłopaka z podlubelskiego Parczewa, który trafił do świata wielkiej mody, staje się u Marcina Libera i Michała Kmiecika opowieścią o cenie sukcesu, pracy na granicy wytrzymałości i marzeniach, które potrafią zamienić się w pułapkę. „Arkadius is dead” w Teatrze Jaracza to spektakl o świecie, w którym trzeba nieustannie udowadniać swoją wartość, a z obiegu można wypaść szybciej, niż się tego spodziewamy.
Przypomnijcie sobie ten moment w podstawówce, albo w prowincjonalnym liceum, kiedy nauczyciel upokarza was przed całą klasą. Myśl przychodząca wtedy do głowy, brzmiała mniej więcej tak: kiedyś odniosę „taki sukces, że magister buc od fikołków zaniemówi”. I takie właśnie słowa wypowie do wyśmiewanego przez Wuefistę Arka Weremczuka niespodziewana inkarnacja Aleksandra McQueena, projektanta mody, który objawia się nastolatkowi w szkole w Parczewie. Może ta historia przebiegała właśnie tak, a może zupełnie inaczej? Spektakl „Arkadius is dead” Marcina Libera na podstawie tekstu Michała Kmiecika w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi zabiera widza w podróż do lat 90. i 00., kiedy wszystko może się wydarzyć, choć najmniej prawdopodobna jest światowa kariera chłopaka z lubelskiej wsi. Biografia Arkadiusa to jednak tylko pretekst, żeby zapytać o konsekwencje marzeń, kołowrotek pracy w późnym kapitalizmie i życiowe wybory.
To tak, jakby cofnąć się w czasie o ponad dwadzieścia lat i usłyszeć rozmowy, w których jednym tchem wśród tego, co ciekawe wymieniało się: Sarah Kane, Warlikowskiego, Arkadiusa, Davida Lyncha
Podejrzewam, że spektakl o Arkadiusie w łódzkim Teatrze Jaracza zupełnie inaczej ogląda dwudziestolenia i czterdziestoletnia widownia, co pokazuje jak szybko ikony znikają z czołówek portali internetowych i stają się nierozpoznawalne. Odniosłam to wrażenie już dwa lata wcześniej, kiedy Centralne Muzeum Włókiennictwa w Łodzi pokazało świetną wystawę „Arkadius. Wielkie namiętności. Konfrontacje” przypominającą czternaście największych kolekcji autora. Patrząc na białą suknię ślubną z czerwonymi gołębimi piórami, stuły noszone jak szale, inspiracje ikonografią Matki Boskiej, kibicowskim szalikiem, polskim folklorem i wikliną a wreszcie symbolami arabskimi, żydowskimi i flagą USA pomyślałam sobie, jak zaskakująco dobrze projekty Arkadiusa się zestarzały. Do dziś została w nich świeżość. Może dlatego, że są nie tylko modą, ale kulturową reprezentacją ponadczasowego buntu i heterogenicznego przemieszania kultur? To tak, jakby cofnąć się w czasie o ponad dwadzieścia lat i usłyszeć rozmowy, w których jednym tchem wśród tego, co ciekawe wymieniało się: Sarah Kane, Warlikowskiego, Arkadiusa, Davida Lyncha. To karkołomne zestawienie pokazuje, że pamięć rządzi się twardymi prawami. Dla współczesnych dwudziestolatków Arkadius może być rodzajem historycznego odkrycia, archaicznym dziwakiem, który zniknął z kultury i mediów, wypisując się z pracy w modzie po plajcie. W spektaklu Libera / Kmiecika nie bez powodu z offu powtarzane jest zdanie: „Tyle jesteś warty, ile jest warty twój ostatni pokaz”. To zarówno opis neoliberalnej rzeczywistości, w której rytm pracy jest wyznaczany przez kolejne projekty i ich taśmową realizację, ale także konstatacja, która trafnie podsumowuje współczesną kulturę. Jesteś warty cokolwiek tylko wtedy, jeśli o tobie mówią/ piszą. Milczą, więc cię nie ma.
Arkadiusz Weremczuk zrealizował w swoim czasie projekt niemożliwy: postanowił zostać kimś takim jak Yves Saint Laurent z tą małą różnicą, że z Europy Wschodniej. Wyjechał z Lubelszczyzny do Krakowa, studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, skąd uciekł pracować na zmywaku we Włoszech, a potem dostał się do londyńskiego Saint Martin’s College of Art and Design. Był tam pierwszym studentem mody z bloku wschodniego. Staż rozpoczął u Alexandra McQueena, a na londyńskie salony wprowadziła go Isabella Blow, kolekcjonerka mody i asystentka Anny Wintour. Potem wszystko potoczyło się jak w bajce. Arkadius stał się rozpoznawalny, były wywiady, zamówienia, glamour, trzydzieści pokazów na świecie w ciągu pięciu lat – od Londynu przez Singapur po Moskwę. Kłopoty zaczęły się w momencie, w którym polski przedsiębiorca namówił go do szycia mody ulicznej i otwarcia butkiku prêt-à-porter w Warszawie. Na początku szło dobrze, ale przedsięwzięcie zakończyło się ponad milionowym długiem, zajęciem komorniczym i zniknięciem wspólnika, co zmusiło do ucieczki z Polski też Arkadiusa. Dziś dawny projektant mieszka w Brazylii i trzyma się od mody z daleka.
Projektant może wielokrotnie umrzeć, inni bohaterowie zmartwychwstać, aby o sobie opowiedzieć, możliwe są objawienia Matki Boskiej, która domaga się, by Arkadius wreszcie coś dla niej zaprojektował i sugeruje, żeby były to spodnie
Spektakl „Arkadius is dead” Libera prezentuje biografię Arkadiusa niemal chronologicznie, choć momentami ją zapętla, wysyła bohatera w zaświaty, przepowiada mu przyszłość albo upiornie więzi jego losy w spełnionym marzeniu, za które trzeba płacić wysoką cenę. Chronologicznie nie znaczy jednak klasycznie. Projektant może wielokrotnie umrzeć, inni bohaterowie zmartwychwstać, aby o sobie opowiedzieć, możliwe są objawienia Matki Boskiej, która domaga się, by Arkadius wreszcie coś dla niej zaprojektował i sugeruje, żeby były to spodnie. Szkolny Wuefista zmusza bohatera do robienia niekończących się kółek biegiem wokół widowni, wygłaszając poniżające tyrady. I choć słuchamy Wuefisty (w tej roli wspaniały Mikołaj Chroboczek) to przecież wiemy, że naprawdę chodzi o działanie mechanizmu niskiej samooceny – „Jakbyś nie biegł, ile byś nie biegł, nigdzie nie dobiegniesz”. Nie trzeba wuefisty, kiedy masz to wdrukowane w mózgu od dzieciństwa.
Liber prezentuje widzowi świat mody w formie opresyjnej i karykaturalnej. Moda rodzi się z przesady. Narkotyki zażywa się na backstage’u z wielkiej beczki, a Isabella Blow pracująca dla „Vouque’a” nosi kuriozalne stroje i makijaż w stylu Jokera. Kiedy na scenie pojawią się Szkoci, u których Arkadius będzie przechowywać swoje cudem ocalone kolekcje, wystąpią tańcząc w kiltach, spod których majtają gigantyczne penisy. Przy bliższym poznaniu projektowanie mody okazuje się fabryką pozorów i korporacją, która czasem śmieszy, ale znacznie częściej demoluje psychikę. Reżyserowi udało się pokazać moment, w którym spełniające się marzenie Arkadiusa, uwięzi go jak bańka mydlana, która nie pęka i mieni się kolorami tęczy, dopóki nie wykończy swojej ofiary. Sam Arkadius (w tej roli Paweł Paczesny) jest jak nowicjusz, którego system mody wchłonie i przetrawi na swój sposób. O jego motywacjach opowiadają raczej interakcje z innymi ze świata mody niż mówi on sam.
Sugestywnie z takim zamysłem reżyserskim współgrają scenografia i światło Mirka Kaczmarka oraz kostiumy Marii Modarskiej i Mirka Kaczmarka, które intensyfikują wrażenie klaustrofobicznego zamknięcia w sztucznym świecie. Na scenie tkwi przepołowiony kontener z ubraniami, przez który przebiega czerwony wybieg dla modelek i modeli wychodzących na widownię. Będą tędy przechodzić wielokrotnie, czasem w wystylizowanych campowych projektach, czasem w czarnych woalkach, trzymając w dłoniach znicze po śmierci projektanta. Zawsze przy dość ciemnych, dynamicznych kawałkach Hiroszymy, producenta, który przygotował oprawę muzyczną spektaklu. W role modeli wcielają się performerzy i performerki, którzy chodząc wokół widowni czasem chwieją się na wysokich obcasach i jest to chwila prawdy w świecie zbudowanym ze złudzeń.
„Może ja bym choć panu loda zrobił?” – zakończy smętnie, bo wszystkie bardziej i mniej nieetyczne metody, które prowadzą do celu, zostały już wymyślone kilka pokoleń wstecz
Projektantów rozpoznajemy po stereotypowym rysie: McQueen nosi szkocką spódnicę i bluzę z Myszką Miki, Coco Chanel – garsonkę, Arkadius – charakterystyczne czerwone, skórzane spodnie. Mimo że branża mody sprzyja Arkadiusowi, nikt nie robi tu niczego bezinteresownie. W pracowni McQueena chłopak jako stażysta usłyszy: „Zaprojektujcie mi dwadzieścia par spodni, żebym mógł wybrać i podpisać się pod nimi”, Isbella Blow doda: „Nie chcę tego, żeby to nosić, ale, żeby powiedzieć PIERWSZA”. Warto zauważyć, że za chwilę proporcje ulegną odwróceniu i to do Arkadiusa przyjdzie młody stażysta chcący zrobić, co się tylko da, żeby osiągnąć sukces, a przede wszystkim pracować dla niego. „Kiedy mam zapierdalać, jak nie teraz?” – zapyta retorycznie, marząc o zobaczeniu innego morza niż Bałtyk i zjedzeniu ryby o zagranicznej nazwie. „Może ja bym choć panu loda zrobił?” – zakończy smętnie, bo wszystkie bardziej i mniej nieetyczne metody, które prowadzą do celu, zostały już wymyślone kilka pokoleń wstecz. Arkadius będzie miał dla niego dwie odpowiedzi. Pierwszą z ducha rewolucji społecznej inspirowanej postmarksisatmi – „weź nożyczki i upierdol rękę z drogim zegarkiem”, czyli współczesny biznes, a zwłaszcza korporacje. I drugą – życiową, prostszą do zrealizowania – „Uciekaj stąd”.
Może korcić, żeby wpisać tekst Kmiecika w popularną dziś narrację o zaniechaniu i niespektakularnych aktach oporu, jaką możemy znaleźć m.in. w eseju „Ludzie nieznaczni. Taktyki przetrwania” Agnieszki Daukszy czy strywializowanych narracjach o work-life balance, ale wszystko wewnętrznie burzy się we mnie przeciw temu przyporządkowaniu. Widzę w tekście raczej próbę zauważenia, że „ucieczka od pracy w kieracie” jest czasem tylko lub aż próbą indywidualnego wygrania bitwy w walce o własne życie, gdy nie ma szansy na społeczną zmianę. Problem jednak w tym, że w przeciwieństwie do Bartleby’ego, literackiej postaci, która zostanie wspomniana w tekście spektaklu i jego magicznej formuły „Wolałbym nie”, nie możemy dziś wszyscy powiedzieć: „Uciekajmy z kapitalizmu”. Nie bardzo mamy do czego uciekać. Co więcej inni zmierzają do kapitalizmu przez morze i zielone granice. Ale to już zupełnie inna opowieść.
Rozdzierające wrażenie w spektaklu Libera robią momenty, w których prawda przebija przez pozory. Dwie samobójcze śmierci: najpierw Alexander McQueen (Mateusz Czwartosz), a potem Isabella Blow (Katarzyna Cynke), którzy zdecydowali się uciec na własnych zasadach jak najdalej. To dwie, paralelne sceny, w których milknie śmiech, wpisany w spektakl. McQueen zapyta Arkadiusa – „Zająłbyś się moimi psami, gdyby coś?” – pocałuje go i stopniowo zacznie odchodzić, ciągnąc nitkę imitującą życie, aż do jej przecięcia. Metafora „ostatniego cięcia” projektanta i parki przecinającej nić życia zagrała tutaj wyjątkowo trafnie. Isabella Blow nie będzie miała dla siebie litości, co jest zresztą rzeczywistym odbiciem historii jej życia. Kobieta kochająca ekstrawagancję i nie bojąca się jej nosić, ta, która wskazywała trendy dla londyńskiej śmietanki, po diagnozie raka piersi popełniła samobójstwo wypijając pestycyd. Ale przecież nie tylko o nowotwór chodziło. Na scenie zabrzmią dwa podsumowujące zdania, które wystarczą za całą historię życia – „Chciałam wyrwać chwasta, bo to ja byłam tym chwastem” i „Nie wchodź teraz do łazienki”. Katarzyna Cynke, która odgrywa postać Isabelii w dużej mierze opierając grę na świadomej przesadzie, pokazuje podszewkę życia swojej bohaterki serio i bez ozdobników. Nieprzypadkowo po obu tych scenach następuje kolejny pokaz lub taniec performerów ze zdeformowanymi zdjęciami ludzkich ciał. Show musi trwać, wchłaniając tragedie.
Jakby to wszystko uszyć z materiałów tańszych?” – to jedno z pierwszych zdań, które wygłasza i już wiemy, kogo mamy przed sobą. Muszę przyznać, że Michał Kmiecik ma dramaturgiczny słuch do trafnego opisu rzeczywistości, której nie może pamiętać, czyli mitycznych najntisów i początku lat dwutysięcznych
Dopełnieniem świata mody jest biznes, bez którego moda nie może istnieć. A przynajmniej Moda przez duże M, gdzie zarabia się Pieniądze przed duże P. W spektaklu Libera przeciwwagę dla londyńskiego światka tworzy self-made man, polski biznesmen, Mr Man (Mariusz Siudziński). Karykaturalnie wbity w przyciasną marynarkę z wypchanymi barami, z piekielnie drogim zegarkiem jest kwintesencją Janusza polskiego biznesu z przełomu lat 90. i 00. oraz opowieścią o tym, jak dochodziliśmy nad Wisłą do neoliberalizmu gospodarczego. Po trupach, na przekrętach, bez społecznej empatii. Byłam i widziałam, nikt mi tego nie odbierze. Mr Man to realna postać nawiązująca do wspólnika Arkadiusa, który ściągnął go nad Wisłę i pogrążył, ale też ponadczasowy Mefistofeles biznesu. „Jakby to wszystko uszyć z materiałów tańszych?” – to jedno z pierwszych zdań, które wygłasza i już wiemy, kogo mamy przed sobą. Muszę przyznać, że Michał Kmiecik ma dramaturgiczny słuch do trafnego opisu rzeczywistości, której nie może pamiętać, czyli mitycznych najntisów i początku lat dwutysięcznych. Dekada ta wróciła na polską scenę w kilku ostatnich realizacjach (m.in. w „Miłej robótce” Jakimiak, czy „Aniołach w Warszawie” Farugi) w nienależnej im sławie i chwale, która nieco koloryzuje rzeczywistość społeczną. W tekście Kmiecika Mr Man wygłasza monolog, który mógłby funkcjonować jako wprowadzenie do lat 90. dla początkujących: „Lata dziewięćdziesiąte. Spieszmy mówić się takie rzeczy koleżankom z pracy, tak szybko odchodzą… z pracy. No a potem przyjdą te pierdolone feministki, będą szczekać, Kinga Szczuka jedna z drugą, włosy pod pachami, (…) w cipie, pod nosem, wszędzie. I zakażą (…) Spieszmy się pokazywać koleżankom w pracy penisy, dopóki można.” Jeśli ktoś dziwi się dziś redpillowcom, to znaczy, że nie pamięta najntisów. Złote myśli o przyszłości ekonomicznej, nie prezentują się lepiej, szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę transformację w Łodzi: „Postawi się bloki, rozpierdoli się kolej, żeby nie wyjechali, rozpierdoli się fabryki i postawi swoje. Dużo będzie przed wami wolnych chwil, jak wam przemysł stąd zamkniemy i wywieziemy”.
A skoro wszystko tak wyglądało, nie powinno nas dziwić, dlaczego Arkadius nieco wcześniej sugeruje Aspirantowi-stażyście (Łukasz Stawowczyk) „upierdolenie ręki z drogim zegarkiem”. Nie wiadomo jednak, czy zmiana w ogóle jest możliwa, skoro w króciutkiej scenie rozmowy Aspirant dowiaduje się, że w Davos debatowano, czy da się zrobić coś z tym światem. „I co? – pyta. „I niewiadomo” – brzmi odpowiedź. Te śmieszno-straszne gospodarcze i społeczne wtręty w tekście Kmiecika, sprawiają, że „Arkadius is dead” jest spektaklem nie tylko do obejrzenia, ale i do uważanego posłuchania. Nie stawia diagnozy, ironicznie pokazuje jak się sprawy mają. A mają się źle. Resztę już znamy. Arkadius splajtował i uciekł przed dłużnikami w świat, po kilku latach odciął się od świata mody. Może dlatego, żeby nie zamknąć za sobą drzwi tak ostatecznie jak zrobił to Alexander McQueen. Jego kolekcje częściowo zbutwiały, przechowywane w kontenerach w Szkocji, ale wiele udało się uratować. Finał spektaklu Libera to Arek przychodzący do swoich bliskich po ich śmierci. Do babci-chłopki, mówiącej po śląsku, Isabelli, Alexandra. Nie Arkadius, ale Arek. Arkadius is dead, tego wcielenia już nie ma. Liber oddaje finał postaci, która kradła show w spektaklu wielokrotnie, czyli Wuefiście, niedocenianemu bohaterowi każdej szkoły. Nie w szarym dresie, ale w brokatowej pelerynie a’la Superman i sznurowanych, wysokich kozakach Mikołaj Chroboczek śpiewa „Wonderful Life” Blacka i robi to wspaniale. A razem z nim śpiewają aktorzy i połowa widowni. Bo może w tym nieco sentymentalnym zakończeniu właśnie o to chodzi, żeby wyczuć moment i uciec z kołowrotka zanim rozpędzone koło nas zmiażdży. Wtedy będzie już za późno, żeby popatrzeć na niebo i na morze. Albo gdziekolwiek indziej.
Liber i Kmiecik zaproponowali w Jaraczu spektakl, który nie opowiada o modzie i światowej karierze projektanta z małej wsi, ale pokazuje mechanizmy i pułapki większości prób zrobienia kariery i osiągnięcia sukcesu w późnym neoliberalizmie. Wbrew pozorom tkwimy w tym wszyscy, od branży artystycznej po franczyzę w Żabce, a czasem karierą jest po prostu przeżycie. Za wszystko się płaci, miejsca w czołówce są już zajęte, inni zazdrośnie strzegą sukcesu. Na upadających patrzy się z politowaniem i zrywa kontrakty, jak dzieje się to z uzależnioną Kate Moss smętnie dryfującą po scenie albo z bezrobotnym kumplem z niespłaconym kredytem w „realnym życiu”. „Teraz pan jest, ale zaraz pana nie będzie” – mówi z offu dziennikarka wielokrotnie przeprowadzająca wywiad z Arkadiusem, a może raczej jego podświadomość. Życie to ciągły strach przed wypadnięciem z obiegu.
Każda opowieść o karierze Arkadiusa jest jej możliwym wariantem, tak jak pod każdym kamieniem w Polsce można spotkać Matkę Boską i jest ona w tej historii kimś nadzwyczaj ważnym
Choć spektakl Libera mówi gorzką prawdę o świecie show biznesu i świecie w ogóle, robi to w nadzwyczaj lekkim, humorystycznym, a przede wszystkim dynamicznym stylu. Każda opowieść o karierze Arkadiusa jest jej możliwym wariantem, tak jak pod każdym kamieniem w Polsce można spotkać Matkę Boską i jest ona w tej historii kimś nadzwyczaj ważnym. Inspiracją, ale i śladem kulturowym „jestem z Polski”, nawet jeśli objawia się zazwyczaj po kokainie. Wielkim sukcesem „Arkadius is dead” jest pomieszanie wysokich i niskich rejestrów, pokazanie jak formatuje nas pochodzenie, zagranie stereotypom narodowym (polskim, angielskim, szkockim, irlandzkim) na nosie. To spektakl, który ma w sobie niebywałą lekkość, a wreszcie i radość, mimo klaustrofobicznego świata, do którego się odnosi.
I na koniec, jeśli finałowe „Wonderful life” was drażni, zawsze możecie zaśpiewać „Life’s what you make it” Talk Talk. O ile w tę maksymę wierzycie. Problem w tym, że najlepszy cover tej piosenki nagrał Rowland S. Howard i słychać w nim prawdziwe życie. Do zobaczenia na „Arkadiusie…” we wrześniu, bo to nie jest spektakl na jedną wizytę w teatrze.
________________________
Marta Zdanowska – współzałożycielka Fundacji Łódzki Szlak Kobiet, redaktorka, animatorka literatury i recenzentka teatralna. Sekretarzyni Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima i Nagrody Translatorskiej im. Ireny Tuwim. Prowadzi zajęcia dla twórczego pisania na Uniwersytecie Łódzkim oraz spotkania i warsztaty literackie, związane głównie z herstorią i narracjami kobiet oraz tożsamościami lokalnymi. Na co dzień pracuje w Domu Literatury w Łodzi, współtworzy Festiwal Puls Literatury. Pasjonatka Dolnego Śląska.
________________________
________________________